koktysz
19.02.05, 11:00
wiadomosci.wp.pl/wid,6684751,prasaWiadomosc.html
Przedszkole - początek wszystkich problemów
Wmuszanie obiadu, leżakowanie i strach, czy rodzice nie zostawili nas tu na
zawsze. To się zmienia. Zbyt wolno, jeśli wiemy, że wychowanie przedszkolne to
czas krytyczny dla dziecięcej psychiki.
"Napisz o pani Teresce, która nie pozwalała się dzieciom ruszać w czasie
leżakowania. Musiałam przewracać się na drugi bok tak, żeby nie widziała!". "I
o pani Ali, która kazała dzieciom śmiać się z dziewczynki, bo ta zsiusiała się
w majtki. Pani nie pozwoliła jej iść do toalety, bo miał być obiad". Takich
zamówień miałam wiele. Dowiadując się, że mam pisać o przedszkolach, każdy
wywlekał przedszkolne traumy.
Przedszkola powstały w XIX wieku. Powód? Rozwój przemysłu. Chodziło o to, by
dzieci pracujących kobiet "przechować" przez parę godzin we w miarę
bezpiecznych warunkach. Na początku więc przedszkola powstały dla dorosłych.
Druga połowa XX wieku przyniosła nowe odkrycia dotyczące psychologii
dziecięcej. Okazało się, że u człowieka w wieku trzech, czterech, pięciu lat
intensywnie rozwijają się zdolności społeczne i intelektualne. Trzeba było coś
zrobić, by przedszkola z przechowalni zmieniły się w miejsca kształcące
kreatywnych, samodzielnych ludzi. I o ile na Zachodzie się udało, w Polsce to
droga przez mękę.
LEPIEJ Z MAMĄ?
Amerykańska High/Scope Educational Research Foundation śledziła losy kilkuset
osób przez blisko 40 lat. Sprawdzano, jak im się powodzi w wieku 14, 19, 27 i
40 lat. Okazało się, że ci, którzy chodzili do dobrego przedszkola, jako
dorośli zarabiają więcej, rzadziej cierpią z powodu bezrobocia, częściej
kończą studia i znacznie rzadziej popadają w konflikt z prawem niż ci, którzy
spędzili ten czas w domu. Badania dowodzą, że każdy dolar wydany na edukację
przedszkolną wraca pomnożony 17 razy. Skąd? Z podatków płaconych przez lepiej
zarabiających absolwentów przedszkoli, z oszczędności na opiece społecznej w
stosunku do bezrobotnych. Z tego, że mniej osób trzeba utrzymywać w więzieniach.
"Napisz o pani Eli, która zaciągała gadatliwe dziecko do kuchni i groziła, że
obetnie mu język nożem". Więc jak to jest z tym przedszkolem?
- W Polsce źle - mówi zapytana o to Teresa Ogrodzińska, prezes Fundacji
Rozwoju Dzieci imienia Amosa Komenskiego. - Po pierwsze, wiele przedszkoli
działa według zasad tradycyjnej, nieuwzględniającej najnowszych odkryć
pedagogiki. Po drugie, zamiast je poprawiać, w Polsce przedszkola się
likwiduje. A to naprawdę nie jest droga, jaką podąża Europa. W Europie do
przedszkoli chodzi blisko 80 procent dzieci. W Polsce o połowę mniej. Na
polskiej wsi to zaledwie 13 procent.
Na Węgrzech do przedszkola chodzą wszystkie dzieci. W Portugalii każde dziecko
ma zagwarantowany dostęp do wychowania przedszkolnego - choć nie jest
obowiązkowe. Do dzieci z niedostępnych terenów jeżdżą wędrowne nauczycielki
opłacane przez rząd. W Wielkiej Brytanii obowiązek szkolny zaczyna się od
czwartego roku życia - pierwsze dwa lata to przygotowanie do nauki. Wcześniej
dzieci mają wiele możliwości: dla maluchów tworzy się tak zwane playgroups,
czyli grupy zabaw, świetlice, po wsiach jeżdżą świetlicobusy.
Tymczasem według badań CBOS-u co piąty Polak uważa, że to matka powinna się
zajmować dzieckiem do czasu rozpoczęcia przez nie nauki w szkole. - W
upowszechnieniu wychowania przedszkolnego za nami jest chyba tylko Albania -
komentuje Teresa Ogrodzińska. - Wiele istniejących przedszkoli nie
przygotowuje dziecka do życia w dzisiejszym społeczeństwie.
- Głównym problemem tra-dycyjnych polskich przedszkoli jest zabijanie w
dziecku samodzielności - mówi Monika Rościszewska-Woźniak, psycholog
dziecięcy. - Nie daje mu się przestrzeni do samodzielnego eksplorowania
świata. Granice wolności ustawione są tak wąsko, że w praktyce dzieci robią
to, co im się każe. Nie podejmują decyzji i nie uczą się na własnych błędach.
