Tak naprawdę nigdy nie ma dobrego momentu...

29.10.06, 09:07
Witajcie dziewczyny. Zaglądam czasami na Wasze forum, ale nigdy nie pisałam.
Teraz jednak muszę to z siebie wywalić, sory, jeśli przynudzę, albo powtórzę,
ale nie znalazłam w ostatnich wątkach tego tematu. A jest on dla mnie ważny.
Otóż od czterech lat jestem mężatką, za dwa lata magiczna trzydziecha, mój
ślubny już ma 31 lat i... Cóż, od trzech lat szukamy dobrego momentu na
dziecko. To znaczy do pewnego momentu szukaliśmy razem i faktycznie na
początku chcialiśmy pożyć jak małżeństwo, pojeździć. Postanowiliśmy poczekać
dwa lata i zacząć starania. Po dwóch latach mąż stwierdził, że to nie jest
dobry czas na dziecko, bo ja mam problemy z cyklem. Ok, zrobiłam badania,
wyszło ok, gin kazała brać Folik, więc się pasłam na Foliku przez trzy
miesiące i mieliśmy płodzić dzieciaczka. Tymczasem mój mąż powiedział, że nie
teraz. Bo się przeprowadzamy, bo jego mama jest chora, wymyślał tysiąc
powodów. Aż w końcu miałam ochotę podziurawić gumki, ale w porę się
opamiętałam smile Dodam, że przez półtora roku brałam tabletki, wtedy jak nie
mieliśmy starać się o dzoecko. Czyli tych tabletek nie biorę już 2,5 roku.
Okres mi się wycyzelował sam na idealne 28 dni z bólem owu mniej więcej 12-15
dc. Ja nie chcę Wam przekazać, że mój mąż nie lubi dzieci czy jest jakimś
tyranem, nie, to wspaniały człowiek tylko ma problemy z podjęciem decyzji i
powoli mnie męczy już tym swoim "to nie jest dobry moment". Kiedy najpierw
jedna jego siostra, a potem druga urodziły dzieci, myślałam, że coś się
zmieni i zaczniemy i my. Ale nie, bo wtedy kazał mi patrzeć jak one sobie
radzą i zobaczyć, czy ja sobie poradzę. Tłumaczyłam mu, że do macierzyństwa
dorasta się również w ciąży, ma się 9 miesięcy na oswojenie tej myśli, że
pojawi się mała istotka, ale nic nie dotarło. Tłumaczyłam, że patrząc, jak
się przewija dziewcko albo karmi, nie przyzwyczaję się do myśli, że mogłabym
być matką, że to chyba raczej jemu są potrzebne takie "lekcje poglądowe", bo
ja jestem kobietą i nie muszę się uczyć tego co mam w genach. Że nic na
świecie nie zastąpi realnej sytuacji ciąży i dziecka, można tylko sobie
gdybać i że nie ma tu pewników. To się obraził i na długie miesiące zapadła
na ten temat cisza. Wtedy rzadko odwiedzałam jego siostry, bo po prostu byłam
zazdrosna. Udawałam, że jest ok, że czekam cierpliwie. Tymczasem miałam coraz
mniejszą ochotę na sex i tak zostało. Kłębi mi się w głowie myśl - po co się
kochać, skoro nic z tego nie będzie? Mąż nawet najbardziej na świecie
podniecony bez gumki do łóżka nie wejdzie, zawsze zapala mu się światełko
ostrzegawcze. I czasami podejmujemy wątek ciąży i dziecka, ale on ciągle
swoje - jak ty sobie poradzisz? Kurczę, mówię mu, żeby się martwił o siebie,
bo najwyraźniej on ma jakiś z tym problem. Niech porozmawia ze ,mną, z
siostrami,z ich mężami. Ale nie trafia to do niego, albo nic nie mówi. Lubi
dzieci, naprawdę, teraz przemogłam się i trochę zrezygnowałam z oporów wobec
wizyt jego sióstr z dziećmi, a gdy widzę, jak on się z nimi bawi, serce mi
się kraje. Najgorsze jest to, że potem, gdy zostajemy sami, on się pyta - no
i co? Dlaczego my nie mamy takiej małej istotki? Nie robimy się młodsi...
