badalala 10.01.07, 10:49 kochane baby, 2-go stycznia urodziłam mojego najukochańszego synka. JESTEM TAKA SZCZĘŚLIWA!! ))))) Odpowiedz Link Zgłoś czytaj wygodnie posty
jukka5 Re: i ja już jestem mamusią! 10.01.07, 13:40 Gratuluję!!!! Tobie i maluszkowi. Trzymajcie się cieplutko. Odpowiedz Link Zgłoś
kasia8120 Re: i ja już jestem mamusią! 10.01.07, 15:18 gratulacje!my na kwietnia mamy rozwiązanie to jeszcze 100 dni od dziś Odpowiedz Link Zgłoś
wiola500 Re: i ja już jestem mamusią! 10.01.07, 15:34 Gratulacje!Życzę zdrówka wam obojgu,a dla ciebie spełnienia w roli mamy. Odpowiedz Link Zgłoś
ineska2 gratulacje! 10.01.07, 16:18 porod to jednak jest wyczyn, ale warto! urodzilam prawie 2 miesiace temu i nigdy nie zapomne chwili, kiedy dzidzius lezal kolo mnie na lozku szpitalnym i wpatrywalismy sie w siebie jak zakleci to jest prawdziwy cud. Odpowiedz Link Zgłoś
klaudyna1985 Re: i ja już jestem mamusią! 10.01.07, 19:14 WIELKIE GRATULACJE!!!!!!!!! Ja też mam juz synka. Obecnie ma prawie 4 miesiące. Pozdrawiam i życzę powodzenia mamusi!!!!! Odpowiedz Link Zgłoś
brunetka13 Re: i ja już jestem mamusią! 11.01.07, 12:32 Ja tez przylaczam sie do gratulacji, wracaj szybko do formy - zycze zdrowka i umiejetnosci zrozumienia maluszka, bo to czasami wielka sztuka odgadnac potrzeby dziecka ! trzymajcie sie !!! )))) Odpowiedz Link Zgłoś
koka222 Re:Buzi dla Malutkiego :))) 11.01.07, 15:51 hej!!!!!ja też od 4 miesięcy jestem mamą!!mam wspanialego synka,który jest chyba duży jak na swój wiek-waży 8,5 kg i nosi 86 boody.... Odpowiedz Link Zgłoś
badalala bardzo wam dziękuję za ciepłe słowo! 21.01.07, 19:48 właściwie to termin miałam na dziś.. ale mój maluszek postanowił urodzić się kapkę wcześniej. 2-go stycznia w nocy, jakoś tak po 2-giej poczułam, że wypłynęła ze mnie do łózia spora ilość płynu. myślałam, że to jakiś problem z pęcherzem, bo pod koniec ciąży - norma - młody mocno mi go uciskał i wycieczki do toalety odbywały się z poważnie wzmożoną częstotliwością. udałam się na siusiu i wróciłam do łóżka, w którym uprzednio sobie posprzątałam i rozłożyłam duży ręcznik. ledwo się położyłam, a tu znów - chlup. cholera, jednak nie zrobiłam siku do łóżka - pomyślałam z trwogą i lecę do tualety sprawdzić połogową wkładką co to za substancja leci i jaki ma kolor. nie miała barwy siuśkowej, tylko bladoróżową no i jeszcze jakieś takie glutki brązowawe czy różowawe do tego wychodziły co jakiś czas. skurczy nie miałam, tylko brzuch mnie tak pobolewał jak na miesiączkę, a może troszkę mocniej.. mąż spał sobie jeszcze w najlepsze, czasem tylko się na chwilę wybudzał i pytał co robimy, a ja mówię, żeby na razie spał i zaczęłam się szykować: wzięłam prysznic, dopakowałam resztę drobiazgów do torby do szpitala, sprawdziłam w internecie, co piszą na temat tej bladoróżowej wydzieliny i tak mi się zeszło aż do świtu. totalna idiota, jak dziś o tym myślę, zamiast jechać od razu!!!! no kretynka ale czas mi się jakoś wymsknął spod kontroli, myślałam, ze to wszystko o niebo krócej trwa. nigdy tak nie róbcie!! jak już jechaliśmy z mężem do szpitala, to zaczęły się skurcze, jeszcze nie takie bardzo silne, ale dość przykre. modliłam się, żeby