moim_zdaniem
21.01.09, 12:42
Witam,
Ostatnio zaprosiliśmy do siebie chrześniaka mojego męża, 6,5 letniego chłopca.
Mąż wziął dla niego sanki, żebyśmy po obiedzie poszli na górkę.
Młody od momentu jak wszedł do domu od razu poprosił mojego męża o włączenie
mu gry na komputerze. Powiedzieliśmy "ok", ale tylko do czasu aż zrobię obiad,
zjemy i idziemy na sanki. Na to młody, że on nie lubi sanek. I żadne próby
zachęcenia go do wyjścia z domu choćby na spacer, spełzły na niczym.
Chłopiec grał w jedną grę od godz. 13:30 do 17:30. Gdyby mógł to grałby
dłużej, ale musiał już jechać do domu (a konkretnie do babci, bo mama
wyjechała). Zapytany, czy on w ogóle może tak długo grać na kompie,
odpowiedział, że tak, bo z tatą on gra do środka nocy (!!) - dziecko jest z
rozbitej rodziny.
Byłam w szoku. Nie mogłam i do tej chwili nie mogę zrozumieć, jak 6,5 letnie
dziecko mogło przez 4 godziny usiedzieć w jednym miejscu, nie być
zainteresowanym żadną inną zabawą, bajką, wyjściem z domu itp. Do tego emocje
jakie ta gra sprawiała, przeraziły mnie: przy każdej przegranej płakał
rozpaczliwie, przeżywał, był cały rozpalony. Po jakimś czasie, po
tłumaczeniach że nie zawsze się wygrywa itp Młody trochę wyluzował.
Jak miał już jechać, to powiedział, że on nie chce jechać do babci, on chce
zostać i spać z nami. To nie wchodziło w grę z innych powodów -
wytłumaczyliśmy mu. Ale też pomyślałam sobie: po co? Przecież jemu jest
obojętne gdzie jest, ważne żeby był komputer. U dziadków ta gra nie
"chodziła", więc podejrzewam, że dlatego chciał tak bardzo u nas zostać.
Powiedzcie, czy tak bardzo się czasy zmieniły, że dzieci nie interesuje nic,
tylko komputer? Pamiętam, że sama jak miałam 6 lat, to najbardziej
interesowało mnie pobieganie po dworzu, koleżanki, gry itp. Bylam wulkanem
energii.Zaczęłam myśleć, że to może nasza wina, bo nie umiemy dziecka zająć...