pszkit
07.09.06, 13:09
Teraz,kiedy siedze wygodnie w sali poteznego hamburskiego szpitala i popijam
specjalnie dla mnie przyzadzona kawe,nie moge uwierzyc ze przedemna spi w
lozeczku,malenki bobas,ktory ma na raczce plastykowa opaske na ktorej jest
napis"Kaminski"-"Knabe"-czyli, chlopiec,dalej : 06.April 1981- 18,15
Uhr. /07.04.81/
05.04.81.
Jest piekny wieczor wiec balkon mamy otwarty.Telefon..Tesciowie zapowiadaja
swoja wizyte,oraz wspolne ogladanie filmu wlosko-francuskiego w
telewizji "Jezus Chrystus"Hania szybko nastawia w expresie kawe a ja
otwieram barek.Wybor pada na koniak.Po dwudziestu minutach zjawiaja
sie,przywiezli z dzisiejszego Fischmarku (bazar rybny w Hamburgu)
ananasy,pomidory,banany i calego wegorza.Tesciowa pije kawe a ja z tesciem
koniak.Tesciu duzo pic nie moze bo przyjechali autem /w RFN-nie jest pewna
granica picia dozwolona/
Ogladamy film a w miedzyczasie opowiadamy sobie co slychac nowego.Zartuja
sobie z Hani ze jeszcze nie urodzila i ze nie wie jeszcze ten maly Bobas co
bedzie mialo za ojca-chyba dlatego tak szybko nie chce wysc na swiat.Tesciu
jednak zmeczony wiec wychodza,nawet do polowy nie obejrzeli filmu.Odjezdzaja
swoim zielonym mercedesem z ktorego jest taki dumny.Po kilku godzinach film
konczy sie,byl wspanialy.Rozkladam lozko do spania,jednak spac nie moge,Hania
tez.Gramy w chinczyka,nawet po kilka razy. Jest juz godzina 24.00.Boje sie ze
to moze nastapic dzisiaj.Hania tez tak mysli,bo pojawiaja sie bole ktore po
pieciu minutach ustaja,i tak na nowo.Niewiem sam, co mam robic.
Najchetniej juz wezwalbym karetke ale Hania mnie wzbrania.Mysli ze to jednak
nie dzisiaj i Jej przejdzie.
Czekamy, rozmawiamy o wszystkim i o niczym ,wspominamy nasze poznanie
06.04.1981
Godzina 1.30,bole sie wzmagaja a najgorsze ze ja niewiem co mam robic.Ucze
sie po niemiecku jak dzwonic po karetke.Bole ustaja.Mowie teraz konkretnie ze
jezeli sie powtorza to ja dzwonie,Hania protestuje,woli abym zadzwonil do Jej
kolezanki-Rosi,ktora juz Jej wiele razy pomogla.Dzwonie,i lamana niemczyzna i
troche po polsku pytam co robic?Rosi kaze nam czekac,jednakze po paru
minutach przyjezdza do nas.Godzina 2.00,Hania i Rosi popijaja kawe,smiejac
sie zemnie ze latam po mieszkaniu i niewiem co mam robic.Wynika z tego ze one
sa zadowolone a ja latam jak wariat ze zdenerwowania.Prosze Rosi aby sobie
zabrala Hanie do siebie,
bo mam angst czyli strach.Niewiem czy z tego smiechu czy co ,bole sie
powtarzaja.Ubieramy Hanie i powoli sprowadzamy z drugiego pietra do samochodu
Rosi.Hania idzie sama, jednak podrzymujemy Ja czasami..Odjezdzamy z naszej
ulicy gdzie samochod stoi przy samochodzie.Jednak Rosi jest dobrym kierowca.
Wolno i z usmiechem prowadzi swojego automatyka.Nocne miasto wyglada
wspaniale.Hania jest zemna w tyle,polozyla swoja glowe na moje kolana.Wcale
nie czuc ze jedziemy,a jednak mnie zaczyna byc niedobrze,bole Hani ustaly.Po
15-tu -20-tu minutach pieknie oswietlonych ulicach ,wjezdzamy do poteznego
parku,gdzie widnieje napis wielkimi literami"FRAUENKLINIK FINKENAU- HAMBURG"
Dopiero teraz widze potezny gmach polozony w samym srodku parku ,przy ktorego
wejsciu stoi piekny pomnik matki z dzieckiem.Piekny akt macierzynstwa.Szukamy
wolnego miejsca.Znajdujemy przy samym wejsciu-wjezdzamy.Prowadzimy Hanie do
srodka,bole sie pojawiaja to zanikaja,Rosemarii jest szczesliwa a ja
bledne.Rosi tez urodzila sie 6 kwietnia wiec zapewnia mnie ze ze to bedzie
dzisiaj i jezeli tak bedzie to jeszcze dzis bedziemy pili podwojnego szampana.
Godzina 2.45
Siostra przyjmujaca Hanie usmiecha sie przyjaznie.Spisuje dane,ktore tlumaczy
jej Rosi.Wpuszcza nas
do poczekalni a Hanie zabiera do innej sali na badania.
