i ja już jestem mamusią!

10.01.07, 10:49
kochane baby, 2-go stycznia urodziłam mojego najukochańszego synka. JESTEM
TAKA SZCZĘŚLIWA!! smile)))))
    • magducha78 Re: i ja już jestem mamusią! 10.01.07, 10:52
      gratulacje!!!!
      • jukka5 Re: i ja już jestem mamusią! 10.01.07, 13:40
        Gratuluję!!!!
        Tobie i maluszkowi.
        Trzymajcie się cieplutko.
        • eska762 Re: i ja już jestem mamusią! 10.01.07, 13:43
          gratulacje!! smile))
          • kasia8120 Re: i ja już jestem mamusią! 10.01.07, 15:18
            gratulacje!my na kwietnia mamy rozwiązanie to jeszcze 100 dni od dziśsad
    • wiola500 Re: i ja już jestem mamusią! 10.01.07, 15:34
      Gratulacje!Życzę zdrówka wam obojgu,a dla ciebie spełnienia w roli mamy.
    • ineska2 gratulacje! 10.01.07, 16:18
      porod to jednak jest wyczyn, ale warto! urodzilam prawie 2 miesiace temu i
      nigdy nie zapomne chwili, kiedy dzidzius lezal kolo mnie na lozku szpitalnym i
      wpatrywalismy sie w siebie jak zakleci wink to jest prawdziwy cud.
    • klaudyna1985 Re: i ja już jestem mamusią! 10.01.07, 19:14
      WIELKIE GRATULACJE!!!!!!!!!
      Ja też mam juz synka. Obecnie ma prawie 4 miesiące. Pozdrawiam i życzę
      powodzenia mamusi!!!!!
    • brunetka13 Re: i ja już jestem mamusią! 11.01.07, 12:32
      Ja tez przylaczam sie do gratulacji, wracaj szybko do formy - zycze zdrowka i
      umiejetnosci zrozumienia maluszka, bo to czasami wielka sztuka odgadnac
      potrzeby dziecka ! trzymajcie sie !!! smile))))
    • mimarika Re:Buzi dla Malutkiego :))) 11.01.07, 15:26
      • koka222 Re:Buzi dla Malutkiego :))) 11.01.07, 15:51
        hej!!!!!ja też od 4 miesięcy jestem mamą!!mam wspanialego synka,który jest chyba
        duży jak na swój wiek-waży 8,5 kg i nosi 86 boody....
    • szyraf1 Re: i ja już jestem mamusią! 11.01.07, 21:47
      gratulacje
    • badalala bardzo wam dziękuję za ciepłe słowo! 21.01.07, 19:48
      właściwie to termin miałam na dziś.. ale mój maluszek postanowił urodzić się
      kapkę wcześniej. 2-go stycznia w nocy, jakoś tak po 2-giej poczułam, że
      wypłynęła ze mnie do łózia spora ilość płynu. myślałam, że to jakiś problem z
      pęcherzem, bo pod koniec ciąży - norma - młody mocno mi go uciskał i wycieczki
      do toalety odbywały się z poważnie wzmożoną częstotliwością. udałam się na
      siusiu i wróciłam do łóżka, w którym uprzednio sobie posprzątałam i rozłożyłam
      duży ręcznik. ledwo się położyłam, a tu znów - chlup. cholera, jednak nie
      zrobiłam siku do łóżka - pomyślałam z trwogą i lecę do tualety sprawdzić
      połogową wkładką co to za substancja leci i jaki ma kolor. nie miała barwy
      siuśkowej, tylko bladoróżową no i jeszcze jakieś takie glutki brązowawe czy
      różowawe do tego wychodziły co jakiś czas. skurczy nie miałam, tylko brzuch mnie
      tak pobolewał jak na miesiączkę, a może troszkę mocniej.. mąż spał sobie jeszcze
      w najlepsze, czasem tylko się na chwilę wybudzał i pytał co robimy, a ja mówię,
      żeby na razie spał i zaczęłam się szykować: wzięłam prysznic, dopakowałam resztę
      drobiazgów do torby do szpitala, sprawdziłam w internecie, co piszą na temat tej
      bladoróżowej wydzieliny i tak mi się zeszło aż do świtu. totalna idiota, jak
      dziś o tym myślę, zamiast jechać od razu!!!! no kretynka uncertain ale czas mi się
      jakoś wymsknął spod kontroli, myślałam, ze to wszystko o niebo krócej trwa.