mnie nie odesłali do domu i żeby to wszystko nie był jakiś fałszywy alarm. no więc ok. 8-ej wylądowałam na izbie przyjęć, zgłosiłam się, że chyba rodzę i jeszcze sobie poczekałam, bo było parę osób w kolejce na ginekologię. potem, jak już się doczekałam, lekarz wsadził mi rękę gdzie trzeba i sięgnął chyba aż do gardła, wyglądało że po sam łokieć i mówi - uuuu, dzieciaku, ale długa szyjka - i coś tam jeszcze, ale nie pamiętam, bo w ogóle mam jakieś białe plamy w mózgu z tamtego dnia :) potem zaczęto mnie przyjmować do szpitala; papierki, karta pacjentki, pesele itd. itp.. nagle okazało się, że nie wiadomo jak się nazywam, bo w starym dowodzie mam jedno nazwisko, a po mężu noszę inne. no i musiał pognać mój małż do domu po akt ślubu, a ja znów czekałam nie wiadomo ile, studiując tymczasem prawa i obowiązki pacjenta co jakiś czas lekarz zaglądał do mnie do poczekalni i pytał - "jeszcze go nie ma? no ile ten twój stary będzie jeszcze jechał?" wreszcie mężu dotarł zdyszany, z cennym dokumentem w dłoni. powędrowałam na ktg, skurcze były już naprawdę bolesne, ale pani, która co jakiś czas sprawdzała zapis mówi - jakieś oszukane te skurcze, urządzenie niczego nie zapisuje. zalała mnie fala trwogi, że każą mi iść do domu, ale za pół godziny czy za godzinę, nie wiem ile to trwało, w asyście męża i przy coraz silniejszych i częstszych skurczach (takich, co to już blokują gadanie i powodują grymasy na twarzy) już przebierałam się w szpitalną kaftankę, a on pstrykał mi zdjęcia i był cholernie wzruszony i podekscytowany. i wreszcie - ok. południa już musiało być, jeśli ok. 13.ej - na porodówkę. a tam przesuper babeczka. dowcipkowała, rozładowywała atmosferę. okazało się, że to położna, z którą potem przyszło mi rodzić. dzięki bogu, że trafiłam na nią!! rewelacyjna kobita, eh.. na porodówce spotkałam jeszcze dwie dziewczyny, jedna tkwiła w szpitalu od 29-go grudnia, a druga od 24-go. ta pierwsza urodziła prawie razem ze mną, mnie troszkę szybciej poszło, a ta druga dopiero następnego dnia. znów papierki, potem jakieś kroplówki, potem jakiś superprzystojny lekarz o wyglądzie metysa przyszedł zadać parę pytań i zmierzyć bioderka, potem znów papierki, w tym czasie mój luby poleciał wpłacić stówkę za poród rodzinny (położna spytała czy chodziliśmy do szkoły rodzenia, my - że kurczę nie, ale ona nie miała żadnych zastrzeżeń), po czym wrócił, głównie po to, żeby mnie wkurzać, po czym okazało się, że to moje rodzenie jeszcze może dość długo potrwać, może do 19.ej, a może i do 24.ej, a ja wzięłam do szpitala wszystko oprócz oczywiście ubranek dla maluszka (puk puk w czółko), więc pojechał po moją mamę i po ubranka i obiecał niedługo wrócić. a ja ktg again, 2 czopki w pupę i łazić w tę i wew tę po korytarzu. razem z koleżanką. położna co jakiś czas nas doglądała, w pewnym momencie mówi z przebiegłym uśmiechem - "coraz bardziej mi się podobają wasze miny" (bo te skurcze już cholernie dawały się we znaki), a my się z tymi skrzywionymi twarzami zaczęłyśmy śmiać. potem przyszła jakaś para zobaczyć porodówkę, rozanieleni życzyli nam powodzenia heh, a położna pokazywała im salę i nas obie jako integralną ciekawostkę