Traktuje się je jak jednolitą grupę, a one mają bardzo różne potrzeby i inne
tempo rozwoju.
W wielu przedszkolach niechętnie zmienia się relacje z rodzicami. Panuje lęk:
nauczyciele boją się o bezpieczeństwo dzieci, boją się kontroli, zmian.
Dlatego często kurczowo trzymają się programów, które rzadko są dostowane do
potrzeb dzieci.
- Zawieźliśmy nasze przedszkolanki do Niemiec, by obejrzały tam przedszkola -
mówi Teresa Ogrodzińska. - To był szok. Że nie ma tylu zabawek, że podłoga się
nie błyszczy. A gdy zobaczyły dziewczynki, które wycinały z papieru, mało nie
umarły ze zgrozy. Przecież nożyczkami można zrobić krzywdę!
"Napisz o przedszkolu, w którym zabroniono myć zęby po obiedzie, bo pani bała
się, że dzieci zrobią sobie krzywdę szczoteczkami do zębów".
RODZIC BUNTOWNIK
- To, jak funkcjonują dziś polskie przedszkola, jest w dużym stopniu spuścizną
po komunizmie - mówi profesor Anna Brzezińska ze Szkoły Wyższej Psychologii
Społecznej w Warszawie. - Studia pedagogiczne były łatwym sposobem uzyskania
tytułu magistra. Trafiały tu często osoby bez powołania. Od tego czasu
niewiele się zmieniło. Gdy w Polsce rozmawia się o edukacji, to ma się na
myśli licea, studia, czasem podstawówki czy gimnazja. O przedszkolu się nie mówi.
Tymczasem wiele badań pokazuje, że to bardzo ważna instytucja. Zajmuje się
dziećmi w wieku, w którym buduje się w nich poczucie własnej wartości, pewność
siebie, koncentracja, umiejętność słuchania, rozwój psychoruchowy, rozwijają
zdolności życia w grupie. W Polsce wychowanie przedszkolne wprowadzono w 1932
roku. Po II wojnie światowej uznano je za jedną ze sztandarowych zdobyczy
systemu, bo umożliwiało wykonywanie obowiązków masom pracującym, będąc
jednocześnie pierwszym etapem indoktrynacji.
Dzieci należało przyprowadzić o 8 rano, odebrać o 16. W tym czasie trudną rolę
wychowania przejmowało na siebie państwo. Rodzice nie mogli krytykować jego
metod. Zakładano, że dziecko jest bezradne i bez dorosłego nic nie zrobi.
Trzymano je pod stałą kontrolą, nie ufano mu. - Dziecko miało wykonywać
polecenia pani i być posłuszne - mówi profesor Brzezińska. - Wszelkie przejawy
indywidualizmu piętnowano mianem "niegrzeczności" i karano. To było
wykształcanie bezradności. Wychowywanie bezwolnego człowieka podporządkowanego
władzy.
Przedszkole było kolejną instytucją służącą urabianiu charakteru. Dziś, mimo
że komunizm upadł blisko 20 lat temu, reformą przedszkoli nikt się nie
zainteresował. Tę ideologię wciąż sączy się dzieciom do głów, choć już
zupełnie nieświadomie.
Świadomi katastrofy bywają rodzice. Dzięki nim pod koniec lat 80. zaczęły
powstawać przedszkola prywatne, traktujące dziecko i rodziców jak klientów,
którzy gdy im się nie spodoba, pójdą do konkurencji. Dzięki tym przedszkolom
do programu zaczęto wprowadzać nowoczesną psychologię, alternatywne metody
wychowawcze.
Jednym z rodziców buntowników była Monika Rościszewska-Woźniak. W początkach
lat 80. wraz z grupą znajomych mających dzieci w wieku przedszkolnym działała
w nieformalnym Stowarzyszeniu Dobrego Zajmowania się Dziećmi. - Marzyliśmy, by
przedszkole wspomagało rozwój naszych dzieci, a nie było tylko przechowalnią.
Nie chcieliśmy, by je odgórnie programowano. Podzieliliśmy się dyżurami,
ustaliliśmy zasady działania. Trochę na podstawie niewielu dostępnych
zachodnich publikacji, trochę w dyskusjach.
Te zasady były szokujące: rodzice mogli przyprowadzać dziecko przez cały
dzień. Wchodzili do środka, raz w tygodniu mieli kilkugodzinne dyżury. Dzieci
nie zmuszano do jedzenia, leżakowania i nie musiały prosić o pozwolenie, by
iść do toalety. - Mogły się bawić, czym chciały. Próbowaliśmy znaleźć
równowagę między zachowaniem ich wolności a podstawami dyscypliny i uczeniem
reguł społecznych - opowiada Monika Rościszewska-Woźniak.
- Czy od tego czasu przedszkola się zmieniły? - pytam. - Zmieniają się.
Motorem są rodzice, ale i niektórzy nauczyciele. Je