uccellino
04.12.08, 21:50
23 tc
Lubię swoją pracę, moim marzeniem było pracować do dnia porodu
(wyłaczyć kompa i pomaszerowac do Domu Narodzin

)... Ale...
pracuję w korporacji, w tempie, które - widzę dopiero teraz - nie
jest normalne. Kiedy jestem w pełni kondycji, bywam czasem zmęczona,
ale jest ok, tak naprawdę lubię to tempo, adrenalinę. Teraz jestem
często nawet nie zmęczona, co wręcz przemęczona... Ledwie mam siłę
na cokolwiek więcej - na zajęcia ruchowe, na poczytanie Mrówce
bajki, na seks... Na jakiekolwiek życie poza pracą. Raz-dwa razy w
tygodniu jestem tak wyczerpana, że chce mi się płakać. W dodatku
właśnie się okazało, że teściowa ma nowotwór... Jeśli chciałabym jej
jakkolwiek pomóc, dać cokolwiek z siebie (czas, wsparcie psychiczne,
opiekę), to najpierw muszę mieć z czego dać. W tej chwili nie
posiadam dodatkowych zasobów.
No i dziś powiedziałam szefowej, że myślę o tym, żeby po Nowym Roku
już nie wrócić... Ale tak mi ciężko się na to zdecydować, wydaje mi
się to takim wielkim krokiem - to co już w szóstym miesiącu mam
opróżnić szuflady, przekazać wszystkie projekty? Żal mi tego. Nic mi
nie jest, nie czuję się niezdolna do pracy - choć niestety niezdolna
do t a k i e j pracy. Wiem, że jest to wyrzeczenie, na które
powinnam być dla Mrówki gotowa, ale tak diametralnie inaczej
wyobrażałam sobie tę ciążę, tak chciałam być aktywna. Cały czas
kombinuję, że może da się inaczej, że może jeszcze raz spróbujemy
tak ustawić pracę, żeby bylo mi lżej... Tyle że już próbowałyśmy, to
się nie sprawdza - padam ofiarą własnej etyki pracy, nie potrafię
być mniej zaangażowana, odpuszczać części zadań, być na 3/4 gwizdka.
Jak się dzieje, to się dzieje - wpadam po uszy. Kręci mnie ta robota
i już...
Cóż, tak sobie smęcę, pewnie się na to zwolnienie zdecyduję, nie
bardzo widzę inne wyjście.
Ale ciężko mi, oj ciężko. Myślałam, że będzie łatwiej. Miał tak ktoś?