Fosforany w moczu!

26.01.05, 18:55
W wynikach z badania moczu u mojego 4-letniego dziecka wyszły fosforany
bezpostaciowe - zalegają całe pole widzenia (co mnie nipokoi najbardziej),
mocz mętny, zasadowy. Wydaje mi się to niepokojące. O czym świadczą takie
wyniki z badania moczu? Czy coś trzeba wyeliminować/ wprowadzić do diety,
żeby to się unormowało, czy też konieczne są leki? Czy to prowadzi do kamicy?
Ktoś miał do czynienia z czymś takim?
    • e29 Re: Fosforany w moczu! 26.01.05, 23:38
      Moje dzieci miały dokładnie takie same wyniki badania moczu (były tam też
      kryszt. magnez.)! Dostawali żurawinę w kapsułkach (na zakwaszenie moczu-
      zapobiega zakażeniom w układzie moczowym) i homeopatyczne MAGNESIA FOSFORICA.
      Gdy pojawiło się białko brali jeszcze antybiotyk, a poźniej FURAGIN przez
      miesiąc. Niewiem do końca od czego to zależy, ale na wszelki wypadek zamierzam
      oddać wodę do badania.
      Gdy mocz ma odczyn zasadowy trzeba podawać dużo witaminy C i sok żurawinowy
      (Herbapolu)ale naprawdę dużoooo.... Tak nam polecili lekarze.
    • e29 Re: Fosforany w moczu! 26.01.05, 23:40
      A może te fosforany są w warzywach i owocach chemicznie pędzonych?
      • alicja513 Re: Fosforany w moczu! 27.01.05, 16:26
        Właśnie ja też o tym myślałam, że fosforany są w warzywach, szczególnie
        podpadają mi pomidory, które ostatnio jadło dziecko, a wiadomo jakie one mogą
        być o tej porze roku. Zobaczę co powie lekarz.Dzięki za odpowiedź.
    • magi007 Re: Fosforany w moczu! 12.04.05, 18:09
      Witam i podciągam wątek (niestety sad...
      U mojej 3,5 rocznej córki wyszły w moczu również "mierne fosforany
      bezpostaciowe, PH7 nabłonki nieliczne płaskie... poza tym wszystko w normie...
      i co to może być ???
      Mam wrażenie, że tego białego osadu w moczu który powstaje po odstaniu moczu
      jest więcej jak mała wypije mleko czy kakao...
      czy może to mieć jakiś związek?
      Wcześniej robione badanie wykazało śluz w moczu i osady niezorganizowane w
      osadzie moczu ale w ostatnim badaniu już go nie było
      Co to może być...???????
      Z dzieckiem nic się nie dzieje... po mleku skarży się na brzuszek i robi kupę
      ale za każdym razem normalną bez rozwolnienia....
      I po wysiłku fizycznym skarży się na bolące nogi....
      sama nie wiem co lekarz to opinia:
      nietolerancja laktozy
      nietolerancja mleka krowiego
      zaburzenia metabolizmu minerałami....
      jak u was się to skończyło ?
      Może ktoś już przez takie wyniki przebrnął ?
      • mami7 Re: Fosforany w moczu! 12.04.05, 20:13
        Te fosforany mogą mieć związek z dużą ilościa wypijanych soków. Nie jest ich też wiele. Ph7, czyli raczej za duże odrobinę, zatem może za duzo mleka?
        Dużo zalezy od diety cięzko tak analizować na odległość. Generalne ten wynik jest ok.
        A może wizyta u nefrologa?

        Pozdrawiam

    • magi007 Re: Fosforany w moczu! 28.04.05, 16:58
      Witam ponownie... niestety w naszym przypadku bez wizyty u nefrologa się nie
      obędzie... po zrobieniu USG okazało się, że w jednej z nerek jest złóg
      wielkości 3-4 mm.... Co będzie z tym dalej jeszcze nie wiem sad ale biorąc pod
      uwagę te fosforany może to być niestety już początek kamicy .... (a piszę tak
      dla informacji może ktoś miał podobne wyniki i taką sytuację ?)
    • apolka Re: Fosforany w moczu! 29.04.05, 09:45
      Fostorany używane są jako stabilizatory przy produkcji wędlin;
      • apolka długie ale polecam: 29.04.05, 09:56
        Skopiowałam z Forum Kuchnia, myślę, że warto pościąść tą wiedzę:

        • Re: Mam pytanie - dlaczego mowa o supermarketach?
        jarek_zielona_pietruszka 19.04.2005 23:21 + odpowiedz


        głównymi odbiorcami constaru były markety a tesco zlecało constarowi wyrób
        swoich firmowych wędlin z logo tesco. wydaje mi się, że żaden osiedlowy sklep
        nie zakupiłby w constarze towaru za 150mln zł. takiej skali zakupy wykazało
        tesco więc jaka to skala porównawcza. poza tym ja o constarze dowiedziałem się z
        telewizji(o tym, że taka firma istnieje) zakupów w marketach nie robię, a tam
        gdzie się zaopatruję to mają wyroby z małych polskich masarni a nie
        zagranicznych molochów, już kilka miesięcy temu prasa zwracała uwagę na jakość
        wędlin:
        ZAGROŻENIA ZDROWIA ZE STRONY WĘDLIN

        "Gazeta Wyborcza", 26. października 2002r.

