hiro
15.05.03, 19:44
Bush popychadłem Szarona?
Thomas L. Friedman z "New York Times" opublikował 11 maja br. artykuł
pt. "Ojcowie i synowie" na temat różnic między polityką Busha seniora i
obecnego prezydenta. Stwierdził m.in., że istnieje poważne niebezpieczeństwo,
iż Bush junior będzie znany jako popychadło Szarona, gdyż "daje się Szaronowi
okręcać wokół palca". Uległa polityka prezydenta USA pozwala Szaronowi
prowadzić Izrael na manowce i zaspokajać nawet najbardziej skrajne żądania
izraelskie, w tym budowę nielegalnych osiedli na terenach arabskich. Ten brak
umiaru jest niebezpieczny i na dłuższą metę zagraża istnieniu państwa
izraelskiego.
Inaczej działał Bush senior. Po ataku na Irak i oswobodzeniu Kuwejtu mówił w
oczy tak Izraelowi, jak i żydowskiej grupie nacisku w USA: nielegalne osiedla
nie tylko zmniejszają szansę pokoju, lecz także szkodzą Izraelowi i pozycji
Ameryki w świecie arabskim. Dlatego Bush senior popierał akcję dyplomatyczną,
doprowadzając do konferencji pokojowej w Madrycie, która zresztą została
zaprzepaszczona przez ekstremistów izraelskich pod wodzą Szamira (tego
samego, który mówił, jak to dzieci polskie wysysają antysemityzm z mlekiem
matki).
Powróćmy do chwili obecnej. Przed prezydentem Bushem jr. stoi kolejna szansa
na wznowienie pertraktacji pokojowych w Palestynie. Palestyńczycy mają
premiera Mahmuda Abbasa, od którego Izrael żąda pokoju i zaprzestania aktów
odwetu. Izrael natomiast musi doprowadzić do poprawy warunków życia
Palestyńczyków, zaprzestać stałych aktów terroru, codziennych upokorzeń i
usunąć nielegalne osiedla żydowskie z terenów arabskich. Takie propozycje
przedstawił ostatnio Colin Powell.
Pojawia się jednak problem: w jakim stopniu Bush jr. sprosta temu zadaniu?
Aby zaprowadzić pokój na Bliskim Wschodzie, prezydent musi
kontrolować "kabałę" neokonserwatystów Wolfowitza i Perla, żeby nie
przeszkadzała dyplomatom. Musi także pohamować radykalnych syjonistów. Chodzi
tu tak samo o Żydów z Likudu, którzy kontrolują Konferencję Prezesów Dużych
Żydowskich Organizacji w Ameryce, jak i członków izraelskiego ruchu
rozbudowy, stale żądających rozbudowy nielegalnych osiedli na terenach
arabskich. Do tego dochodzą syjoniści, tzw. na nowo urodzeni chrześcijanie.
Dla tych ostatnich zwycięstwo Izraela w Palestynie jest kluczem do powrotu
Chrystusa na ziemię. Bush jr., który sam jest "na nowo urodzonym
chrześcijaninem - syjonistą", musiałby z jednej strony kontrolować
radykalnych syjonistów, a z drugiej odnowić saudyjski plan ustanowienia
dobrosąsiedzkich stosunków Palestyńczyków z Izraelem, oparty na uznaniu prawa
Izraela do egzystencji jako państwa położonego na części terenów Palestyny.
Powtarzam: wiadomo, co należy zrobić, ale pod znakiem zapytania jest, czy
Bush podejmie ten wysiłek. Niestety, Szaron stosuje politykę oporu i działa
według zasady: "Gdy jestem słaby, to nie mogę godzić się na kompromisy. Gdy
jestem silny, to po co mi zawieranie kompromisów". Mając większy niż Wielka
Brytania arsenał broni masowego rażenia w postaci bomb nuklearnych, gazów
chemicznych i broni biologicznej, może w nieskończoność odkładać
porozumienie.
Jeżeli dzisiejsze możliwości nie zostaną wykorzystane, wówczas szansa
stworzenia państwa palestyńskiego obok Izraela może stać się, zdaniem
Friedmana, nierealna. Co więcej, wygrają Żydzi ekstremiści z ruchu rozbudowy
nielegalnych osiedli, zaś atak USA na Irak przejdzie do historii jako akcja,
która miała na celu zdobycie irackich pól naftowych oraz poparcie dla
ekstremistów Szarona, a nie stworzenie warunków pokojowego współistnienia
Żydów i Arabów. Friedman przypuszcza, że taki obrót sprawy zniechęci do
Izraela młodych Żydów amerykańskich, zwłaszcza gdy zobaczą, jak Izrael staje
się krajem, w którym żydowska mniejszość narzuca siłą i terrorem swoją władzę
większości ludności arabskiej Palestyny.
Tymczasem według doniesień "The Wall Street Journal" z 12 maja br.,
Waszyngton był zmuszony usunąć najbardziej kontrowersyjnych zarządców
okupowanego Iraku. Są nimi generał w stanie spoczynku Jay Garner, który był
odpowiedzialny za "rekonstrukcję" Iraku, oraz główny administrator miasta
Bagdadu, pani Barbara Bodine. Jednocześnie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ trwają
narady, jak uzyskać dla ONZ mandat do zarządzania Irakiem w miejsce roli
doradczej, jaką Waszyngton stara się narzucić ONZ. Warto także zauważyć, iż
analitycy przemysłu naftowego oceniają, że po działaniach wojennych
tegoroczne dochody z irackich pól naftowych nie będą w stanie pokryć kosztów
okupacji i reorganizacji życia gospodarczego podbitego kraju.
Ciężar tego zadania musi spaść na kraje "administrujące" tymczasowo w Iraku -
w tym, jak słyszymy, także na Polskę. Jest to zadanie bardzo odpowiedzialne,
trudne i stąd - bardzo kosztowne.
prof. Iwo Cyprian Pogonowski