platkizmlekiem
05.01.09, 01:52
Witam
Mam straszny, złożony problem. Siedzę przy necie, czytam posty o
przedszkolach i płaczę. Postaram się pisać rzeczowo. A więc, nasz
synek ma 2 latka i 5 misięcy, jego ojciec, mój chłopak doszedł do
wniosku, że wariuję od siedzenia w domu i żąda ode mnie pojdjęcia
pracy. Nie mam nic przeciwko, tylko umawialiśmy się wcześniej, że
synka poślemy do przedszkola dopiero po wakacjach. Znalazł
przedszkole, zaczynamy jutro, ja rozsyłam swoje życiorysy po
firmach. Synek jest ze mną 24/h od urodzenia, pępowina jak stąd na
Alaskę, spowodowane to tym, że rodzina nasza dalsza jest szczątkowa,
poza tym dobrze sobie dotąd radziłam, poza tym nikomu nie ufam, a na
opiekunkę nas nie stać. POTWORNIE BOJĘ SIĘ jego pójścia do
przedszkola. Wiem, że przenoszę na synka moje negatywne emocje. Ale
nie potrafię inaczej. Od wakacji synek bardzo się zmienił, dokłądnie
w 24 miesiącu życia zaczął się u niego tzw bunt dwulatka, uciekał,
nie dawał się ubrać, umyć, zmienić pieluchy. Jak sobie radziłam?
Doskonale, śpiewałam piosenkki, opowiadałam wierszyk i odwracałam
uwagę. W skrajnych przypadkach zamykałam za drzwiami jakiegokolwiek
pomieszczenia na 2 minuty. Skutkowało. Nie daję klapsów, mówię,
zwracam uwagę, ostatecznie zamykam. Jednak ostatnio - od 2 miesięcy -
bardzo straciłam cierpliwość. Stąd te gadki mojego faceta o
przedszkolu. Przecież nikt za nas nie wychowa nam synka. On, ojciec -
daje klapsy. Ostatnio, zdaża mi się spać u siostry, synek zostaje z
tatusiem. I Mój facet chwali mi się, jaki to synek był grzeczny, BO
WCZEŚNIEJ DOSTAŁ LANIE! Wyć mi się chce! Przy mnie też go klepie w
pupę - jest to najczęściej poprzedzone ostrzeżeniami, prośbami itp,
ale nie mogę tego znieść! Nie mamy wspólnego planu na wychowywanie,
bo ten drań ma własny punkt widzenia i koniec! To przedszkole to
będzie tragedia, jestem tego pewna, synek kupę robi do pieluchy,
dałam mu spokój po próbach od maja, postanowiłam mu dać czas, żeby
sam do tego dorósł. Od 2 miesięcy budzi się kilka razy w nocy z
płaczem, przychodzi do nas do łóżka. Odnoszony do swojego pokoju po
2 godzinach wraca z płaczem. To było takie spokojne niemowlę,
całkowicie bez problemów, a wyrósł na takiego nadwrażliwca,
nadpobudliwego, nie umie ustac spokojnie, ciągle nabija sobie guzy,
włazi najwyżej, jak się da, najchętniej wisiałby na żyrandolu. A
dodatkowo synek jest domatorem, jak nie rozrabia to najchętniej by
spał, potrafi spać 12 godzin w nocy i 3 godziny w ciągu dnia zasypia
o 20 najpóźniej, po wyjściu na dwór marudzi, że chce wracać do
kołderki do domku.
Jest mi strasznie źle, mój związek się wali, odbiera mi się synka,
moje dotąd błogie ustabilizowane życie supermamy wszystkowiedzącej,
superczułej i pogodnej wali się w gruzy. I ja walę je w gruzy, bo
wprawdzie nie daję klapsów, ale zdarzyło misię w ostatnim czais
eładnych kilka razy wrzeszczeć jak w amoku na synka, szarpać go za
rączki, zamiast zamknąć spokojnie za drzwiami jak zwykle. Niby widzę
efekty tych klapsów, a jednocześnie wiem, że nie tędy droga.
Przepraszam za mylny temat, ale chciałam przyciagnąć Waszą uwagę.
Proszę, piszcie, co o tym wszystkim myślicie.
Nie moję przestać płakać, sorry za literówki.
Pomóżcie