kamelia04.08.2007
14.02.11, 17:16
cztery tygodnie temu. - w niecałe 5 godzin, z czego ostatnie 35 minut w szpitalu
Przed południem pojechałam ze starsza na zakupy, a w czasie obiadu jeszcze byłam przekonana, że to na pewno nie dziasiaj.
Dopiero ok 14.30 jak karmiałam starsza, to poczułam dwa chrakterystyczne skurcze, szybko wstałam, zeby je "rozchodzic". Po poprzednim porodzie wiedziałam czym taki skurcz "pachnie", postanoiwłam byc troche bardziej aktywna - zaczełam myc gary, sprzatac ze stołu, wszystko by chodzic tam i z powrotem, by byc na nogach i w ruchu. Było przed 15.00, a skurcze sie pojawiały co 3 minuty, były jednak znosne. Chcaiałam jak najdłuzej sie utzryamac na nogach, powtarzałam sobie, ze pierwsza faze nalezy przesiedziec w domu.
Zadzwoniłam jeszcze w dwa miejsca, w tym czasie akcja tak jakby sie uspokoiła. Potem zaczeło sie znowu, troche mocniej, ale chodzenie po mieszkaniu, czy prasowanie ułatwiało mi zycie. Obudziła sie starsza córka, która tego dnia chyba zrozumiała powage sytuacji, bo nie była uciazliwa. Ja poszłam pod prysznic, sprawdziłam czy w torbie wszystko jest, dopakowałam ostatnie rzeczy.
O 17.30 zadzwoniłam by wezwac chłopa do domu, juz skurcze były na tyle silne, że przeszkadzały w rozmowie - jak przychodził skurcz, to musiałam przerwac na chwile rozwowe, zeby go jakos przetrzymac.
W szpitalu bylismy ok. 18.45, na kazdy skurcz robiłam sie mokra od potu, w ogóle szłam z zamiarem, ze powitam połozne prosba o znieczulenie zewnatrzoponowe i ze maja czas na zbadanie tylko miedzy skurczami, bo na skurczu nie byłam w stanie ani lezeć, ani siedzieć .
POłozna (delikatna jak rzexnik, a do tego bezczelna) powiedział, ze rozwarcie jest na 10 cm. No to jasne, ze zzo nie bedzie i trzeba bedzie zjesc tę żabę. Przewiozły mnie na sale prodowa, gdzie było to przeklete lózko. Byłam tak otepiała od tych 10 cm, że pozwoliłam sie tam położyć. A tu zaczynało sie piekło.
Połozne każa przec jesli poczuje, ze mam ochote, ja im mówie, ze nie mam ochoty, że mnie boli kosc ogonowa (ze po poprzednim porodzie mi został ten ból), one nie słuchaja tylko swoje. Ból był straszny, pozycja półleząca, resza ciała naciskam sobie brzuch, co mi sprawaio ból, one przyczepiły mi do brzucha coś ciezkiego (podobno do mierzenia skurczy), mówie, że to mnie boli i zeby zabrały, a te cipy, jeszcze dociskaja, by lepeij sie ustrojstwo trzymało. Kable od kropkówki tak poplatały, że nie mogłam w ogóle ruszyc reką. Gardło miałam suche, to powiedziały, że wody nie dadza, bo zwymiotuje, kazda przec, mówie, że nie wiem kiedy, one znowu - kiedy mam ochote (ale nie mam ochoty - istny horror). W koncu wytłumaczyły kiedy przec, ból był tak straszny, że rozum odbierał, zaczełam przec, kazde parcie, miałam wrazenie, że mi ktos recznie odgina ostatnie kosci kregosłupa, że mi grejrut usiłuje przepchac. Przełożyły mnie na bok, ale to nic nie dało, bół był straszny.
Kazdym parciem zadawałam sobie straszny bół, darłam sie strasznie, nie wiem czy bardziej z bólu, czy z wysiłku. Miedzy skurczami kazały oddychac, ale nie było to oddychanie, a raczej dyszenie czy charczenie.
Powiedziały, że widza głowe, dotknely moja reka, ale nic nie czułam, pamietam tylko, że moment wyskakiwania, to było takie uczucie jakby ryba mi sie wysliznela z rąk. I to tyle głównej czesci horroru, urodzenie łóżyska było łtwiejsze.
Jak mnie drugi raz badała, żeby sprawdzic czy w srodku nic nie pekło, to juz była delikatniejsza, chyba dlatego, że na nia nawarczałam. Nie pekłam, ani mnie nie nacieła - to tyle dobrego co moge powiedziec o tych położnych.
Nie zabrały malutkiej natychmiast z brzucha i przyłożyły ją tez dosc szybko do piersi - to ich plusy.
To co mam im do zarzucenia, to rutyniarstwo i bezmyslnosc (powinny sie douczyc jak postepowac z kobieta, która rodzi bez zzo), bo zrobiły wszystko, zeby bardziej bolało.
Od małodelkatnego badania przy wejsciu, przez pozycje na plecach, przez doczepienie i dociskanie tych urzadzen pomiarowych, przez unieruchomienie mi reki, nie danie mi wody (w końcu troche dostałam raz, ale musiałam sie sto razy dopraszac), az po niesłuchanie i wiedzenie lepeij. Gdybym rodziła ze zzo, to by mi bardziej było wszystko jedno.
Ból był taki straszny, ze wszystko przeszkadzało, łacznie ze skarpetkami, okularami i opaska na właosach, suchym gardłem, a takze zbyt wyskoka temperatura w pomieszczeniu.
To mój drugi poród, a ja jak magii nie widziałm, tak nadal nie widzę. Teraz mówie, ze natepnym razem urodze w domu. To w szpitalu poddana tej obróbce wycierpiałam najbardziej. Połozna zrelaksowana i gapiaca mi sie w krocze, a ja wyje z bólu - bo w pozycji horyzontalnej czy pólezącej najbardziej mnie bolało. Czasem niektóre kobiety mówią, że im w drugiej fazie było łatwiej, dla mnie to było piekło, nalepiej mi było w domu, nawet jak juz było cięzko, a skurcze parte były dla mnie najwieksza tortura.
Przeczucie mnie mnie nie oszukało - poród szpitalny jest masakrą - gdyby nie ta rutynowa obróbka, to by było lepiej.
O ile mam zastrzezenia do tego co sie działo na sali porodowej, to przez nastepne dni na oddizle połozniczym było o 180 stopni lepeij.