40 lat po adopcji-informacje o biol.rodzinie

10.01.08, 17:11
Witam ! Kilka dni temu z moim mężem skontaktowała się kobieta ,która
podaje się za jego siostrę.Posiada bardzo szczegółowe informacje na
temat męża , jego brata, daty ślubów,daty śmierci matki ... brakuje
tylko numerów buta smileJednocześnie zaznaczyła ,że tylko Ona ( jako
adoptowane niegdyś dziecko), mogła takie informacje zdobyć.Wydaje mi
się to trochę dziwne .Czy to prawda ?Czy dziecko adoptowane może
otrzymać szczegółowe informacje o rodzinie biologicznej a w odwrotną
stronę to nie działa ?
    • inga30 Re: 40 lat po adopcji-informacje o biol.rodzinie 22.01.08, 17:12
      To prawda- dziecko adoptowane ma prawo wiedzieć, a rodzina
      biologiczna też przecież wie o adopcji ( no w każdym razie matka) -
      w odwrotną stronę to nie działa bo przecież rodzice biologiczni
      podejmują decyzję o oddaniu. dziecko w tej decyzji nie uczestniczy
      ma więc prawo wiedzieć gdy dorośnie.
      • borowinka Re: 40 lat po adopcji-informacje o biol.rodzinie 23.01.08, 10:10
        dziecko po18 roku zyciamoże dostać dane - wcześniej za zgoda rodziców
        adopcyjnych, ale tezjest tak żejezeli dzieckoadoptowane nie zaczyna szukac to
        rodzice biologiczni nie dostana namiarów na nie)wzjatek gdy jest zgoda na przez
        adoptujcych na udzielenie informacji
    • olivia_samuel Re: 40 lat po adopcji-informacje o biol.rodzinie 21.10.08, 01:32
      Podłączę się do tego wątku. Od kilku dni błądzę po forach
      internetowych dotyczących poszukiwania osób adoptowanych. To
      ostatnie to droga przez mękę, więc szacunek dla tych wszystkich
      którym to się udało. Od tygodnia ślęczę przed komputerem po 16
      godzin dziennie. Wertuję adresy, ślady, tropy, nasza-klasa i co
      tylko możliwe. Urzędy, instytucje, domy dziecka i ośrodek adopcyjny
      pozostają głuche na uzasadnione prośby mojego znajomego, który
      bezskutecznie poszukuje swojego rodzeństwa. 27 lat temu z
      patologicznej rodziny zabrano kilkoro dzieci.Dziewięć małych istotek
      zostało rozsianych po różnych instytucjach, rodzinach i domach (czy
      to u dalszych krewnych czy w DD i temu podobnych). Po wejściu w
      dorosłość część z nich wróciła w rodzinne strony, bo Dom Dziecka nie
      zapewniał im innego losu. Ci którzy zostali adoptowani - zniknęli
      bez śladu. Po latach róznego typu poszukiwań, z całej gromadki
      pozostaje nieznany los dwojga dzieci: Bożeny i Henryka. I tutaj
      zaczynają się schody. Mój znajomy i jednocześnie brat wyżej
      wspomnianych, nie może w żaden sposób uzyskać informacji na temat
      losów rodzeństwa, które jak ustaliliśmy zostało adoptowane razem w
      1981 roku. Dyrektorka Domu Dziecka zasłania się ustawą o ochronie
      danych osobowych. Tymczasem ja sprawdzałam zawartość tej ustawy i
      jak na mój prosty rozum, jeśli pani nie poda nam dokładnego adresu i
      nazwiska a jedynie tylko nazwisko i miejscowość - to, to nie będzie
      złamanie tejże ustawy. Bo przecież mówiąc np. Jan Kowalski Łódź nie
      daje nam dokładnych danych bo takich Janków w Łodzi może być setki.
      Artykuł 6.3 tejże ustawy wskazuje że "informacji nie uważa się za
      umożliwiającą określenie tożsamości osoby, jeżeli wymagałoby to
      nadmiernych kosztów, czasu i działań". A nasze działania śmiało
      można nazwać... nadmiernymi lub wyczerpującymi.
      Podanie nam prawdziwego nazwiska adoptowanych oraz nazwy
      miejscowości w której wtedy zamieszkiwali, o tyle ułatwiłoby sprawę,
      że wiedzielibyśmy już kogo szuakć. Dotarcie do kościołów, szkół,
      sołtysów, urzędów gmin i innych USC w danej miejscowości, nie byłoby
      już problemem dla nas. A tak opieramy się tylko na jakichś danych
      wyrwanych cudem lub podstępem z ośrodka adopcyjnego. Ktoś powiedział
      że imiona Bożenki i Henryka nie zostały zmienione, ktoś że ich
      przybrani rodzice zajmowali się ogrodnictwem, inna osoba zdradziła
      że w tamtym czasie tuż po adopcji dzieci mieszkały w okolicach
      Pabianic. Sprawdziliśmy wszystkie ślady i nic. W tamtych okolicach
      jest ponad 900 firm ogrodniczych, więc to zakrawa na absurd ale...
      kontaktowałam się ze wszystkimi. Zero śladu.