      nigdy tak nie róbcie!! jak już jechaliśmy z mężem do szpitala, to zaczęły się
      skurcze, jeszcze nie takie bardzo silne, ale dość przykre. modliłam się, żeby
      mnie nie odesłali do domu i żeby to wszystko nie był jakiś fałszywy alarm. no
      więc ok. 8-ej wylądowałam na izbie przyjęć, zgłosiłam się, że chyba rodzę i
      jeszcze sobie poczekałam, bo było parę osób w kolejce na ginekologię. potem, jak
      już się doczekałam, lekarz wsadził mi rękę gdzie trzeba i sięgnął chyba aż do
      gardła, wyglądało że po sam łokieć i mówi - uuuu, dzieciaku, ale długa szyjka -
      i coś tam jeszcze, ale nie pamiętam, bo w ogóle mam jakieś białe plamy w mózgu z
      tamtego dnia :smile) potem zaczęto mnie przyjmować do szpitala; papierki, karta
      pacjentki, pesele itd. itp.. nagle okazało się, że nie wiadomo jak się nazywam,
      bo w starym dowodzie mam jedno nazwisko, a po mężu noszę inne. no i musiał
      pognać mój małż do domu po akt ślubu, a ja znów czekałam nie wiadomo ile,
      studiując tymczasem prawa i obowiązki pacjenta wink co jakiś czas lekarz zaglądał
      do mnie do poczekalni i pytał - "jeszcze go nie ma? no ile ten twój stary będzie
      jeszcze jechał?" wreszcie mężu dotarł zdyszany, z cennym dokumentem w dłoni.
      powędrowałam na ktg, skurcze były już naprawdę bolesne, ale pani, która co jakiś
      czas sprawdzała zapis mówi - jakieś oszukane te skurcze, urządzenie niczego nie
      zapisuje. zalała mnie fala trwogi, że każą mi iść do domu, ale za pół godziny
      czy za godzinę, nie wiem ile to trwało, w asyście męża i przy coraz silniejszych
      i częstszych skurczach (takich, co to już blokują gadanie i powodują grymasy na
      twarzy) już przebierałam się w szpitalną kaftankę, a on pstrykał mi zdjęcia i
      był cholernie wzruszony i podekscytowany. i wreszcie - ok. południa już musiało
      być, jeśli ok. 13.ej - na porodówkę. a tam przesuper babeczka. dowcipkowała,
      rozładowywała atmosferę. okazało się, że to położna, z którą potem przyszło mi
      rodzić. dzięki bogu, że trafiłam na nią!! rewelacyjna kobita, eh.. na porodówce
      spotkałam jeszcze dwie dziewczyny, jedna tkwiła w szpitalu od 29-go grudnia, a
      druga od 24-go. ta pierwsza urodziła prawie razem ze mną, mnie troszkę szybciej
      poszło, a ta druga dopiero następnego dnia. znów papierki, potem jakieś
      kroplówki, potem jakiś superprzystojny lekarz o wyglądzie metysa przyszedł zadać
      parę pytań i zmierzyć bioderka, potem znów papierki, w tym czasie mój luby
      poleciał wpłacić stówkę za poród rodzinny (położna spytała czy chodziliśmy do
      szkoły rodzenia, my - że kurczę nie, ale ona nie miała żadnych zastrzeżeń), po
      czym wrócił, głównie po to, żeby mnie wkurzać, po czym okazało się, że to moje
      rodzenie jeszcze może dość długo potrwać, może do 19.ej, a może i do 24.ej, a ja
      wzięłam do szpitala wszystko oprócz oczywiście ubranek dla maluszka (puk puk w
      czółko), więc pojechał po moją mamę i po ubranka i obiecał niedługo wrócić. a ja
      ktg again, 2 czopki w pupę i łazić w tę i wew tę po korytarzu. razem z
      koleżanką. położna co jakiś czas nas doglądała, w pewnym momencie mówi z
      przebiegłym uśmiechem - "coraz bardziej mi się podobają wasze miny" (bo te
      skurcze już cholernie dawały się we znaki), a my się z tymi skrzywionymi
      twarzami zaczęłyśmy śmiać. potem przyszła jakaś para zobaczyć porodówkę,
      rozanieleni życzyli nam powodzenia heh, a położna pokazywała im salę i nas obie