        Wolnoamerykanka mięsna

        Tomasz Lipko

        Kupując szynkę w sklepie, nikt z nas nie wie, czy woda z wielofosforanami i
        pochodnymi azotu zajmuje w niej 30, 50 czy 70 procent
        Na środku peklowni stoi głośno pracująca trzęsąca się maszyna wielkości dużej
        pralki. To główna bohaterka tej historii - nastrzykiwarka. Obok niej w
        plastikowym kuble pływa bladoszara maź pokryta gęstym kożuchem, który dopiero po
        kilkakrotnym zamieszaniu palcem ukazuje powierzchnię płynu. Nastrzykiwarka za
        pomocą specjalnych igieł wlewa, ile się tylko da, tej szarej cieczy do
        wysokogatunkowych wędlin. "Szyneczka prezesa", "baleron babuni", polędwice i
        wędzonki, które każdego tygodnia kupujemy w sklepie, po opuszczeniu
        nastrzykiwarki zwiększają swoją wagę od kilkudziesięciu do stu procent.

        Masarze walczą o przetrwanie

        - Mam ten zakład od 18 lat. Kiedy jeszcze była to prowincjonalna masarnia,
        włożyłem w nią wszystkie oszczędności. Swoje, żony i właściwie całej rodziny -
        mówi mi ostatniego dnia Zygmunt, właściciel tego zakładu, kiedy przy wódce
        próbujemy wszystkiego, co nastrzykiwarka wypluła w ciągu tygodnia. Ma 50 lat,
        chodzi po zakładzie w garniturze, wypachniony perfumami i, jak twierdzi, zjadł
        własne zęby na produkcji wędlin. Zgodził się, żebym przez tydzień na własne oczy
        oglądał, jak dziś w Polsce produkuje się przetwory mięsne. Warunek - nikt z
        branży nie rozpozna go w tym tekście.

        Jego masarnia, zatrudniająca 20 pracowników, od pół roku jest na krawędzi
        bankructwa, podobnie jak wiele innych firm w branży. - Do niedawna zaopatrywałem
        ponad setkę punktów w województwie, otworzyłem sieć własnych sklepów,
        eksperymentowałem z nowymi produktami. Katastrofa przyszła w lecie zeszłego
        roku. W ciągu kilku miesięcy sprzedaż spadła o kilkadziesiąt procent. W okolicy
        gwałtownie zaczęło rosnąć bezrobocie, ludzie przestali kupować mięso albo robili
        to znacznie rzadziej. Nawet w stanie wojennym, gdy mięso było na kartki, jedli
        go więcej niż teraz.

        Nie wiadomo, ile zakładów zbankrutowało w ciągu ostatnich 12 miesięcy. W
        porównaniu z połową lat 90. liczba przetwórni jest dziś mniejsza o połowę.
        Reszta rozpoczęła walkę o przetrwanie. Walkę na ceny. Począwszy od małych,
        chałupniczych zakładów po giełdowych potentatów wszyscy redukują koszty. Firmy
        się łączą, zwalniają ludzi, ograniczają zużycie energii.

        80 proc. kosztów produkcji stanowił do niedawna surowiec. Wrzucanie coraz
        większych ilości ścięgien, skór i tłuszczów do kutrów (młynów) mielących mięso
        na parówki i kiełbasy nie było już rozwiązaniem na miarę tych czasów. Producenci
        zdecydowali się na krok bardziej radykalny - uzupełniać na masową skalę
        najdroższe gatunki wędlin najtańszym surowcem - wodą.

        Napompować zwierzaka zaraz po uboju

        Bladoszara ciecz, która donoszona jest w plastikowych kubłach do nastrzykiwarni,
        to rozrzedzone dużą ilością wody roztwory stosowanych m.in. do produkcji
        coca-coli wielofosforanów, azotynów i azotanów, które wykorzystuje się także
        przy wytwarzaniu materiałów wybuchowych i nawozów rolniczych. Fachowa nazwa tej
        cieczy to solanka. Litr solanki kosztuje złotówkę. Dziesiątki igieł pracujących
        wewnątrz maszyny pompują tą solanką płaty mięsa na szynki, polędwice, balerony.
        Ich waga musi wzrosnąć o kilkadziesiąt procent. To jest już żelazny zwyczaj, do
        którego - chcąc nie chcąc - musieli dostosować się niemal wszyscy producenci w
        kraju. Żeby wstrzyknięte preparaty za szybko nie wylały się z mięsa, jego płaty
        wrzucane są następnie do masownicy. Maszyna przypominająca w konstrukcji
        betoniarkę rozgniata połcie mięsa, tak by ciecz w środku została równomiernie
        rozprowadzona.

