nisar
18.07.08, 11:44
Wg określenia dla matek-kwok (jak ja) w jednym z postów na tym forum.
Uważam, że z dziećmi trzeba rozmawiać o zagrożeniach i mówić jak należy się
zachować w różnych sytuacjach. Oraz pytać, pytać, pytać.
Przykład - moja czternastolatka przez pierwszą część wakacji była w domu,
spotykała się więc codziennie z mieszkającą w pobliżu koleżanką, chodziły na
spacery, na lody, do kina itp. Zazwyczaj nie pytałam co planują, ale raz
instynkt mnie tknął i raptem spytałam dokąd idą. Usłyszałam "nad Wisłę".
Zamarłam, nie ukrywam. Mieszkamy w Warszawie na Gocławiu, dostępna część
wybrzeża Wisły to dzikie chaszcze, nic uporządkowanego. Gdzieniegdzie wędkarz
(choć i tych trudno na tym odcinku spotkać), w chaszczach natomiast -
neverending balanga.
Długo tłumaczyłam, dlaczego nie powinny tam iść, zwłaszcza tylko we dwie.
Znalazłam w internecie sprawę Tomka Jaworskiego i kazałam przeczytać. W
rezultacie pojechały do parku.
I teraz - jakie jest prawdopodobieństwo, że spotkałyby nad Wisłą:
a) ekshibicjonistę
b) grupkę złotej młodzieży po kilku piwach
c) głupiego Jaśka z sąsiedztwa, który lubi zaczepiać nastolatki?
itp.
może niewielkie.
Ale ryzyko że jeśli coś by im się stało to byłoby coś naprawdę poważnego
istniało. I ja nie chciałabym tego ryzyka podejmować.
wniosek: są matki, które uważają że dziecko musi się nauczyć na swoich
błędach. i są matki, które nie chcą podejmować ryzyka poważnych problemów. Ja
jestem trzęsidupą. Zakładam Stowarzyszenie. Ktoś chętny?
Nie umiem zrobić suwaczka

((
A powinnam

))