      jako integralną ciekawostkę lokalną wink) później były piłki, bo już bolało nie na
      żarty. położna poleciła oddychać głęboko podczas skurczu, żeby złagodzić ból i
      dotlenić dziecko, ale ani ja, ani koleżanka nie mogłyśmy się przemóc, tak
      bolało. zresztą, cały czas się konsultowałyśmy - czy ty masz też tak jak ja? czy
      tobie też coś tam coś tam? czy jesteś w stanie oddychać tak a tak? to było
      bardzo fajne, cieszę się, że nie byłam na porodówce sama. na tej piłce skurcze
      doprowadzały mnie do płaczu już i zaczęłam na ostro jęczeć i przeklinać i wzywać
      pana boga nadaremno i coś bredzić. już chciałam błagać o znieczulenie jakieś,
      ale położna położyła mnie na łóżko i zaczęło się. to już nie było rozwarcie na
      dwa czy trzy palce. czuję już dzidziusia - mówi położna - ma włoski smile a ja
      sobie myślę, gdzie ten mój chłop!! potem to już pamiętam jak przez mgłę, chociaż
      druga faza porodu trwała tylko pół godzinki. parcie, zupełnie instynktowne, bo
      nie miałam pojęcia jak oddychać i jak przeć i bałam się, że coś schrzanię. ale
      położna bardzo mi pomagała - mówiła mi co robić i jak robić, a czego nie. i
      cały czas powtarzała – tak! taaak! świeetnie!! to mnie bardzo podnosiło na
      duchu. w pewnym momencie mówi – jeszcze tylko raz, jest już główka, chce pani
      dotknąć? a ja na to w histerię: NIE!! NIEEE! NIE! w ogóle to nie wiem kiedy
      nagle wokół mnie znalazła się cała ekipa dopingujących mnie ludzi, po dwoje czy
      troje po każdej stronie łóżka i jeszcze jeden lekarz naprzeciwko sobie siedział.
      bardzo się starałam przeć po trzy razy podczas każdego skurczu, tak jak prosiła
      położna, ale raczej udawało mi się maksymalnie 2,5 raza wink bo albo nie miałam
      już powersa, albo skurcz się kończył. strasznie się denerwowałam, kiedy znów
      nadchodził, i bardzo bardzo chciałam już wyprzeć maluszka na zewnątrz, bo
      położna mówiła, że podczas skurczu on jest niedotleniony, a ja nie byłam w
      stanie się zmusić, żeby do końca oddychać tak jak ona polecała, żeby mu pomóc,
      bo za bardzo bolało. i nagle mnie zapiekło i poczułam się tam w dole trochę
      inaczej niż do tej pory, taka bardziej wypełniona, poczułam jak maluszek
      przechodzi przeze mnie i położna mówi „jest” czy „już” czy coś w ten deseń.. i..
      jaka ulga.. i chyba kompletnie urwał mi się film, bo dopiero oprzytomniałam,
      kiedy mi położyli na brzuchu maleńkiego, cieplutkiego, ruszającego się i
      kwilącego facecika, jeszcze tu i ówdzie upapranego białą mazią płodową, a ja nie
      mogłam uwierzyć, że to MÓJ SYNECZEK!!! poryczałam się ze wzruszenia, zaczęłam go
      delikatnie dotykać i coś do niego przemawiać i nagle przerażona mówię do jakiejś
      babki, która stała po mojej prawej stronie, że chyba przygniotłam mu łapkę, a
      ona na to z uśmiechem od ucha do ucha, że nie nie, na pewno nie wink potem mi go
      zabrali na chwilę, odcięli pępowinę, umyli, zważyli i zmierzyli i tak dalej,
      kompletnie nie pamiętam co się działo, co robili z moim synulkiem i co mówili,
      jak już wspomniałam chyba pourywał mi się film nieco.. pamiętam tylko, że jak mi
      synia zabrali z brzucha, to mówię tak: tylko bardzo proszę od razu założyć mu na
      rączkę tę wstążeczkę z podpisem, żeby było od samego początku wiadomo, że jest
      na pewno mój!! myślę, że się dobrze obśmiali. zresztą, to pewnie
      • badalala c.d. 21.01.07, 22:31
        ..żeby było od samego początku wiadomo, że jest na pewno mój!! myślę, że się
