aneczkag
08.04.03, 18:40
25 marca
Co zrobiłam rano: w skrócie: wstałam, zrobiłam Marcie nieśmiertelne kakałko i
resztę śniadania też, potem poszłam na targ kupić tacie prezent, przy okazji
przywlekłam 2 kg jabłek... wyperswadowałam Marcie zjeżdżalnię i obiecałam, że
jutro pójdziemy na nasz plac zabaw. I tak minęło dopołudnie.
Potem wizyta u mojego doktora i ochrzan, że jeszcze chodzę z TAKIM rozwarciem
(5cm) i mam jutro do niego przyjechać rodzić. A ja nie chcę. On, że możliwość
zakażenia, że jak się zacznie, możemy nie dojechać do szpitala... A ja że nie
chce do CSK.
16.00 wracam do domu i czuję jakieś trochę regularne skurcze. Dodam, że jadę
sama samochodem (szczyt inteligencji!) i pod domem robi mi się trochę ciemno
przed oczami. Parkuje jakoś krzywo

Potem jem jeszcze drugie danie... W
końcu skurcze mam już trzy miesiące i nic z tego nie wynika.
17.00 Dzwonimy do naszej położnej. Jest na religii ze swoim dzieckiem. Ale ma
dziś nocny dyżur.
18.00 Jest już Karina – nasza położna. Pomimo dość słabych skurczów każe nam
się szykować. Przyjeżdżamy po nią uprzednio wezwawszy babcię do Marty.
19.00 Izba przyjęć – badanie, formalności, przebieranie, lewatywa. Przychodzi
lekarz (po bardzo citowym cięciu) Znów badanie. „Rodzimy naturalnie czy
przyspieszamy poród? Bo naturalnie to tak 3.00 rano...” „Pewno, że
przyspieszamy, po to tu jestem!”
20.00 Porodówka rodzinna, na którą wkłusowałam raźnym krokiem. Kroplówka.
Relanium (ponoć przyspiesza rozwieranie szyjki). Jestem śpiąca jak diabli, po
całym dniu i po tym relanium. Nic się nie dzieje. Skurcze jak były - dość
słabe, co 3 minuty.
21.30 Badanie. Rozwarcie 6 cm, jak to pójdzie w takim tempie, to nie urodzę
nawet za tydzień... a już na pewno nie do rana. Doktor stwierdza, że nie
wyglądam jak kobieta, która ma skurcze. Jasne, bo akurat nie mam żadnego.
Proponuje spróbować rano. O mało się na niego nie rzuciła, żeby zagryźć.
Pewno chciał się wyspać na dyżurze,a tu mu taka przychodzi rodzić....
22.00 O! są porządne skurcze. Karina siedzi cały czas z nami, Przyniosła mi
piłką, więc sobie na niej skaczę. Po pewnym czasie skurcze są tak silne, że
tylko ta piłka i oddychanie mi pomagają. Nigdy nie będę rodzić bez piłki!!!!
Karina na chwilę wychodzi, a ja wpadam w panikę. Wydaje mi się, że następnego
skurczu już nie wytrzymam. A podczas badania coś mówili o trzeciej w nocy...
To tak długo...
23.00 Karina na wszelki wypadek wszystko już przygotowuje. Bo w położnictwie
nigdy nic nie wiadomo. Teraz już pewnie wyglądam jak kobieta, która ma
skurcze. Przebieram się w koszulkę do rodzenia. Nawet mi nie przeszkadza
piękne, nadprogramowe rozcięcie na biuście...
23.30 „Po tym skurczu Cię zbadam.” „To już!!!” - ponaglam Badanie. „I co?” -
pytam. „A jak chcesz wiedzieć? Na cm czy na palce?” „Obojętnie!!!” jest mi
obojętne, bo zaczyna się skurcz. „Mała dłoń. Ale główka nie przyparta. Hmm
średnia dłoń.” – dziwi się odrobine Karina A mnie o dziwo badanie na skurczu
przynosi ulgę... Następny skurcz. Wstaję, idę, zwijam się przy
łóżku. „Karina, już nie mogę.” „To wskakuj na łóżko.” Gramolę się na łóżko
porodowe. Badanie. Duża dłoń. Odchodzą wody. Pełne rozwarcie. „No to
rodzimy” - słyszę zdziwienie w głosie Kariny. „Nie przyj.” Jeden skurcz. „Idź
po telefon” – to do Michała „i dzwoń po doktora i po noworodki.” Ja dyszę jak
jakiś ogromny psiak. Pomaga, Skąd wiem, ze tak należy oddychać. Poprzednim
razem mi nie wyszło... Drugi skurcz – Karina się ubiera. Trzeci skurcz –
rodzimy. Jest główka... I nie ma skurczu. Czekamy. W końcu ktoś mnie łaskocze
po brzuchu. Pomaga. Skurcz. Prę. Wielki ten dzidziol. Brakuje mi powietrza.
Nabieram. „No jeszcze, jeszcze!” Będzie jeszcze. Wyskakuje mała, wszystko
widzę, wiec chyba nie rodziłam na leżąco

Moja Mała, Maleńka, Paulinka.
Tulę ją i tulę. Rzut okiem do buzi – tam wszystko OK., linie na łapkach też
normalne. No tak, doktórka się wzięła do rodzenia, to musi od razu sprawdzić,
czy z dzidziolem wszystko OK. Jest północ. Pół godziny temu myślałam, a wraz
ze mną wszyscy na porodówce, że to potrwa jeszcze ze trzy godziny. Małą
zabierają pediatrzy a ja już za nią tęsknię.
Całość trwała cztery godziny od podłaczenie kroplówki... I szkoda, że nie
umiem oddać swojego zdziwienia, że to już rodzimy a nie za kilka godzin