a.kostecka
27.01.14, 14:00
Witam

Na początek chciałam podziękować za tą wspaniałą stronę, która nie raz pomogła mi przezwyciężyć problemy związane z ciążą i macierzyństwem. Mam 22 lata i zdrowego, pięknego synka, który skończył pół roku. Kiedyś dowiedziałam się, że nie będzie mi łatwo zajść w ciążę. Problemy zdrowotne (niedoczynność tarczycy, zespół policystycznych jajników), sprawiły, że wraz z mężem, baliśmy się, że nie będzie łatwo. Ale udało się. Ostatni miesiąc spędziłam w domu (wcześniej studiowałam i prowadziłam aktywny tryb życia), wyjechałam do mamy na wieś, nawet pomagałam jej na działce i w pracach domowych. Sąsiadki łapały się za głowę, jak widziały mnie kuczającą w truskawkach. Mąż stwierdził, że nawet się nie zorientuję, jak zostawię synka w kapuście

. A tu termin porodu minął i nic. Musiałam się wstawić w szpitalu, aby móc kontrolować tętno dziecka. Nie wspomnę o tym, jak bardzo się spłakałam przed wyjazdem.Ale wiedziałam jedno - tak czy siak, wrócę do domu z Synkiem. Położyli mnie na sali przedporodowej. Za ścianą była porodówka, nie spałam dwie doby, bo ciągle słyszałam krzyk rodzących kobiet. "Jeszcze troszkę" i nagle płacz dziecka. A po moich policzkach płynęły łzy. Łzy tęsknoty za moim dzieckiem, łzy szczęścia, bo wyobrażałam sobie, jak kładą mi na brzuch moje długo oczekiwane Szczęście. Kiedy będzie moja kolej? W środę miałam 2 cm rozwarcia. Na ktg pokazywało skurcze, ale nieregularne. Już bolało, ale nikomu się nie skarżyłam. Najważniejsze, że dziecko było pod kontrolą. Czwartek rano - założyli mi 'balonik' na wywołanie porodu. Chyba nie muszę pisać o bólu jaki mi towarzyszył, przy wkładaniu długich rozwieraczy do szyjki macicy.. Tak, czy siak, nigdy bym się więcej nie zgodziła na indukcję. Cały dzień miałam bolesne skurcze, wiedziałam już, że poród nastąpi lada chwila. Powiedziano mi, że mam czekać, aż ten balonik sam wypadnie. Jeżeli nie wypadnie, nic się nie da zrobić. To czekałam zwijając się z bólu na sali przedporodowej. Płakałam, chodziłam, robiłam przysiady, byłam kilka razy pod prysznicem. O 21 nie wytrzymałam, trzymając się ściany, ledwo zaszłam do pokoju położnych, które smacznie przysypiały. "Balonik wypadł?" -"Nie!" -"To na salę!" Byłam sama, zupełnie sama, nikt nie chciał mi pomóc. Skurcze co 2 minuty nie pozwalały mi na normalne funkcjonowanie. Zadzwoniłam do męża - "przyjeżdżaj" - powiedziałam, "bo sama nie daję rady". A to był dopiero początek! Zaczołgałam się do położnych, wreszcie jedna znów spytała: balonik wypadł? ja:nie! to z łaską powiedziała, żebym poszła na porodówkę, tam sprawdzimy co się dzieje. I faktycznie balonik wypadł, ale zaklinował się u wejścia pochwy. Masz 6 cm rozwarcia, idziesz rodzić! Mąż przyjechał, na sali porodowej byliśmy w trójkę z położną. Byłam naga, ćwiczyłam, robiłam przysiady. Ból tępy, krzyżowy, skurcze co minutę, ktg co pół godziny przez 15 minut. Po 1 w nocy, położna przebiła mi wody płodowe paznokciami, gdy mąż wyszedł kupić kawę w automacie! I wtedy zaczęło się piekło. Okazało się, że nadal 6 cm. Położna zadzwoniła do lekarza z zapytaniem o oxy. Zgodził się, więc zastrzyk w tyłek. Nic nie pomogło. Znowu! Godziny leciały, byłam wykończona. Wyłam z bólu, waliłam nogami, trzęsłam się, prosiłam Boga o pomoc. Kuczałam, klękałam, darłam sznur z sufitu, tak, że mało kasetony nie odpadły. A położna non stop robiła mi masaż szyjki macicy, co sprawiło, że wyraniła główkę dziecka wbijając paznokcie. Była tęga, miała grubą rękę i rozdzierała na żywca moje wnętrze. Mijały godziny. Ile jeszcze? - darłam się. Nie miałam już łez, nie miałam już siły, gardło bolało z wycia, a ona mnie nadal rozdzierała. "Wytrzymaj chwile, zrobię to i zaoszczędzimy trochę czasu. Dzięki temu, poród się przyspieszy!" Skurcze były tak częste i tak silne, że nie miałam nawet chwili, żeby złapać oddech do parcia. A skurcze były już parte