Ręce mi opadają. Mówię mu wtedy, że ja jestem gotowa od dawna, czekam tylko
na niego. Że proszę bardzo, zapraszam do łóżka smile Na co on odpowiada, że to
nie może być dezyzja pod wpływem chwili itd. Powoli dociera do mnie, że NIGDY
się nie zdecyduje. Że będzie mnie zwodził i zwodził, aż w końcu powie, że to
moja wina, bo gdybym się zdecydowała wcześniej, mielibyśmy chociaż jedno
dziecko (ja w ogóle chciałabym czworo, ale to nierealne...), a tak jestem już
za stara... Co robić? Jak go przekonać? Żadne pokazywanie gazetek czy coś nie
daje rezultatu. On po prostu robi wszystko, żeby odłożyć tę decyzję na święty
nigdy i udowodnić mi, że to tylko moja chwilowa zachcianka. Np jak mnie bolą
piersi przed okresem - np teraz, o matko, są jak kamienie smile - i narzekam, że
nie mogę spać na brzuchu, natychmiast mówi - a widzisz? A w ciąży jest gorzej
i się rzyga, a ty nie lubisz rzygać... Straszny jest czasami. Pyta, czemu nie
chcę się z nim kochać. Kiedyś w złości odpowiedziałam mu, że gdyby chciał
mieć ze mną dziecko kochalibyśmy się 7 razy w tygodniu. I się rozpłakałam. Na
co on - ale seks nie służy tylko do robienia dzieci. Więc już spokojnie mu
wyjaśniłam, że czuję się po prostu jak worek bez dna, w który coś się wkłada,
a nic nie wyciąga. I dlatego nie chcę się kochać. Bo wreszcie chcę być
workiem, w który coś sie wrzuci, a po 9 miesiącach wyciągnie się prezent.
Wiecie, co odpowiedział? Że powinnam iść do seksuologa. Powiedziałam, że
jeśli już, to razem powinniśmy iść, ale się obraził.
Nie wiem, jak z nim rozmawiać. Dobija mnie jego świergotanie z siostrzeńcami,
te westchnienia, jak już sobie pójdą, że też by tak chciał, ale... Nigdy nie
kończy tego "ale". Tracę już nadzieję. Jak go przekonać? On naprawdę lubi
dzieci, wychował się w wielodzietnej rodzinie, jest łagodny i dobry, czemu w
tym temacie tak się zachowuje? Dodam, że nie mamy żadnej bardzo absorbującej
pracy, ja pracuję w domu, czasu mam mnóstwo, on zresztą też... Dlaczego???
Jak z nim rozmawiać? Nasi znajomi miesiąć temu rozwiedli się po 5 latach,
powodem było to, że ona nie chciała mieć dzieci, a on chciał... Ja nie mówię,
że się przez to rozwiodę, ale nie myślałam, że to może być AŻ taki problem...
Proszę, doradźcie mi coś, wiem, że mnie zrozumiecie, wiem, że może kilka z
Was miało ten problem i go rozwiązało... Proszę, poradźcie.
Pozdrawiam i czekam na posty smile))
    • 100krotka3 Re: Tak naprawdę nigdy nie ma dobrego momentu... 29.10.06, 09:59
      Gdzie mogę napisać ten wątek, żeby ktoś mnie wsparł?
      • karolata Re: Tak naprawdę nigdy nie ma dobrego momentu... 29.10.06, 10:43
        Kurcze rzeczywiście sprawa nie wygląda ok. A może spróbuj ucinać wszelkie
        dyskusje z jego strony o dzieciach?Gdy tylko zacznie spróbuj mu od razu
        przerwać, może fakt że długotrwałe używanie gumek może prowadzić do
        niezdolności do zapłodnienia jakoś na niego wpłynie.Ale póki co ja po prostu
        ucinałabym przez jakiś czas wszelkie dyskusje o dzieciach,a przy okazji może
        niech ktoś "niewtajemniczony" (szwagierka np.) zapyta się go
        zupełnie "przypadkowo" czemu nie zabiera się do dzieła? Na co właściwie czeka?
        Zobaczymy co powie.
        Nie smuć się już bo na prawdę po każdej burzy zawsze świeci słońce smile
        • 100krotka3 Re: Tak naprawdę nigdy nie ma dobrego momentu... 29.10.06, 10:46
          Dzięki... smile)) Wiesz, może to i dobry pomysł? Bo jak tak gadam i gadam, to może
          faktycznie on ma zwyczajnie dość... Poproszę jego siostrę, tę, z którą jest
          najbliżej (i której córeczkę po prostu uwielbia), żeby go żartobliwie
          podpytała. Nawet niech podrwi, on jej pozwala na wszystko. Zobaczymy.
