joanna_g6
14.11.06, 14:27
Ten dzień zbliżał sie wielkimi krokami.
Na wizycie 7.11.2006 r. lekarz stwierdził: "Pani to już dawno powinna urodzić
tu jest wszystko przygotowane, szyjka całkowicie zgładzona, główka dziecka
nisko, rozwarcie na 2 cm". Termin miałam na 9.11.2006 r.
I zaczęło się 8.11.2006 r. godzina 5 rano poszłam do wc i dostałam skurcze
najpierw nieregularne co 5, 7, 8 minut. Stwierdziłam zaczekam przynajmniej
godzinę żeby wiedziec czy to już na pewno. Nie było odwrotu. Skurcze coraz
regularniejsze co 2, 3 minuty. Obudziłam męża i pojechaliśmy do szpitala.
Była godzina 7.20 jak dotarłam na izbę przyjęć. Tam milion papierków do
wypisania, pesele, daty urodzenia, zawody, adresy, telefony. Zapamiętaj to
wszystko jak zwijasz się na krześle po kolejnym skurczu i czekasz na
następny.
Poród mieliśmy rodzinny w bardzo przyjemnej sali, z wanną i innymi gadżetami.
O 8.20 położyłam się na łóżko porodowe i nie chcialam już z niego schodzić do
zakończenia, a chciałam żeby jak najszybciej było po wszystkim, ból wykręcał
mi twarz, a ja ściskałam rękę męża. Cieszę się, że był tam ze mną i
przeżywaliśmy to razem.
Kolejne minuty ciągły się, położna krzyczała przyj dziewczyno do końca mocno,
nabierz powietrz, przyj, jeszcze raz. Nie miałam już sił. O 9.20 skurcz był
tak silny, że moje maleństwo wyszło na świat, krzyczące, różowiutkie, jak mój
szlafrok.
Odetchnęłam z ulgą, koniec skurczów. Mąż przeciął pępowinę i maleństwo
położyli mi na brzuszku. Konradek jest cudowny, idealny, słodki, miluśki, w
życiu bym sobie go lepiej nie wyobraziła.
Później wzięli go do warzenia, mierzenia i kąpania. W skali apgara dostał 10
punktów.
Mnie przewięźli na salę poporodową i wraz z mężem czekalam na maleństwo,
jednak się nie doczekałam dopiero po przyjeździe na salę szpitalną przywieźli
mi maleństwo. Położyli je obok na łóżku i niemogłam się od niego oderwać.
Cały czas go calowałam i oglądałam, ZAKOCHAŁAM SIĘ.