mbartoszew
11.01.06, 06:35
Ludzie, rzućcie dobre słowo, bo odpadłam. Sytuacja taka: mam za soba koszmar:
lezenie od 23 do 34 tc (2 razy w szpitalu na OCP, skurcze, stawiania, ból,6
fenoteroli dziennie itd. atrakcje). No i w 34 tc usłyszałam, że mały teraz
wybiera sie na świat znacznie mniej niż to czynił 2 miesiące temu, ogólnbie
trudno juz właściwie mówić o ciąży zagrożonej, moge a nawet powinnam się
troche spionizować i te 2-3 tygodnie sa oczywistością ( a bardzo możliwe, ze
wytrzymam dłuzej, że będę przypadkiem z tych co to podtrzymuja a potem po
schodach biegają, zeby urodzić). Z badań wynika że z dzieckiem OK.
Więc nabrałam trochę optymizmu i zrobiliśmy kilka zakupów (dopiero teraz,
poczatek 35 tc) i mój Arek z kumplem troche poprzestawiali meble i przywieźli
łóżeczko po tegoż kumpla córci.
I tu wkroczył mój ojciec, z którym generalnie mam dobry kontakt, i musze
przyznać, że choć daaawno z nimi nie miekszam, to jakoś tam liczę się z jego
zdaniem. Walnął gadkę, że to o wiele za wcześnie, że przy takich kłopotach to
lepiej nie zapeszać, bo przecież jeszcze nic nie wiadomo i że należało się
tym zająć jak dziecko już bedzie na świecie, tym bardziej, że w sklepach
wszsytko jest...Tylko kto by to miał robić? Ja tuż po porodzie, czy facet,
który sie zna jak kura na pieprzu? Tym bardziej, że kilka rzeczy dla baby, to
trzeba mieć już do szpitala!!!
No i cały mój świeżo nabyty optymizm prysł jak bańka mydlana. Po raz pierwszy
od trzech miesięcy udało mi się przespać parę nocy w miarę w całości i
zamienić wizje koszmarne (jakie, to chyba nie muszę pisać) na bardziej
optymistyczne. Dziś znowu nie mogłam spać i brzuch twardy z nerwów. A
przecież tyle wytrzymaliśmy - i nawet tych parę zakupów było mi potrzebne do
tego, żeby zacząć wierzyć, ze będzie dobrze, żeby zobaczyć na własne oczy, że
naprawdę może się udać...
Ratunku, rzućcie parę rozsądnych słów, bo zgłupieję.
TYLKO PLEASE - NIE UŻYWAJCIE ARGUMENTU, ŻEBYM SIĘ NIE DENERWOWAŁA, BO TO
SZKODZI DZIECKU!!!! BŁAGAM!!!!
Buziaki, M.