Najgorzej wspominam to ciągłe badanie ktg, które sprawiło, że przez leżenie na łóżku, skurcze były jeszcze bardziej bolesne. Pytam: ile już? Położna odp: No prawie 7 cm. Załamałam się! Tyle godzin i taki postęp? To mnie dobiło. Przerażała mnie myśl, że to dopiero początek, że tyle jeszcze przede mną, a ja już nie mam siły. Było przed godziną 5. Kolejne ktg, kolejne masaże szyjki. Czuję, że tracę przytomność, nie oddycham, nie potrafię wziąć oddechu i nagle spadek tętna dziecka. Mój krzyk, mój strach, moje łzy i mój ból. Otrzeźwiałam, wróciłam na ziemię. Położna spanikowana dzwoni do lekarza. Nie odbiera. Kolejny raz i nic. Wreszcie odebrał. Za chwile wbiega zaspany lekarz, pyta co się dzieje. Na stronie położna mu wszystko wyjaśniła. Zerka na zapis ktg, wkłada palce i.. "6 cm. Podpisała pani zgodę na cesarskie cięcie?". Nie! Jakie 6 cm, jak 7! Przez myśl mi przeszło migiem tysiąc myśli: Jaka cesarka? Przecież ja mam urodzić naturalnie! Chodziłam do szkoły rodzenia, moja mama urodziła normalnie 5 dzieci, babcia 6! Przecież to cięcie brzucha! Zesłabnę! Spadek tętna? Jezu, ratujcie moje dziecko!" Ekspresowe podłączenie cewnika, podpisanie zgody, założenie koszuli. Wsadzili mnie na wózek i pędzili przez długi korytarz. Było cicho i ciemno. Wrzeszczałam z bólu i strachu, jakby mnie żywcem rżnęli. Otworzyły się drzwi sali operacyjnej a tam czekał na mnie już cały zespół medyczny. "Proszę się położyć na łóżku", widziałam jak lekarz w zielonym fartuchu smaruje mi czymś brzuch, anestezjolog coś wkuwa w obiegówkę, ktoś wiąże mi ręce, każą mi wziąć kilka oddechów i odpływam. Mój koszmar fizyczny się kończy. Zbudziłam się za wcześnie. Wyciągają mi rurę z intubacji, nie mogę oddychać. Ślina zalepiła mi gardło. Chcę pokazać im, że nie oddycham, ale ręka odmawia mi posłuszeństwa. Odessali mi gardło, słyszę: "trzy, cztery" i przenoszą mnie na drugie łóżko. Pytam: "żyje dziecko? zdrowe?" nikt nie odpowiada. Nie wiem czy majaczyłam, czy pytałam a nie wydawałam z siebie dźwięków... Przewieźli mnie na pooperacyjną. Przyszedł mój mąż, płakał: tak się bałem! Spytałam, czy widział synka, czy zdrowy? Dostał 10 pkt, mój mały dzielny skarb! Przywieźli mi go w szklanym wózku, patrzyłam na niego i płakałam, że nie mogę go przytulić, że marzenia o pięknym porodzie prysły jak bańka mydlana, marzenia, że go przytulę, pocałuję, że będą łzy szczęścia i powiem: "Cześ Skarbie! Witaj na świecie!" , nigdy się nie spełnią. To nie ja go wzięłam pierwsza na ręce, nie ja przytuliłam. Choć to nie zmienia mojej miłości do niego, mam poczucie tego, że coś mi umknęło, że jestem gorsza, bo się nie udało. Gdy pytają mnie o poród, a odpowiadam, że jestem po cesarce, patrzą na mnie z góry. Nie znają mojej historii, nie wiedzą co się wydarzyło, ile przeżyłam i jak bardzo się starałam wydać na świat dziecko własnymi siłami. Przecież nikomu nie zapłaciłam, nie umówiłam się na zabieg, nie poddałam. Ile bym oddała za to, by móc rodzić naturalnie! Macierzyństwo to cudowna sprawa. Na pewno nie poprzestaniemy na jednym dziecku. I tu pytanie, czy mam szansę naturalnie urodzić? Czy moja szyjka już więcej nie jest w stanie się rozwierać? Czy znów narazić siebie i dziecko na takie przeżycia? Przyznam, mam traumę po porodzie. Do kogo z tym pójść? Jak sobie poradzić ? W mężu mam ogromne wsparcie, ale szukam ciągle odpowiedzi na pytania, dlaczego tak a nie inaczej, co źle zrobiłam? Wiem, zadręczanie się niczego nie da, ale chciałam zaznaczyć jak ważne było dla mnie, aby móc urodzić naturalnie, spełnić swoje zadanie, być prawdziwą kobietą, wiedzieć jak to jest, gdy Ci dają na brzuch tego Skarba. Z minusów cesarki mogę jeszcze wymienić, że z tego względu na to, iż była robiona nagle, uszkodzono mi przy intubacji żuchwę, nie mogłam otwierać szczęki przez kilka dni, a do 2 miesięcy czułam niesamowity ból przy przeżuwaniu i otwieraniu szczęki. Szwy bolą do tej pory, pomimo tego, że nie mam żadnych zrostów, ani bliznowca. Po operacji dochodziłam długo do siebie. Totalny brak sił. Mimo cesarki - ból przy stosunku i ograniczenie w doborze pozycji seksualnych. Czy któraś z Was miała podobnie? Byłabym wdzięczna za udzielenie odpowiedzi. Pozdrawiam!