olcia71
12.01.10, 18:25
9 stycznia o 2.30 w nocy zbudził mnie jakby bardzo silny kopniak od mojej
malutkiej po czym poczułam powiększającą się pode mną plamę czegoś mokrego
pode mną. To wody. Zalałam łóżko. Zbudziłam męża, żeby podał mi ręcznik bo
balam się że wszystko ze mnie wyleci.
Spakowałam się ( a właściwie dyktowałam mężowi co ma pakować), zadzwoniłam do
mojego lekarza i o 4.30 byłam w szpitalu z dwoma podkładami poporodowymi pod
tyłkiem

Zostałam przyjęta beznadziejnie, jedna pani zawodziła z bólu na
sąsiedniej sali okropnie a 2 połozne w ogóle się do niej nie fatygowały,
powiedziały że od 24 taki koncert mają i co chwila ją upominały że ma się
uspokoić. Mnie zbadano, przeprowadzono ankietę jednoczesnie robiąc lewtywę i
poganiając zebym odpowiadala na pytania.... Po tych ceregielach poszlam na
sale porodową, rozwarcie na 1 palec,podłączono KTG i czekalam na skurcze...
ok.7 zaczelam mieć skurcze znosne co 10 mn przez godz. Mąż stwierdził że może
pojedzie do domu i przywiezie nam coś do jedzenia...ale został na szczęście.
Potem przyszła inna zmiana, zawodzącą panią z miejsca wzieli na cesarkę bo
dziecko było owinięte pępowiną a mnie zaproponowano kroplówkę. Powiedziałam
"ale to będzie bardziej boleć". Moglam się nie zgodzić... Ale może sama nie
chcialam żeby to trwalo cały dzień.. Ok 8 dostałam kroplówkę i akcja się
zaczęła. Silne skurcze, ale jakies chaotyczne, rozwarcie szybko zaczęło
następować. Jak już miałam maksymalne, zaczęłam przeć. Bóle okrutne, ale
skurcze nie tak regularne jak powinny. Dziecko nie mogło przecisnąc się przez
kanał rodny.Było to ok godz 10-11. Zaczęto proponowac mi różne pozycje do
parcia, bokiem, na "kibelku", a dla mnie każdy ruch był męką. Ale trafiłam na
super zespół (na szczęście o 180 st inny niż ten nocny..) bardzo mnie wspierał
"No Olu, dasz radę!" "Myśl o dziecku" "Świetnie sobie radzisz" Mąż był dla
mnie ogromnym wsparciem! Choć głównie miażdżyłam jego rękę przy skurczach to
mogłam "przekazać" mu ten cały ból. Był dla mnie wielkim psychicznym wsparciem.
Po kilku takich skurczach główka zaczęła się jawic na horyzoncie. Miałam przeć
co sił. W trakcie parcia ból staje się mniejszy paradoksalnie..., ale zawziąć
się przy kolejnym skurczu to wymaga hartu! Juz mało brakowało a groziłaby mi
cesarka, bo skurcze były nieregularne, a główka się cofała... Czekano do
ostatniej chwili, ale nacięcia nie dało się uniknąć. Nie czułam nic. Dzięki
ich wsparciu i mojego męża moja córcia przyszła na świat o godz 12.10. Ważyła
3250g i miała 55cm. Wszystko docierało do mnie jak przez mgłę. Byłam
szczęśliwa. Każdy mięsień mojego ciała drżał.
Jest przekochana. Powiem wam, że ból szybko znika z pamięci. Nie miałam
niczego przeciwbólowego, ale czułam się jak na haju.
Teraz dochodze do siebie, a córcię kocham najbardziej na swiecie! To bylo dla
nas z mężem cudowne doświadczenie!