lokalną ) później były piłki, bo już bolało nie na żarty. położna poleciła oddychać głęboko podczas skurczu, żeby złagodzić ból i dotlenić dziecko, ale ani ja, ani koleżanka nie mogłyśmy się przemóc, tak bolało. zresztą, cały czas się konsultowałyśmy - czy ty masz też tak jak ja? czy tobie też coś tam coś tam? czy jesteś w stanie oddychać tak a tak? to było bardzo fajne, cieszę się, że nie byłam na porodówce sama. na tej piłce skurcze doprowadzały mnie do płaczu już i zaczęłam na ostro jęczeć i przeklinać i wzywać pana boga nadaremno i coś bredzić. już chciałam błagać o znieczulenie jakieś, ale położna położyła mnie na łóżko i zaczęło się. to już nie było rozwarcie na dwa czy trzy palce. czuję już dzidziusia - mówi położna - ma włoski a ja sobie myślę, gdzie ten mój chłop!! potem to już pamiętam jak przez mgłę, chociaż druga faza porodu trwała tylko pół godzinki. parcie, zupełnie instynktowne, bo nie miałam pojęcia jak oddychać i jak przeć i bałam się, że coś schrzanię. ale położna bardzo mi pomagała - mówiła mi co robić i jak robić, a czego nie. i cały czas powtarzała – tak! taaak! świeetnie!! to mnie bardzo podnosiło na duchu. w pewnym momencie mówi – jeszcze tylko raz, jest już główka, chce pani dotknąć? a ja na to w histerię: NIE!! NIEEE! NIE! w ogóle to nie wiem kiedy nagle wokół mnie znalazła się cała ekipa dopingujących mnie ludzi, po dwoje czy troje po każdej stronie łóżka i jeszcze jeden lekarz naprzeciwko sobie siedział. bardzo się starałam przeć po trzy razy podczas każdego skurczu, tak jak prosiła położna, ale raczej udawało mi się maksymalnie 2,5 raza bo albo nie miałam już powersa, albo skurcz się kończył. strasznie się denerwowałam, kiedy znów nadchodził, i bardzo bardzo chciałam już wyprzeć maluszka na zewnątrz, bo położna mówiła, że podczas skurczu on jest niedotleniony, a ja nie byłam w stanie się zmusić, żeby do końca oddychać tak jak ona polecała, żeby mu pomóc, bo za bardzo bolało. i nagle mnie zapiekło i poczułam się tam w dole trochę inaczej niż do tej pory, taka bardziej wypełniona, poczułam jak maluszek przechodzi przeze mnie i położna mówi „jest” czy „już” czy coś w ten deseń.. i.. jaka ulga.. i chyba kompletnie urwał mi się film, bo dopiero oprzytomniałam, kiedy mi położyli na brzuchu maleńkiego, cieplutkiego, ruszającego się i kwilącego facecika, jeszcze tu i ówdzie upapranego białą mazią płodową, a ja nie mogłam uwierzyć, że to MÓJ SYNECZEK!!! poryczałam się ze wzruszenia, zaczęłam go delikatnie dotykać i coś do niego przemawiać i nagle przerażona mówię do jakiejś babki, która stała po mojej prawej stronie, że chyba przygniotłam mu łapkę, a ona na to z uśmiechem od ucha do ucha, że nie nie, na pewno nie potem mi go zabrali na chwilę, odcięli pępowinę, umyli, zważyli i zmierzyli i tak dalej, kompletnie nie pamiętam co się działo, co robili z moim synulkiem i co mówili, jak już wspomniałam chyba pourywał mi się film nieco.. pamiętam tylko, że jak mi synia zabrali z brzucha, to mówię tak: tylko bardzo proszę od razu założyć mu na rączkę tę wstążeczkę z podpisem, żeby było od samego początku wiadomo, że jest na pewno mój!! myślę, że się dobrze obśmiali. zresztą, to pewnie Odpowiedz Link Zgłoś