Godzina 2.55
Wraca z Hania ale Hania juz przebrana i ubrana w szpitalne ubranie.Idziemy na
sale gdzie ja kladzie na lozko..Ja z Rosemari siadamy obok przy
lozku.Sprawdzaja jej cisninie i podlaczaja do jakiegos aparatu ktory rysuje
na monitorze,planszy bicie serduszka malego bobasa.Siedzimy tak przy Hani z
godzine czasu.Aparat wskazuje takze bicie serca Hani i rysuje kiedy i jakie
ma bole.Tak jest co piec minut.Hania usmiecha sie, ale wiem ze sztucznie .Ma
bole,wiem ze Jej jest ciezko bo czasami zaciska zeby.Slyszymy w aparacie
tetent galopujacych koni.Pytam:was ist das?Pielegniarka tlumaczy mnie ze to
klein lub kleine Kaminski./w Niemczech nie odmienia sie nazwiska na -
ska/Pilegniarka prosi nas abysmy jednak pojechali do domu gdyz to moze
jeszcze troche potrwac.Teraz przyszedl doktor i zabral Hanie na
badania.Wychodzimy,usmiecham sie do Hani,calujac Ja w policzek.Uspakajam Ja
ze wszystko bedzie dobrze.Szczerze mowiac,mam wiecej strachu niz
ona.Wychodzac,Rosi pyta kiedy mamy przyjechac.Prosza abysmy wpierw
zatelefonowali.
Na wszelki wypadek zostawiam siostrze moj numer telefonu.Odjezdzamy.
Godzina 3.00-4.00
Rosi odwozi mnie do domu,wysiadam Wolno, idac po schodach mysle ,do glowy
przychodza mnie rozne mysli.Dopiero teraz spostrzeglem ze kogos tu w
mieszkaniu brakuje.Siadam przy telefonie,biore album ogladam nasze zdjecia i
swoje kiedy bylem maly.Ciesze sie, a zarazem boje,bo przypominam sobie ten
dzien jak Hania powiedziala mnie ze nigdy nie bedzie mogla miec dzieci,gdyz
miala wypadek i problemy z kregoslupem..
A jezeli to prawda?Co ja wtedy zrobie?Czekam i czekam. Godzina
7.00,telefon,podnioslem sluchawke.
Tesciowa wychodzila na kurs niemieckiego do szkoly i pytala jak Hania sie
czuje.Nie chce Jej mowic ze Hania w szpitalu.Uspakajam Ja ze wszystko dobrze
i Hania w tej chwili spi.Wiem ze tesciowa ma dzisiaj egzaminy
koncowe,niechcialbym Jej martwic.
Godzina 9.00
Ide do Banku"Sparkasse",wypisuje czek i wybieram pieniadze.Kupuje kwiaty dla
Rosi. Dzis Jej urodziny
Pozatym tyle nam pomaga..
Ide na autobus i jade do Rosi.Piekny jednorodzinny domek jakby wymarl.Nikogo
w domu?? Rosemarii w bufecie (pokoik specjalnie zrobiony wstylu Bier-Bar)
Wreczam Jej kwiaty.Jest bardzo szczesliwa,calujac mnie w policzek mowi z
jestem dzis pierwszy od ktorego otrzymala kwiaty.Maz Jej Dieter w pracy a
Carina i Michaela (Jej dzieci) juz w szkole,wieczorem bedzie impreza.Zrobila
mnie sniadanie, lecz jesc nie moglem.Popijajac tylko kawe,ponagllalem Ja o
wyjazd do Hani. .Rosi uspakaja mnie,usmiechajac sie, ze wszystko bedzie
dobrze i ze nad wszystkim ma kontrole.
Godzina 10.30 Poczekalnia .Siedzimy nerwowo na lawce, jeszcze nie
urodzila.Pielegniarka,lekarzei i nny personel kliniki-wydaje mnie sie ze
kazdy jest bardzo mily dla nas.Nadzwyczaj mili,ciagle slysze"guten Tag"
I do tego zyczliwy usmiech.Dla kogos z Polski robi to wielkie
wrazenie.Siostra przyprowadza Hanie lecz ona nie moze isc o wlasnych
silach,dlatego-wracaja na sale, gdzie poprzednio lezala.Ubieram zielony
fartuch wiazany z tyllu i wygladam jak rzeznik .Na glowe czapke a na buty
specjanie przygotowana cerate.,/aby nikt nie dostal zakazenia /Siadam przy
Hani ktora lezy w lozku..
Rozmawiam z nia , a siostry w niebieskich fartuchach robia wszystko aby Hania
miala jak najlepiej.Jena z nich,ma skosne oczy, pochodzi z Filipin,pozostale
to niemki-maja na fartuchach znaczki z personaliami .
Niebieskooka Gabriela i obok niej blondynka Brigitte,wyczuwaja powage
sytuacji.,obsluguja aparat mierzacy bicie.Zakladaja Jej cos na palec.Wycieram
Jej pot z czola,chwytam za reke .Na korytarzu czeka Rosi na zmiane wiec
wychodze.Siadam nerwowo w poczekalni.Na sali mozna przebywac tylko jednej
osobie.
Godzina 13.40-16.00
Czeste zmiany z Rosi.Mijaja sekundy minuty i godziny.Nerwowo chodze po
korytarzu tam i spowrotem.Teraz Rosi przy Hani.Czasem siadam i notuje co i
kiedy,przeciez ma sie narodzic moje dziecko.
Zupelnie zglodnialem,zbiera mnie na wymioty chyba za duzo tej kawy,sam
niewiem co mnie dolega.Pani Doktor jest przy Hani,powiedziala ze por