karod
12.10.09, 15:36
Oboje z mężem do samego porodu nie wiedzieliśmy, czy chcemy rodzić razem. W
zasadzie mój K. został "wkręcony" w akcję przez personel.
Po przyjściu na oddział położono mnie w małym pokoiku, w którym miałam czekać
na poród. Byłam podłączona do aparatury, tam też podano mi znieczulenie i
przebito pęcherz płodowy... mąż był cały czas obecny, nawet musiał mnie
przytrzymać podczas podawania znieczulenia w kręgosłup. W tym pokoiku położna
poleciła mi już zacząć przeć, aby jak najmniej czasu spędzić na samej sali
porodowej. Jak już dziecko było wsytarczająco blisko, to położna poprosiła
męża aby pomógł jej z dojazdem na porodówkę (po znieczuleniu nie mogłam
chodzić) no i już tam został.
Jak mnie wwozili na salę to zauważyłam obracane lustro pod sufitem i sie
twardo zastanawiałam... po co to lusterko. Jak tylko znalazłam sie na fotelu,
a położna zaczęła manewrować tym lustrem z pytaniem czy dobrze widzę, to mnie
zatkało... co to? film dokumentalny mam oglądać?. Na początku nie chciałam
patrzeć w swoje "rozdziawione" krocze, ale potem to twardo zerkałam czy widać
główkę. Mąż podtrzymywał mi głowę podczas parcia i ... też zerkał w lusterko.
Jak już się pokazała kępka czarnych włosków, to lekarka, która odbierała poród
to wręcz kazała mężowi podejść i zobaczyć.
Gdy już było coraz bliżej finału, byłam tak bardzo skupiona, że nie zwracałam
uwagi na męża. W pewnym momencie w jakiejś przerwie zorientowałam się, ży
oprócz mojego sapania słyszę głośniejsze sapanie za moim uchem. Patrze na
męża, a on blady jak ściana, aż świszczał tak sapał... Tak parsknęłam
śmiechem, że położna z lekarką się na mnie popatrzyły na idiotkę... dostałam
głupawki.
Męża trochę zatkało, ale się szybko opanował i stał tam do końca, oczywiście
od czasu do czasu zerkając między moje nogi. Gdy tylko położyli naszą córeczkę
(wymazaną śluzem i krwią) mi na brzuchu to oboje się rozkleiliśmy ze
szczęścia... pomieszany płacz ze śmiechem. Potem po wytarciu dostał do rąk
swoje małe-wielkie szczęście.
Teraz wspominając całe to wydarzenie, co było najbardziej mrożące krew w
żyłach dla męża, to moment wbijania igły w mój kręgosłup oraz gdy lekarka
wyciągnęła łożysko - ponoć obrzydliwe, ale ja już nie zwracałam na to uwagi.
Mąż całe to wydarzenie wspomina ze śmiechem i stwierdził, że następnym razem
na pewno chce być przy porodzie.