        dobrze obśmiali. zresztą, to pewnie swego rodzaju standard, takie prośby wink
        pamiętam jeszcze, że przystawili mi tego mojego golaska z prawej strony do głowy
        z pytaniem – co się urodziło? (czy jakoś tak), a ja widzę naprzeciwko swojego
        nosa maleńkiego sisiorka i duże jajusia i mówię: chłopaczek. cześć chłopczyku,
        jestem twoją mamą! smile)) no i pokazali mi tę bransoletkę: no niech mamunia
        spojrzy, jest? czyj syn? zgadza się wszystko? w porządku? a potem wzięli go i
        ubrali w jakieś szmatki i beciki szpitalne, bo mój mąż jeszcze nie zdążył
        dotrzeć z ubrankami i zawieźli na oddział, a ja za czas jakiś miałam go dostać z
        powrotem, przewieziona z porodówki do sali. później przyjechał mój mąż, bardzo
        mocno rozżalony, że nie zdążył (myślał, że się zejdzie i jeszcze rosół u mamy
        zjadł). ale starannie pocieszyłam go, że byłam tak skołowana i rozdrażniona tymi
        bólami, że i tak na pewno bym go wygoniła i to w mało wybredny sposób wink położna
        na jego widok: "stchórzył pan!" A mąż: "NIEEE!! nie zdążyłem, NAPRAWDĘ!! nie
        myślałem, że to tak szybko pójdzie!" razem z moim mężem przyjechał też mój tata.
        No ale tu zaczyna się zupełnie inna historia.. smile wspomnę tylko jeszcze, że mąż
        nawrzeszczał na położną, kiedy na porodówce położyła malutkiego na moim łóżku
        ruchem, który bardzo ale to bardzo nie spodobał się mojemu mężowi (za mało czule
        go chwyciła wink. spojrzał na nią jak na najgorszego wroga i warknął: „JAK GO PANI
        BIERZE?!” ja do niej oko, ona do mnie uśmiech, a do mojego męża: "ja tu rządzę!"
        naprawdę wyśmienita babka, jeszcze przed porodem powiedziała mojemu mężowi, że
        może zostać pod warunkiem, że nie będzie upierdliwy i że niczego nie zepsuje i
        że może mnie wkurzać tylko do drugiej fazy porodu wink) wyrozumiała, dowcipna i
        kapitalna baba.
        mój synek urodził się w 37 tygodniu ciąży, kapkę za wcześnie, jeszcze sobie mógł
        chociaż z tydzień bezpiecznie posiedzieć w brzuszku.. ale widać chciał się
        urodzić wcześniej, dostał 10 punktów, wszystko było w porządku. ważył 3620 i
        mierzył 58 cm. urodził się 2-go stycznia, dokładnie tego samego dnia, co mój
        tato (a jeszcze dzień wcześniej mówiłam rodzinie, że fajnie by było, ale to
        raczej niemożliwe !) ,o godzinie 17.45. na imię ma jacuś. i kocham go nad
        życie!!!! i chociaż to całe rodzenie tak boli, marzę o tym, żeby jak najszybciej
        postarać się o rodzeństwo dla jacunia.. trzymajcie kciuki, proszę, za mojego
        synka, żeby rósł zdrowo. pozdrawiam was bardzo cieplutko, kobitki, i wasze
        maleństwa kochane!!!
        strasznie się rozpisałam, wiem. przepraszam smile)))))))))))))))))))))))))))
        • aga_lub_marcin :))))) 21.01.07, 23:19
          Gratuluję.Podczas czytania usmiech mi z gęby nie schodził, zajefajnie opisałaś
          całą akcjęsmile). Ja jeszcze jestem PRZED rozwiązaniem takie opisy są budujące,
          dziękismile) Ucałuj od nas synusiasmileżyczymy Wam wszystkiego naj naj naj żeby maly
          wyrósł na super facetasmile)
    • kathia_25 Re: i ja już jestem mamusią! 21.01.07, 20:18
      gratulacjesmile
    • kasia8120 Re: i ja już jestem mamusią! 21.01.07, 22:22
      gratulacje!
    • ravnn Re: i ja już jestem mamusią! 21.01.07, 22:37
      GRATULACJE!!!!
      wszystkiego dobrego dla Maluszka i Rodzicow.
      pozdrawiam
Inne wątki na temat:
Pełna wersja