mitado
23.12.05, 10:46
i usprawiedliwiać swojego męża.
Jestem w 8 miesiącu, to moje pierwsze dziecko i bardzo na nie czekam, choć nie
panikuję.
Wczoraj doszło jednak do mnie, że tak naprawdę tylko ja z nas obojga sie
cieszę. Dotychczas tłumaczyłam sobie zachowanie męża - że jako facet ma
problem z identyfikacją z dzieckiem, które jeszcze jest w brzuchu, że ma juz
córkę z pierwszego małżeństwa i to nie jest dla niego taka nowość i odkrycie
jak dla mnie.
Tylko dlaczego czuję się jak samotna matka?
Mąż ani razu nie powiedział o "tym czymś" w brzuchu osobowo, nie podejmuje
żadnych rozmów na ten temat, a jesli już cos zacznę, to ani razu nie
usłyszałam "nasz dziecko" czy czegoś w ten deseń. To ja podejmuje inicjatywę
ze wszystkim - zakup wózka, łóżeczka, wyprawki, wyboru imienia. Mąż się temu
przygląda spokojnie ale żadnego zaangażowania. Próbuję go jakoś zachęcić,
pytam, jak widzi to czy tamto ale bez zaangażowania z jego strony. W szkole
rodzenia i przy porodzie powiedział, że będzie ale widać gołym okiem, że
bardziej z poczucia obowiązku niż z serca.

Przy narodzinach swojej córki też
uczestniczył, więc może stwierdził, że po prostu tak powinno być i już.
Nawet jego rodzice bardziej się moją ciążą przejmują niż on.

Niby jest w
porządku ale psychicznie nie mam od niego żadnego wsparcia. O czułościach do
mnie, jako ciężarówki nie mam co marzyć. No i nie usłyszałam NIC na temat, by
się cieszył... widzi tylko problemy z płaczem dziecka, pieluchami i ogólnie
zwiększonymi obowiązkami. A przecież na dziecko zdecydował razem ze mną, choć
bardziej dla mnie niż dla siebie.
Myslałam, że z czasem, jak brzuszek bedzie coraz większy, a chwila porodu
blisko, że się przełamie, dojrzeje do tej radości. Wczoraj jednak klapki z
oczu mi spadły z hukiem. Siedząc wieczorem razem na kanapie synek zaczął mi
fikać w brzuchu i wszystko aż huczało w środku. Poprosiłam go, żeby rękę
przyłożył mi do brzucha, bo tak sie smiesznie wypiął. I usłyszalam, że mu
NIEWYGODNIE rękę położyć - siedział obok mnie, zaznaczam. Nie był niczym
zajęty, tępo patrzył się tylko w telewizor.
Właściwie nie wiem, po co on ma chodzić ze mna do szkoły rodzenia i być przy
porodzie. Z poczucia obowiązku? Z obowiązku to bedzie połozna i może lekarz -
więcej mi nie trzeba w tej sytuacji.