          • karolata Re: Tak naprawdę nigdy nie ma dobrego momentu... 29.10.06, 10:50
            O widzisz smile Może właśnie dzięki nim zrozumie. Życzę powodzenia smile tym razem na
            pewno się uda!
            • 100krotka3 Re: Tak naprawdę nigdy nie ma dobrego momentu... 29.10.06, 10:55
              smile
              • arka1111 Re: Tak naprawdę nigdy nie ma dobrego momentu... 29.10.06, 15:42
                mojemu bratu tez sie nie spieszylo do dziecka, byla bardzo podobna sytuacja jak
                u was i bratowa poprosila mnie zebym delikatnie go podpytała czemu jeszcze nie
                maja dziecka-byli 3 lata po slubie -ona 29on 30lat, no i czy przypadkiem nie
                maja jakis problemow z zajsciem w ciaze, bo przeciez bratowa tyle mowi o
                dziecku...i zeby sie nie martwil bo bezplodnisc mozna leczyc-no i wjechalam mu
                na ambicje-zwlaszcza te podejrzenia ze moj genialny brat moze byc bezplodny
                sprawily ze 3 miesiace pozniej oznajmili nam ze bedzie dzidzius.Glupie ale
                poskutkowalo
                • nie_po Re: Tak naprawdę nigdy nie ma dobrego momentu... 29.10.06, 20:15
                  wcale nie glupie ! najlepiej jest wjechac takiemu panu na "ambicje" dopytujac
                  go wprost (siostra, brat, tesiowa, twoja rodzina, ...) :
                  "twoja zona mowi juz od dawna, ze chce i moze - masz jakis problem z
                  plodnoscia? badales sie? dasz rade? przeciez to stanowi czesc malzenstwa....
                  moze nie wiecie jak i co? -> i tutaj prezent pod choinke czy na inne imieniny
                  cos z kamasutry, cos o adopcji, cos o nieplodnosci. moze sie to wydaje okrutne
                  ale ja bym poprosila rodzine o takie prezenty tlumaczac, ze maz ma problemy, bo
                  sie boi i nie chce.
                  niech nareszcie wezmie odpowiedzialnosc za swoje uczucia a nie zwala na Ciebie
                  wmawiajac brak gotowosci, strach przed obowiazkami, strach przed fizycznoscia
                  ciazy. chyba, ze to taki sposob, zeby potem umyc rece od pomocy, mowiac "a nie
                  mowilem", "ja wiedzialem, ze tak bedzie ale ty sie uparlas", itd.
                  i przy kazdej imprezce rodzinnej i wsrod przyjaciol, na pytania a wy? - ktore
                  napewno padaja - odpowiadalabym, ze nie moge sie doprosic wiec co mam zrobic?
                  oszukac go? pojsc w miasto?
                  facet wkurzy sie, obrazi i wezmie do roboty.
                  kilka kolezanek tak zrobilo i naprawde dziala.
                  tongue_outPPPPPPPPPPPPPPPPPPPPPPP
                  • bazylia_am Re: Tak naprawdę nigdy nie ma dobrego momentu... 07.11.06, 14:35
                    Stokrotko, bardzo Ci współczuję...
                    Nasz pierwsze dziecko było typowym "spontanem", o drugie musiałam się nieźle
                    naprosić. Zawsze był jakieś "ale" - coś do zobaczenia, zrobienia, kupienia.
                    Zapytałam, czy rzeczywiście uważa, że za pół roku, rok, dwa tak diametralnie
                    się nasze życie, że z czystym sumieniem powie - tak, to ten moment.

                    Z moich obserwacji wynika, że większość facetów bojących się ciąży, szaleje
                    potem ze szczęścia.

                    Moja rada nie będzie może najlepsza, pewnie mnie skrytykujecie - ja bym
                    postawiła na sabotaż. Nie wspominała o dziecku, o swoich pragnieniach, przeszła
                    na tabletki (bo "tak wygodniej") i w którymś momencie przestała je brać.
                    Może to świńskie, ale cóż...

                    Ale może warto najpierw podpuścić szwagierkę, może ona wpłynie na Twojego męża?
Pełna wersja