agula24
12.06.03, 10:52
Jestem tu nowa ale chciałam się z Wami podzielić opowieścią o moim porodzie.
W dniu 28 maja 2003 przyszła na świat moja pociecha! Tego dnia miałam nawet
ochotę wpaść do firmy na chwilę w odwiedziny- ale widocznie los chciał
inaczej J . Rano mąż schodząc do pracy zauważył, że ktoś włamał mi się do
samochodu służbowego- bardzo mnie to zdenerwowało ale on zajął się wszystkim.
Ja więc zostałam w domu a ponieważ było bardzo duszno położyłam się spać i
tak przespałam cały ranek! Obudziłam się ok. 11:00. Oczywiście pierwsza rzecz
jaka kobieta w ciąży musi zrobić to wizyta w toalecie a tam niespodzianka-
bardzo mokra wkładka! Ponieważ dzień prędzej byłam na wizycie u lekarza a on
przepisał mi globulki tym faktem się nie przejęłam, gdyż myślałam że to efekt
tego specyfiku. Ponieważ nie bolał mnie brzuch ( zero skurczy ani pobolewań)
leżałam dalej bo na nic nie miałam ochoty! Upławy te znacznie się nasiliły-
więc zadzwoniłam do męża żeby postarał się być z pracy w miarę wcześnie to
podjedziemy do szpitala na KTG i sprawdzimy co jest grane. I tak doczekałam
16.00 kiedy to mój mąż przyjechał a moje wody zaczęły poważniej cieknąć a ja
nie miałam już wątpliwości że to to! Dojechaliśmy do szpitala zbadano mnie i
wysłano na porodówkę- wody cały czas powoli odchodziły. Wraz z mężem
zadomowiliśmy się na sali porodowej- mnie podłączyli KTG
a męża wysłali do domu żeby coś zjadł bo poród nie prędko się zacznie. Ja
miałam tylko jedno pytanie czy na pewno urodzę tej nocy? Na szczęście
trafiłam na świetną opiekę lekarską- byłam pod opieką mojego lekarza
prowadzącego, który akurat miał dyżur ( ten jeden dzień w tygodniu). Zostałam
z super położną, która cały czas była przy mnie. Byłam jakoś dziwnie spokojna
ale czekałam. Zrobiono mi lewatywę na własne życzenie i dostałam ok. 19.00
kroplówkę na wywołanie skurczów. Po pół godzinie zaczęło mnie już bardzo
boleć- zadzwoniłam po męża, żeby już przyjechał ( biedny nawet nie zdążył
odpocząć). Był bardzo szybko w szpitalu i razem maszerowaliśmy przez korytarz-
ja mój mąż i kroplówka! Ponieważ jestem mało wytrzymała na ból ( tak mi się
wydaje) położna zaproponowała mi wannę z bombelkami dla relaksu. Naprawdę
super sprawa- siedziałam w niej –pięknie podświetlonej i gdy mąż mówił mi że
zbliża się skurcz ta woda działała rewelacyjnie! Mąż cały czas liczył mi
skurcze –przerwy i długość. Dzięki niemu wiedziałam ile czasu mam na
odpoczynek i ile będzie trwała ta męka. Przy rozwarciu na 4-5 palców dostałam
znieczulenie zewnątrz oponowe- i już po chwili jak zaczęło działać było
super! Ból oczywiście był ale nie taki zaczęłam z mężem rozmawiać i nawet
humor mi wrócił. Położna kazała mi robić przysiady żeby szybciej mieć
rozwarcie na 10 cm i już po kilku tych przysiadach leżałam na łóżku i
zaczęłam przeć! Bolało mnie strasznie ale mąż cały czas dodawał mi otuchy, że
jeszcze chwilka, że już widzi nasze maleństwo! Zawołano lekarza, który
powiedział żeby mnie naciąć ale moja kochana położna powiedziała, że jak jej
posłucham to urodzę bez nacięcia. I tak też się stało! O godzinie 22:35
urodził się mój synek! Mój mąż przeciął pępowinę. Gdy położono mi go na
piersi zapomniałam o całym bólu. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Nawet nie czułam
już jak rodziło się łożysko- nic zero bólu- sama radość! Położna zrobiła nam
piękne zdjęcie- leże ja moje maleństwo ( jeszcze w mazi) i mój dzielny mąż
koło nas! Nie ma piękniejszej chwili!!! Po chwili położna pomogła mi się
przenieść na normalne łóżko a w tym czasie mój małżonek pierwszy raz dostał
na ręce swojego syna! Był dumny! Później 2 godziny leżeliśmy na łóżku i
odpoczywaliśmy! Bartoszek od razu złapał pierś jak zawodowy ssak i jadł a my
patrzyliśmy na niego i podziwialiśmy jaki jest kochany! Od razu telefony do
babć i znajomych! Po 2 godzinach wzięli maleństwo na badania- tata poszedł
razem ze swoim synem. Bartoszka zważyli i zmierzyli miał 3400 wagi i 51 cm
długi! Po przewiezieniu nas już na zwykłą salę mój mąż mógł być z nami
jeszcze i nikt go nie wygonił pomimo że była 02:00 w nocy! Tej nocy nie
zmrużyłam oka- nie mogłam się na niego napatrzeć –popłakiwałam ze szczęścia!
Rodziłam w szpitalu im Leszczyńskiego w Katowicach na ul Raciborskiej i mogę
ten szpital polecić z czystym sercem. To wszystko z kasy chorych –bez dopłat!
Najbardziej jestem wdzięczna mojemu mężowi, że był przy mnie i bardzo mi
pomógł nie wyobrażam sobie porodu bez niego! Bez niego przecież nie miałabym
takiego pięknego synka...