kamelia04.08.2007
29.12.08, 20:35
Zanim sie rozpiszę, to proszę osoby, które są wrażliwe, albo takie,
które maja zbyt ideologiczne podejście do czynnosci fizjologicznej
jaką jest poród, by nie czytały tego.
Opis ten bowiem jest prawdziwą realacją porodu, bez owego retuszu
upiększajacego, by komus sprawiac przyjemność.
Wszystko zaczęło sie 24 grudnia zaraz po północy, po zastosowaniu
naturalnego "małżeńskiego"

przyspieszacza porodu poczułam, że
skurcze sa silniejsze niz zwykle, dało sie je jednak zniesć,
zaczęłam chodzić po domu, usiłowałam mierzyc czas pomiedzy nimi. Mąż
chciał mnie od razu wieźć do szpitala, no ale po co "przeciez jest
jeszcze tyyyyle czasu i na pewno nas odeślą". W końcu on poszedł
spać, a ja postanowiłam sie użerac sama, aż stwierdziłam,
że "pieprzę to i też ide spać". Ledwo sie położyłam, a poczułam
ciepło na nogach i poleciała mi ciecz, tak jakbym sie w
niekontrolowany sposób zsikała. Od tej pory przestało juz byc
śmiesznie, skurcze były coraz silniejsze, wody ciekły cały czas. O
trzeciej nad ranem pojechalismy do pobliskiego szpitala. Podróż była
trudna do zniesienia, miałam ochote iśc na pieszo, byle tylko nie
siedzieć. W szpitalu połozne cierpliwie czekały by mi przeszedł
skurcz, by mnie zbadać - gdyby mnie ktos usiłował połozyc, to bym
pogryzła. Okazało sie, że rozwarcie jest zaledwie na 1-2 cm, a ból
był z kosmosu. Dostałam jakis środek w zastrzyku na zmniejszenie
bólu, który spowodował tyle, ze byłam ospała, ale każdy skurcz
czułam tak, że chodziłam po scianach.
Na zzo było jeszcze za małe rozwarcie. W ciagu 5 godzin trudnego do
zniesienia bólu rozwarcie powiekszyło sie zaledwie o centymetr - to
mnie załamało, bo tyle cierpienia na nic. W czasie skurczu wisiałam
na ramionach męża, a on mnie trzymał i przypominał, że mam oddychać.
Ok. ósmej rano dostałam znieczulenie, sam zastrzyk do przyjemnych
nie nalezał, męża wyprosili z sali na ten jeden jedyny moment w
czasie porodu.
Z chwilą gdy zzo zaczeło działać, życie stało sie od razu
piękniejsze, rozwarcie postepowało, ja nie cierpiałam a ból, który
jeszcze kilkagodzin wczesniej rozrywał mnie, przestał sie juz liczyć.
Dawka znieczulacza chyba była chyba za dobrze dobrana, bo czułam sie
nie w 100% przytomna, schody zaczeły sie gdy trzeba było przec, bo
nie wiedziałam kiedy. No, ale jak trzeba przec, to parłam (teraz
bardzo boleśnie czuję

w kości ogonowej własną siłę). Pod koniec
wystapiły trudnosci jakieś, zrobiło sie nerwowo, bo przyszedł lekarz
tak, ze oprócz meża, to 3 osoby zagladały mi w krocze. W końcu udało
sie wydobyc córkę, połozyli mi ja na brzuchu, powiedziałam
tylko "co, już?". Potem ją zabrali do ważenia i mycia, mąż poleciał
ją fotografować. Urodziła sie 24 grudnia, krótko przed południem.
Okazało sie, że mimo uzycia kleszczy nie zostałam nacięta, zszyc
mnie trzeba było, bo nastapiło lekkie pękniecie, które w ogóle nie
przeszkadzało potem w sikaniu. Jak dla mnie mistrzostwo świata.
W czasie porodu mąż był ze mną (jego obecnośc - bezcenna), a
najbardziej sie przydał, gdy pomagał mi zniesc skurcze przed
podaniem zzo i potem kiedy trzeba było przeć.
Położne i pielegniarki bardzo miłe i pomocne, bez much w nosie, tak
samo ginekolog, który wyjął moja córkę. Warunki w szpitalu - w PL
jest tak w prywatnych klinikach za ciężkie pieniądze, we FR - w
ramach wybranego przez nas ubezpieczenia zdrowotnego.
Poród jest niestety procesem, który nie okresliłabym jako magiczny,
piekny czy wzniosły. To fizjologia mało fotogeniczna.
Dolegliwości po urodzeniu dziecka - tez mało fotogeniczne. Mam
nadzieję, że przejdą jak najszybciej, bo trudne do zniesienia, a
repertuar jest długi.
Moja/nasza córka - to już inna historia