tatianak1
13.05.04, 15:35
Cześć,
jesteśmy małżeństwem z 2 letnim stażem (mamy po 27 lat), oczekujemy
pierwszego dziecka. Jestem w 20 tc. Postanowiłam wam się trochę wyżalić i
zapytać o radę.
Ciąża to nie choroba, ale jakimś tam obciążeniem psychicznym i fizycznym jest dla
organizmu kobiety. Zwalniają się obroty i pomimo aktywności kobieta pewnych
spraw nie jest w stanie przeskoczyć. O co mi chodzi?
Otóż, mój mąż jakoś nie potrafi tego zrozumieć. Tego, że czuję się zmęczona,
bolą mnie plecy, że zmienił się mój sposób myślenia i już nie robię wszystkiego na
łapu capu, tylko planuję, że jestem w stanie z czegoś zrezygnować, żeby zapewnić
sobie i dziecku poczucie bezpieczeństwa, że ciążę przechodzę dosyć trudno, bo
leczę alergię i hormony dają mi w kość.
Przed ciążą prowadziliśmy życie normalnie aktywne, często decydowaliśmy się w
ostatniej chwili na jakiś wyjazd, w biegu pakowaliśmy plecaki, podróżowaliśmy całą
noc itp.
Na początku lipca przyjaciel męża bierze ślub. Mieszka 200 km od nas. Oczywiście
jesteśmy zaproszeni. Biorąc pod uwagę, że będę wtedy w 28 tc, jakoś nie za
bardzo mam ochotę na podróż, potem na wesele. Zaproponowałam mężowi, że
może zastanowimy się nad rezygnacją z tego typu imprezy. Wyślemy życzenia i
prezent i chyba każdy rozsądny człowiek nie obrazi się na to, że nie
przyjechaliśmy. Mój mąż nie chce o tym słyszeć. Musi jechać i koniec. I powiedział,
że pojedzie beze mnie, skoro ja wolałabym zostać w domu. Bardzo mnie to
zasmuciło

Wygląda na to, że będę 3 dni siedzieć sama w domu, bo on planuje już
wyjazd w piątek. Czuję rozczarowanie, bo myślałam, że mąż będzie mnie wspierał i
zostanie ze mną. Nie da mu się niczego wytłumaczyć, tylko powtarza, że ?ciąża to
nie choroba i nic by się nie stało gdybym pojechała?. Nie wiem, co mam robić.
Jestem przybita

((
Kolejna sprawa, całkiem świeża. W nadchodzący weekend wybieramy się do
znajomych (150 km). Będziemy podróżować pociągiem. Planowałam, że
wyjedziemy w sobotę rano, żeby się dobrze wyspać. Chcę nadmienić, że pracuję.
W piątek do godz. 18-tej. Tymczasem mąż wpadł na pomysł, żebyśmy wyjechali w
piątek o godz. 21. Pociąg ma być osobowy, więc na miejsce dotarlibyśmy po 3,5
godzinach. Nie mam siły włóczyć się po nocy, skoro już teraz zmęczenie sprawia,
że śpię już o godz. 21. Ale jemu tak zależy na zorganizowaniu weekendu, bo
gdybyśmy pojechali w sobotę rano, to popołudnie byłoby rozbite i byłoby mniej
czasu na spotkanie z przyjaciółmi (jak to określił). Pokłóciliśmy się o to. W końcu
dał za wygraną, ale widać że jest zły.
Czuję, że on się o mnie nie troszczy. Z dziecka się cieszy, ale wciąż myśli, że jestem
tą Tatianą sprzed kilku miesięcy, która potrafiła jechać całą noc pociągiem, by
spotkać się na 3 godziny z przyjaciółką. Wtedy miałam więcej siły, inaczej myślałam.
Teraz jest we mnie życie, o które chcę się troszczyć. I marzę, żeby mąż pomyślał
najpier o NAS (o mnie i dziecku) zanim wpadnie mu do głowy jakiś nagły pomysł.
Co o tym myślicie?
Tatiana