        Pan Bogdan obsługujący nastrzykiwarkę, zasuszony posępny flegmatyk po
        pięćdziesiątce, jest jednym z najważniejszych pracowników w firmie. Od jego
        umiejętności zależy wydajność całej masarni.

        - Wydajność to dziś kluczowe słowo w przetwórstwie mięsnym - mówi mi Bogdan, nie
        odrywając wzroku od pracującej maszyny - dziś 90 proc. wysokogatunkowych wędlin,
        które kupujemy w sklepach, to produkty wysoko wydajne. W skrócie oznacza to
        tyle, że kiedy szynka czy polędwica poleży parę dni w lodówce, zacznie się z
        niej wylewać woda.

        A dokładniej ten szary płyn, który pod kożuchem syntetycznej piany pływa w
        kuble.

        - Do większości zakładów mięsnych w kraju te maszyny weszły w latach 90. -
        opowiada Zygmunt. - Używane nastrzykiwarki i masownice z Niemiec wędrowały do
        Polski stadami. To był taki najnowszy krzyk techniki, którym ze zrozumiałych
        względów nikt nie chciał się chwalić. Ja sam w 1993 roku pojechałem z trzema
        tysiącami marek w kieszeni po agregat prądotwórczy, ale kiedy zobaczyłem, jakie
        cuda taka maszyna potrafi zrobić z kawałem mięsa, za wszystkie pieniądze kupiłem
        na pniu wysłużony egzemplarz. Tydzień zajęła mi nauka właściwego kłucia -
        wędlinki od razu zyskały na wadze 20 proc., nie mówiąc już o apetycznej
        soczystości... Nawet nie wiedziałem, jak szybko i po cichu konkurencja
        zaopatrzyła się w jeszcze wydajniejsze maszyny.

        Sztuczne zwiększanie soczystości wędlin jeszcze niedawno było tylko wstydliwym
        procederem przyjętym po cichu przez większość producentów. Dostępne urządzenia
        oraz przyjęte w branży zwyczaje pozwalały na zwiększanie w ten sposób wagi
        najlepszych gatunków wędlin do 20 proc.

        Prawdziwy wyścig zaczął się pod koniec lat 90., kiedy znacznie złagodzono
        polskie normy regulujące skład produktów spożywczych, a jednocześnie na rynku
        pojawiły się nowoczesne niemieckie maszyny nastrzykujące kolejnej generacji.
        Pompowanie mięsa w polskich zakładach przyjęło formę wyścigu między
        producentami. Dziś na rynku obowiązuje wolnoamerykanka - ilość wody w wędlinie
        ogranicza jedynie jakość sprzętu oraz wytrzymałość mięsa. Ostatnio krzykiem mody
        są maszyny, które dzięki elastycznym igłom omijającym kości potrafią
        "napompować" zwierzaka po uboju jeszcze przed rozebraniem go na kawałki.

        Więcej przypraw!

        - Do czego lejecie najwięcej wody? - pytam Zygmunta, kiedy przerwa w dostawie
        solanki wstrzymała niemal całą produkcję w zakładzie.

        - Przede wszystkim do wędzonki. Balerony, szynki, polędwica, a więc produkty o
        największej wartości handlowej. Kiedyś z dziesięciu kilogramów surowej szynki
        robiło się około 8 kg wędliny. Dziś z tych samych dziesięciu kilo najbardziej
        pazerni potrafią zrobić do 20 kg. Decyduje wyłącznie technologia. Ja jestem
        ograniczony kilkuletnią niemiecką maszyną, dzięki której mogę rozpędzić się do
        50 proc. - w 100 kg surowca mogę wstrzyknąć maksimum 50 kg solanki.

        - Ludziom nie przestały smakować coraz bardziej rozrzedzane wędliny?

        - Przede wszystkim robili to wszyscy i stopniowo, więc udało się ludzi
        przyzwyczaić do nowej jakości. Poza tym, żeby za bardzo nie było czuć, że mięsa
        w mięsie jest coraz mniej, nauczyliśmy się dodawać więcej przypraw.

        - Nikt nie wpadł na pomysł zdobycia rynku wędlinami robionymi według
        tradycyjnych receptur - tylko mięso i zioła?
        - Znałem gościa, który chciał taką szansę wykorzystać. Oryginalne receptury,
        przemyślana dystrybucja, reklama w dużych miastach, przy czym udało mu się robić
        naprawdę smaczne rzeczy. Zbankrutował po sześciu miesiącach. Wykończyły go
Pełna wersja