ancah
25.01.05, 12:37
chciałabym napisać kilka słów przestrogi dotyczących nauki angielskigo metodą
helen doron.
Właściwie nie byłoby się do czego przyczepić, wszystko jest w miarę dobrze
zorganizowane, panie są miłe i choć nie mówią po angielsku idealnie, ani z
idealnym angielskim akcentem, można im to wybaczyć. Ale chodzi o to, że
jakość materiałów do kursu czyli kaset (ew.płyty cd) i książeczek jest
koszmarna!!
Istotą metody jest to, że oprócz półgodzinnych zajęć raz w tygodniu puszcza
się dzieciakowi 2 razy dziennie 10 piosenek z kasety i ogląda razem
książeczkę. Ludzie, to jest mordęga!! Sama pani Helen Doron cienkim baranim
głosikiem wyśpiewuje okropne pioseneczki bez rytmu i składu (sama je
wymyśliła) w takt brząkających nutek wygrywanych na archaicznym casio
(chyba). Mojego małego musiałam zmuszać do słuchania bo jak widział, że mam
tę płytę w ręku to wołał "Nie ciem angielski, nie ciem!". Książeczka z kolei
ilustrowana jest przez jakiegoś kolegę pani Doron i zrobił to naprawdę
okropnie - nic nie jest podobne do tego jak wygląda w rzeczywistości bo ten
człowiek po prostu kiepsko rysuje i słabo dobiera kolory, słowem rozpacz,
kicz i wciskanie tandety (w tym kontekście powiedziałabym, że za duże
pieniądze, bo w końcu za roczny kurs i materiały płaci się ok. 600 złotych).
Wypisałam mojego synka z tego przedsięwzięcia, ale jestem ciekawa jakie są
wasze refleksje na temat Helen Doron. Ja myślę, że skoro człowiek tak się
stara, żeby dawać dziecku to co najlepsze, to skazanie go na słuchanie
odpowiednika disco polo i oglądanie szmiry pod pozorem nauki języka jest
poronione, skoro można poszukać czego lepszego (jestem w trakcie).
ania