ewanm77
05.02.04, 10:19
W listopadzie napisałam, że muszę podjąć najtrudniejszą decyzję w moim życiu.
Otrzymałam wiele listów i wypowiedzi na ten temat, niektóre były za
usunięciem źle rozwijającego sie płodu, niektóre przeciw, inne dodały mi
wsparcia i otuchy. Wiele z Was chciało abym napisała co było dalej.
Pojechałam do Poznania na badania prenatalne oczekując cudu. Okazało się, że
badania są już niepotrzebne gdyż serduszko przestało bić. Nie chciałam zostać
w Poznaniu, ale obiecałam lekarzowi, że płód zostanie dostarczony na badania
genetyczne. Wróciłam do Bydgoszczy gdzie wywoływano poród, a płód miał zostać
zabezpieczony do badań. Więc przy wypisie dostałam swoje dziecko w słoiku po
dżemie okryty ligniną, które miałam dostarczyć sama do Poznania, gdyż są to
badania na życzenie pacjętki. Zaraz pojechałam do domu i skontaktowałam się z
lekarzem genetykiem, który zapytał jak został płód zabezpieczony. Na wypisie
miałam napisane, że w soli fizjologicznej, więc stwierdził, że nie ma sensu
przyjeżdżać, gdyż sól doprowadza do rozpadu żywych komórek. Po telefonie
została ja i słoik z moim dzieciątkiem, które ściskałam w dłoniach. Wiedząc,
że nie wolno zakopywać czegokolwiek w słoiku, musiałam go opróżnić, włożyć
dzieciątko do kartonika i zakopać na cmentarzu. Moje dziecko było
trzymiesięcznym płodem, ale uwierzcie, że to już jest dziecko, ma główkę
rączki i nóżki. Dziękuję Bogu, że nie pozwolił mi podejmować jakiejkolwiek
decyzji. Dziękuję również za to, że nie zwariowałam. Aczkolwiek, czy można
mieć wszystko po kolei w głowie gdy rodzi się martwe dziecko ze świadomością
w 7 miesiącu, a po trzech latach wozi sie dziecko w słoiku w plecaku
podróżnym. To chyba nie jest normalne.