odalie
31.01.04, 13:59
Mam taki problem. Pewnie go wyolbrzymiam

))) Za kilka dni gdy zajdę do
przedszkola, zapytam, więc się wyjaśni, ale spokoju mi to nie daje, więc
powiedzcie jak u Was.
Córeczka chodzi do państwowego przedszkola, cieszącego się sporym wzięciem,
na liście oczekujących zawsze jest więcej dzieci niż miejsc. Dostała się bez
problemu z listy "karty nauczyciela" jako dziecko nauczycielskie, rodziców na
dodatek studiujących; poza tym zapisana na cały dzień.
(Na marginesie - w naszym mieście w tym roku zamykają 14 przedszkoli.)
W styczniu musiała zostać na ponad tydzień w domu, ponieważ przyzwyczajała
się do aparatu ortodontycznego. A potem złapała kolejną infekcję górnych dróg
oddechowych. Nie gorączkowała, katar był naprawdę znikomy, tyle że
zaczerwienione gardło. Niestety tym razem organizm się poddał i po tygodniu
trafiła w paskudnym stanie do szpitala z obustronnym zapaleniem płuc. Znowu
tydzień nieobecności, kolejny, bo jeszcze ma przez tydzień brać antybiotyk.
Nie mam najmniejszego zamiary tym razem posyłac jej do przedszkola, zanim w
pełni nie odzyska sił i nie dojdzie do siebie. To dla nas trudne, musimy
narobić zaległości w pracy, i tak już zawaliło się kilka spraw, bo musieliśmy
na zmianę być przy niej w szpitalu, już mamy zajęcia do odrobienia. Ale nie
mogę jej posłać do przedszkola wcześniej niż za dwa tygodnie. Po tym, co
przecierpiała, nie mam ochoty powtarzać jeszcze raz poważnej choroby.
Zastanawiam się, czy nawet nie za trzy (tydzień byłaby u babci w innym
mieście).
To jest razem miesiąc nieobecności. Słyszałam od jednej z mam, że znajome
dziecko było nieobecne przez 6 tygodni pod rząd - najpierw choroba, potem
urlop taty, więc zostało w domu. Pani kierownik zwróciła uwagę, że blokuje
miejsce i że rodzice mają się zastanowić, czy nie wypisać dziecka. Zdumiało
mnie to, przecież opłata była wniesiona.
Czy Wy też się spotkałyście z takim czymś? że dłuższe nieobecności dziecka są
źle widziane?