maroco1977
08.03.09, 21:33
Dnia 3.03.2009 o godzinie 3 po poludniu pojawil sie na swiecie nasz najwiekszy
skarb, niestety porod do bajkowych nie nalezal, a mistyki wogole nie zauwazylam...
Rodzilam 23godziny, do 5cm wytrzymalam bez znieczulenia, od 5cm podano mi PDA
(zewnatrzoponowe) niestety na 8cm akcja sie zatrzymala, przebito mi sztucznie
pecherz plodowy po 22godzinach, niestety po tym zabiegu rozwarcie sie
zmniejszylo, skurcze byly tak silne, ze nawet znieczulenie nie pomoglo, a co
bylo potem nie wiem bo mialam hyperwentylacje, zaburzenia rytmu serca, o ile
dziecku nic nie bylo to ja stanelam jedna noga na tamtym swiecie. Pamietam
tylko, ze moj maz placzac powiedzial:scheisse i podpisal zgode na ciecie
cesarskie. Juz na sali ustabilizowano mnie na tyle, ze mialam pelna swiadomosc
tego co sie dzieje. Wyciagnieto synka, zaniesiono do taty, a potem
przyniesiono mnie, podczas szycia malutki byl ze mna, tak jak i na
pooperacyjnej gdzie dostal swoje pierwsze jedzonko

(wbrew panujacym opiniom,
nie mialam zadnego problemu z laktacja, a maly od razu zalapal o co chodzi

)
w nocy juz sama wstawalam do synka choc wszystko wykonywalam z pomoca ploznej,
a od nastepnego dnia bylam w stanie sie nim zajac calkowicie sama, na trzeci
dzien wypisano nas do domu. Co do naciecia, rana nie boli tak bardzo, w piatym
dniu czuje sie swietnie, a zajmujac sie synem nie mam za duzo czasu na
rozwazania. Choc tez wyobrazalam sobie, ze opieka nad noworodkiem bedzie
bardziej meczaca, jak na razie znajduje czas na wszystko bez problemu,
zgralismy sie z moim mezem w opiece nad synkiem do tego stopnia, ze wszytko
wychodzi w 99%perfekcyjnie. Byle tak dalej

pozdrawiam wszystkie mamusie i
przyszle mamusie.