      Kilka dni temu udało nam się sfotografować zdjęcia poszukiwanej
      dwójki - z czasów dzieciństwa, kilka miesięcy po adopcji. I teraz
      wyobraźcie sobie ile musieliśmy przejrzeć miejscowości, szkół,
      parafii, profili na nasza-klasa, tysiące imion i nazwisk z tamtych
      okolic - by stwierdzić ze to bezsensu... Bez pomocy i dobrej woli
      dyrekcji domu dziecka niczego nie wskóramy....
      Sąd nie udostępni nam akt sprawy o adopcję, ponieważ nie jesteśmy
      stroną postępowania. Co najwyżej możemy wystąpić na drogę sądową o
      udostępnienie danych, ale... to dla nas ostateczność bo nie chcemy
      tak bezpośrednio wchodzić w czyjeś życie...
      Inaczej wyglądałaby sytuacja gdyby adoptowane dzieci same szukały
      kontaktu z biologiczną rodziną. Wówczas dom dziecka musi im podać
      takie dane. W odwrotną stronę to szukanie igły w stogu siana i
      wielka ludzka tragedia.
      Zostawiliśmy kilka listów w domu dziecka z prośbą o przekazanie
      rodzinie adopcyjnej, by chociaż odpisali czy oni i ich dzieci życzą
      sobie takiego kontaktu czy nie. Bez echa....
      Jestem już u kresu sił, chyba dam sobie spokój i z bólem serca
      napiszę znajomemu (mieszka za granicą i poszukiwania prowadzimy
      na "dwa fronty"), że ja wysiadam.
      Przy całym moim zmęczeniu, zaangażowaniu w sprawę i psioczeniu na
      pewne ustawy; oraz szacunku dla adopcji jako takiej - wiem jedno: za
      każdą taką decyzją o tego typu poszukiwaniu rodziny, kryją się
      poważne ludzkie dylematy i wiele wysiłku...
      I jeszcze jedno, trzeba mieć w sobie nie lada odwagę by stanąć oko w
      oko z przeszłością..... Dla państwa taki kontakt z dawną siostrą
      męża mógł być szokiem, zapewniam że dla tej kobiety również.
      Pozdrawiam.
    • olivia_samuel Re: 40 lat po adopcji-informacje o biol.rodzinie 25.11.08, 01:58
      Mam dobre wieści!!!! Poszukiwania zakończone. Dyrektorka ośrodka
      ulitowała się, czy też przeczytała ustawę o ochronie danych
      osobowych raz jeszcze. Nie wiem, być może wpływ na jej decyzję miał
      fakt, że list wysłany do rodziców adopcyjnych wrócił z adnotacją, że
      adresat od kilku lat nie żyje a rodzina zmieniła miejsce
      zamieszkania....
      W każdym razie kobieta podała nam wreszcie nazwisko rodziców
      adopcyjnych. Rzuciła je raz, mimochodem. Podobnie było z nazwą
      miejscowości (niby przypadkiem). Na koniec szepnęła ulicę....
      Radości nie było końca, że aż tyle danych naraz....
      Pod tym adresem nikt z poszukiwanych co prawda nie mieszkał, ale że
      starsi ludzie lubią mówić nawet nie pytani - to dowiedzieliśmy się
      od ich byłych sąsiadów, gdzie teraz żyją Bożena i Henryk i jak im
      się wiedzie.
      Zostawiliśmy u sąsiadów nr telefonu i poprosiliśmy by skontaktowali
      się z tym rodzeństwem. Nie wiedzieli kto ich szuka i w jakim celu,
      ale .... siostra oddzwoniła, brat przebywa od kilku lat poza
      granicami kraju.
      Tego samego dnia doszło do spotkania. Radości nie było końca. Reszta
      rodziny i rodzeństwa, pozna "poszukiwanych" 6 grudnia, w
      Mikołajki....
      To nie był cud, że odnaleźli się po 26 latach. To była zwykła
      ludzka, dobra wola - która przyczyniła się do tego, że kilkoro ludzi
      mogło sie odnaleźć po latach rozłąki. I za to bardzo dziękuję. Piszę
      to, ku pokrzepieniu serc tych wszystkich, którym to jeszcze się nie
      udało. Jeszcze... bo jak widać, wszystko jest możliwe.....
Pełna wersja