edziecko_gosia
15.09.08, 21:57
Normalnie mi ręce opadły,łzy płynęły ze złości i bezsilności. Nie
wiem co robić i prosze o rade...
Mam dwojke dzieci (prawie 3 latek, synek i 6 lat corka). W domu,jak
to w domu - ogromna dawka smiechu,szaleństwa,ganiania sie,ale
rowniez kłotni,przekrzykiwań,wyrywania,popychania itd -normalny stan
miedzy rodzenswtem. Generalnie mozna by powiedziec,ze cały czas
jestem czujna bo zarowno bloga cisza,jak i dzikie krzyki wymagają
naszej,rodziców interwencji. To tak aby opisac codziennosc.
Bylismy w ten weekend na weselu. Specjalnie poszłysmy kupic z corka
piekna suknie,rajstopki,wybrac kwiatki do wlosow. Przed samą
ceremonia godzinne czesanie w cudne,wymarzone loki,paznokacie
pomalowane na bezbarwny lakier,rozmowy jak to bedzie wspaniale,jaki
bal,jak sie wybawimy,i muzyka,i bedzie mozna pokazac taniec jaki
cwiczyli z tatą,i ze bedzie duzo dzieci,i ze nigdy na czyms takim
nie była...Cieszyła sie bardzo,duze emocje i .... tragedia

Zaczelo sie od samego poczatku,nie chciala sieciec obok nas. Mysle
sobie,no dobra niech leci do dziadkow ktorzy prawie codziennie z nia
sa (mieszkaja obok,jest mocno z nimi zwiazana). Nie ,ona nie
chce. "Corcia czy cos zjesz"-fukneła,parsknełą jakby mogla to by
mnie wzrokiem zabila. OK,zobaczymy co dalej.. Zaczynaja sie
tance,corka poleciala do dzieci,ale jakos nie do konca chyba jej ten
kontakt wychodzil,szturchnela chlopca on ja i po zabawie. Dodam ze w
przedszkolu jest uwielbiana przez dzieciaki,wogole nigdy nie miala
problemu w odnalezieniu sie w nowej sytuacji,zawsze cos sie dzialo
wokol niej

Stoi obok orkiestry,prawie siedzi im na perkusji,a my
z mezem podchodzimy i mowimy aby moze potanczyla z nami,z tata tak
jak cwiczeli - znowu warknela,wyrwala sie nerwowo i dalej stoi. Maz
tak sie wkurzyl ze mowil zeby ja zostawic. Wygladalo to super,my sie
bawimy a ona stoi 2 metry od nas jak zagubione dziecko.Kazde
podejscie nasze czy dziadkow konczylo sie prawie
atakiem,wyrwanienie,glupia mina i dajcie mi spokoj. Mam to gdzies co
inni pomysleli,ale moim rodzica bylo okropnie przykro,byla dla nich
taka oschla,taka knabrna - na co dzien to ukochany
dziadek,buziaki,usmiechy,rozmowy. A teraz... I to samo do nas. Bylam
zla na to ze ja wzielismy. Moze i to glupio zabrzmi,kocham ja bardzo
mocno ale byly momenty ze jej poprostu nie lubilam,wstydzilam sie
jej zachowania. Ok,tlumacze jej,gadam,mowie ze jakby jej corka tak
sie zachowywala do niej czy jej nie byloby
przykro,itd,spokojnie,milo jej mowie....ona mnie
przeprasza,caluje...juz mysle ze zrozumiala idziemy na poprawiny i
dalej to samo. Jak kot,wlasnymi drogami,chcaca byc samotna i aby
ktos nie kojarzyl,ze my to jej rodzice.
Zlosc z pekajacym sercem wymieszana,zal i z poraszka. W domu,znowu
aniol,usmiechnieta,rozmawiajaca,przytulajaca sie,wspaniala corka. I
musza ja karac,chociaz serce boli,"Mami,przytul sie do mnie","Nie
coreczko,poczuj jak to boli kiedy ty mnie tak odpychalas,kiedy ja
chcialam sie przytulic".
Nie wiem co robic,moja glowa jest za slaba na pomysly,z jednej
strony wiem ze to charakter,bo ma temperament i ciesze sie z tego.
Ale uderza w nas,odsuwa sie od nas przy innych,tak jakby nas nie
znala. Jest madra dziewczynka,o dobrym sercu,pomaga mi chetnie i
sama z siebie w domu, pomaga braciszkowi,kocha nas... Jednak jej
zachowanie,te zle powoduje ze ludzie odwarcaja sie od niej i w
nienaturalny sposob faworyzuja syna (bo on taki zawsze usmiechniety
a ona taka nabzdyczona)
Poradźcie,bo nie wiem co robic. Dwojka dzieci zoobowiazuje,w sposob
naturalny nie ma mozliwosci aby jednemu dac wiecej czasu niz
drugiemu.Nie wiem co robic...nie chce sie poddac,ale moja corka
poprostu przestaje byc lubiana. WIdze to i chce jej pomoc. Moge byc
nawet ta zla,ale jej nie chce zostawic,chce aby widziala swoje
bledy,ze trzeba mowic dziekuje,do widzenia,usmiechac sie,dostrzegac
plusy,ze ma co jesc,ze ma zdrowie,ze ma rodzine...
Piszcie,radzcie mi,bo uwazam ze problem narasta. Moze wy same
mialyscie podobne sytuacje? Moze macie jakies pomysly?