brzydkie_kaczatko35
24.03.08, 11:44
Jesteśmy małżeństwem od 8 lat. Mamy syna a za 3 tygodnie pojawi się na świecie
córka. Kiedy byliśmy tylko we 2 nie było źle, wychodziliśmy razem do kina, do
restauracji, na zakupy. Razem spędzaliśmy czas. Od kiedy na świecie pojawił
się syn ja zrezygnowałam z pracy i jestem na urlopie wychowawczym (syn ma
1,5roku). Mąż zarabia na zycie. I od czasu urodzenia syna zaczęło się psuć.
Najpierw nie miał czasu przyjść go zobaczyć w szpitalu, czekałam 10 godzin i z
zazdrością patrzyłam jak do innych dziewczyn przychodzą mężowie i z zachwytem
wpatruja się w swoje pociechy. Mój mąż przyszedł o 21 kiedy już skończyly się
odwiedziny i po 10 min został wyproszony. Tak było przez caly czas naszego
pobytu w szpitalu. Myslalam ze moze rzeczywiscie w te dni trafilo mu sie
wiecej pracy i nie moze ale potem to się zmieni. Przeciez zapewniał że czekał
na dziecko, kocha syna, 6 lat leczylismy się na niepłodność i wreszcie się
doczekaliśmy wymarzonego dziecka. Myślałam że to przejściowe. iedy
wychodziliśmy ze szpitala tez czekalam kil;ka godzin aż wreszcie inna
pacjentka przyszła zająć moje łóżko i czekalam z dzieckiem na korytarzu. Po
powrocie do domu nic sie nie zmienilo. Mąż nigdy nie wyszedł z synem na
spacer, nie przewinął, nie nakarmił. Do domu zaczął wracać po 23. Rano o 9
rano juz wychodzi z domu i nie ma go cały dzień. Ja jestem z synkiem sama.
Moja rodzina też się mną nie interesuje. Dziadkowie odwiedzili wnuka może z 5
razy. Synek zostal poczety przez leczenie nieplodności. Myślalam że nie moge
naturalnie zajść w ciążę, nie udalo się to przez 8 lat, jakie wiec bylo moje
zdziwienie kiedy okazalo się że znowu będę mamą.
Kiedy mąż dowiedzial się że jestem w ciąży zrobiło się jeszcze gorzej. Nadal
ze wszystkim byłam sama a na dodatek zaczął się codziennie ze mnie wyśmiewać,
ze jestem gruba jak krowa (jestem w 9 miesiacu, przytylam 10kg), że źle
gotuję, że nie powinnam miec żadnych wymagań od życia, bo moje zycie juz się
skonczylo, teraz jestem tylko matką, że go nie pociągam itp. wczoraj
pojechaliśmy do moich rodziców na świeta, po 4 godzinach wracalam z placzem.
Cały obiad przespał a potem nnie zamienil z nikim ani słowa, tylko leżał przed
telewizorem. Czulam sie upokorzona, bo rzucal teksty do mojej mamy że niczego
mnie nie nauczyla, że nic nie umiem ugotowac, że do niczego się nie nadaję.
Całą noc nie spalam, słuchalam jak chrapie i płakałam w poduchę. Nie wiem co
robić dalej, czuję się nieszczesliwa, poniżona. Myśle o odejściu ale boję się
jak dam rade sama z dziećmi. Nie mam gdzie mieszkać, mieszkanie jest na
kredyt, na rodzicow nie moge liczyć. Nie pracuję. Kocham go, ale czara goryczy
się przepełniła. chcę żeby moje dzieci mialy spokojny dom i uśmiechnietą mamę
a nie zaryczaną i zastraszoną grubą krowę. Poradzcie co zrobić, zaczekac i
zobaczyc czy zmieni się po porodzie czy odejść? Probowalam rozmawiac o moich
uczuciach, powiedzial ze nie mam powodu do płaczu bo niczego finansowo mi nie
brakuje, mam co jeść i że wymyślam, ale jak chce odejść to droga wolna. Co
robić???Jestem u kresu sił. Czasem nie chce mi się żyć. Założyłam to konto
specjalnie żeby Wam o tym napisać, bo znacie mnie z tego forum i wstyd mi, że
tak wygląda moje zycie...