badalala c.d. 21.01.07, 22:31 ..żeby było od samego początku wiadomo, że jest na pewno mój!! myślę, że się dobrze obśmiali. zresztą, to pewnie swego rodzaju standard, takie prośby pamiętam jeszcze, że przystawili mi tego mojego golaska z prawej strony do głowy z pytaniem – co się urodziło? (czy jakoś tak), a ja widzę naprzeciwko swojego nosa maleńkiego sisiorka i duże jajusia i mówię: chłopaczek. cześć chłopczyku, jestem twoją mamą! )) no i pokazali mi tę bransoletkę: no niech mamunia spojrzy, jest? czyj syn? zgadza się wszystko? w porządku? a potem wzięli go i ubrali w jakieś szmatki i beciki szpitalne, bo mój mąż jeszcze nie zdążył dotrzeć z ubrankami i zawieźli na oddział, a ja za czas jakiś miałam go dostać z powrotem, przewieziona z porodówki do sali. później przyjechał mój mąż, bardzo mocno rozżalony, że nie zdążył (myślał, że się zejdzie i jeszcze rosół u mamy zjadł). ale starannie pocieszyłam go, że byłam tak skołowana i rozdrażniona tymi bólami, że i tak na pewno bym go wygoniła i to w mało wybredny sposób położna na jego widok: "stchórzył pan!" A mąż: "NIEEE!! nie zdążyłem, NAPRAWDĘ!! nie myślałem, że to tak szybko pójdzie!" razem z moim mężem przyjechał też mój tata. No ale tu zaczyna się zupełnie inna historia.. wspomnę tylko jeszcze, że mąż nawrzeszczał na położną, kiedy na porodówce położyła malutkiego na moim łóżku ruchem, który bardzo ale to bardzo nie spodobał się mojemu mężowi (za mało czule go chwyciła . spojrzał na nią jak na najgorszego wroga i warknął: „JAK GO PANI BIERZE?!” ja do niej oko, ona do mnie uśmiech, a do mojego męża: "ja tu rządzę!" naprawdę wyśmienita babka, jeszcze przed porodem powiedziała mojemu mężowi, że może zostać pod warunkiem, że nie będzie upierdliwy i że niczego nie zepsuje i że może mnie wkurzać tylko do drugiej fazy porodu ) wyrozumiała, dowcipna i kapitalna baba. mój synek urodził się w 37 tygodniu ciąży, kapkę za wcześnie, jeszcze sobie mógł chociaż z tydzień bezpiecznie posiedzieć w brzuszku.. ale widać chciał się urodzić wcześniej, dostał 10 punktów, wszystko było w porządku. ważył 3620 i mierzył 58 cm. urodził się 2-go stycznia, dokładnie tego samego dnia, co mój tato (a jeszcze dzień wcześniej mówiłam rodzinie, że fajnie by było, ale to raczej niemożliwe !) ,o godzinie 17.45. na imię ma jacuś. i kocham go nad życie!!!! i chociaż to całe rodzenie tak boli, marzę o tym, żeby jak najszybciej postarać się o rodzeństwo dla jacunia.. trzymajcie kciuki, proszę, za mojego synka, żeby rósł zdrowo. pozdrawiam was bardzo cieplutko, kobitki, i wasze maleństwa kochane!!! strasznie się rozpisałam, wiem. przepraszam ))))))))))))))))))))))))))) Odpowiedz Link Zgłoś
aga_lub_marcin :))))) 21.01.07, 23:19 Gratuluję.Podczas czytania usmiech mi z gęby nie schodził, zajefajnie opisałaś całą akcję). Ja jeszcze jestem PRZED rozwiązaniem takie opisy są budujące, dzięki) Ucałuj od nas synusiażyczymy Wam wszystkiego naj naj naj żeby maly wyrósł na super faceta) Odpowiedz Link Zgłoś
ravnn Re: i ja już jestem mamusią! 21.01.07, 22:37 GRATULACJE!!!! wszystkiego dobrego dla Maluszka i Rodzicow. pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś