Moja historia z praskiego

03.06.10, 13:06
Ja rodziłam ponad rok temu, niestety w Praskim. Drugie dziecko,
druga cesarka, choć do końca starałam się siłami natury. Szpital
obskurny, ale uważałam, że ma dobrą opinię i był polecany przez moją
prywatną ginekolog. Położyli mnie tydzień po terminie (badało mnie
przez tydzień podczas codziennego ktg kilku lekarzy i każdy jeden
miał problem z wyliczeniem terminu porodu), dostałam swoich
upragnionych skurczy, ale po 14 godzinach nadal nie było rozwarcia.
Entuzjazm do naturalnego rodzenia minął z chwią, gdy czułam, że coś
zaczyna się dziać złego, czułam się fatalnie, dostawałam dreszczy,
no i ta intuicja, że coś nie tak, gdy kilka godzin wcześniej przy
badaniu zobaczyłam maxymalnie zielone wody. Uparłam się na cesarkę,
bo wiedziałam, że to ostatno dzwonek, za dużo już przeżyłam i
słyszałam, by czekać. Nie było łatwo wywalczyć cesarki, ale w końcu
dezycja o cięciu. Po pół godzinie na stole, tuż przed zrobieniem
znieczulenia dziecku zanikało całkowicie tętno, narkoza w ciągu
chwili, potem bezproblemowe wybudzenie mnie, informacja, że synek
zdrowy, 10 pkt. Był w gęstych, zielonych wodach, wyglądał jak
ufoludek, nie miałam większych zastrzeżeń do lekarzy, położnych.
Wybrałam pokój płatny, choć był w fatalnym stanie (grzyb pod
prysznicem, zepsuta rączka od prysznica, drzwi od sali wciąż się
same otwierały - nie jestem księżniczką, ale jeśli ma się za coś
płacić, to powinna być jakaś przyzwoita jakość, poza tym to szpital
i powinno być sterylnie). I dopiero wtedy zaczęły się schody...
Synek był bardzo płaczliwy, ssał, choć wiedziałam, że jest nadal
głodny, ukojony na chwilę zasypiał, i znów się "darł". Wiedziałam,
że coś jest nie tak, zgłaszałm położnym, ale oczywiście odpowiedź,
by karmić i nie wydziwiać. Następnego dnia nadal płacz, mały spał po
pół godziny, i ciągle płakał, na moje żądanie był dokarmiany, ale i
tak był bardzo niespokojny, do tego mało moczył pieluszkę. To też
brano za moje wymysły, na nic się zadało, że jestem rozsądną, 32-
letnią kobietą, a nie smarkulą, na nic moja intuicja i wiedza,
zdaniem pani neonantolog problemem było moje karmienie, bo choć
cały czas miałam synka przy piersi, to mogłam się starać jeszcze
bardziej...idiotyzm, szkoda komentować. Wyniki crp w normie,
pozostałe też ok, jedno uszko z problemem i wyszłam dwie doby po
cesarce. Nie zrobiono z tego problemu! W domu byłam jedną dobę,
synek się wyciszył, ale to tylko wzmogło moją czujność, w nocy
przestał się wybudzać do piersi i wtedy już zaczęłam mierzyć
temperaturę, do rana była już w granicach 39,5. Mam to szczęście, że
czuwałam od początku i mam sporą wiedzę, poparłam ją tylko kilkoma
telefonami do znajomych mam i pędziłam do szpitala. Na Niekłańskiej
byli przestraszeni, na początku same badania, mało odpowiedzi, w
końcu, gdy na nich nawrzeszczałam i oznajmiłam, że kretyn by się
domyślił, że to sepsa, to zrobiło się zaraz profesjonalnie -
błyskawiczne badania, z wynikami przybiegali od razu, po kilku
godzinach włączono dwa silne antybiotyki, potem kolejny. Dwie doby
walki o życie, potem oczekiwanie. Spędziliśmy w szpitalu dwa
tygodnie, nie życzę ich najgorszym wrogom. Potem miesiące badań,
konsultacji, całkowity niedosłuch prawego uszka, rahabilitacja. Mam
to szczęście, że mam dużo siły, wiary i miłości do moich dzieciątek,
w każdym szpitalu, przy każdym badaniu wiedziałam po co idę, dużo
wymagałam od lekarzy, trafiłam na cudownego fizjoterapeutę, który
pomógł synkowi, ale i mi dawał dużo pewności i spokoju, których
wówczas bardzo potrzebowałam. Finał po ponad roku jest taki, że mam
pięknego, zdrowego synka, słuch w normie, rozwój w normie, ruchowo
super, jeszcze nie chodzi, ale to też kwesta jego ogromnej
nadwrażliwości, ogólnie, tak jakby nic się kiedyś nie wydarzyło.
Mam świadomość, że gdyby nie moja wiedza i postawa od początku, to
nie byłoby dziś ze mną synka, że wywalczyłam w dobrym czasie i
cesarkę i w kolejnym szpitalu szybką reakcję na sepsę. Piszę to
tylko po to, byście były czujne, zarazić bakterią mogą w każdym
szpitalu, i wiemy, że nie zawsze się da tego uniknąć, choć to
smutne. Sztuką jest jednak słuchać matek w szpitalu, które wiedzą,
że z ich dziećmi dzieje się coś złego, sztuką jest założyć, że coś
jako lekarze "spieprzyliśmy" i trzeba teraz działać, by dziecko
wyzdrowiało. Nie wiem do dziś, czy w praskim wiedzieli, że synek
jest zarażony, i dlatego tak chętnie mnie wypisali po dwóch dobach,
czy nie wiedzieli, bo byli zbyt rutynowi i ślepi. Ale jakość pracy i
wiedza pani zarządzającej noworodkami jest żałosna - owa pani, gdy
byliśmy w drodze do szpitala na Niekłańską i zadzwoniłam do niej, by
się upewnić, czy nie powinniśmy najpierw pojechać z powrotem do
praskiego, powiedziała mi, że - od nich dziecko wyszło zdrowe !!! -
i zamiast je wozić po szpitalach powinnam je nakarmić, przepoić (nie
wiem, czy ta pani sądziła, że matki nie karmią i nie dają pić
dzieciom !!!)i ewentualnie wezwać do domu pediatrę, bo problemem
jest nadal moje karmienie. To skandal, mając nagranie tej rozmowy
powinnam pewnie założyć sprawę szpitalowi i pani doktor, która
kompletnie zignorowała wszystkie sygnały i gdybym jej wtedy
posłuchała i nie pojechała do szpitala, to mój synek by nie dożył
kolejnej doby. Smutne, prawda? Moje dziecko zostało w praskim
obdarowane gronkowcem białym, ja przed porodem i po porodzie
dwukrotnie się badałam, ale żadnych bakteri u mnie nie stwierdzono.
Więc wina szpitala praskiego jest ewidentna, oczywiście na
Niekłańskiej nikomu nie przyszło do głowy, by zgłosić ten przypadek
do sanepidu. Biegali koło mojego synka, pomagali jak umieli, nie
mogę narzekać na brak dobrej opieki, ale tak to już jest u nas, że
jedni lekarze bronią innych i leczą skutki ich źle wykonanej pracy.
Cierpią zaś dzieci. Potraktujcie moją historię, jako radę, by być
czujnym, by nie dać sobie wmówić głupot, nie bójcie się pytać,
żądać, bo nie jest istotne, co lakarz, położna powiedzą o tobie,
ważne jest zdrowie i życie naszych dzieci. Tego zdrowia i szczęścia
życzę Wam z całego sercasmile
    • brzuszeknatalia [...] 13.06.10, 17:18
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • zolza79 Re: Moja historia z praskiego 13.06.10, 18:08
        Przerażająca historia, ale dziękuję Ci za nią. Jesteś dzielną i
        silną kobietą, tylko pogratulować Twoim dzieciom takiej mamy!
        • malwes Re: Moja historia z praskiego 13.06.10, 22:05
          Po prostu Twoja historia przywróciła mi moje okropne wspomnienia z
          Karowej 6 lat temu. Identyczna sytuacja, też czułam intuicyjnie, że
          coś jest z dzieckiem nie tak. Też CRP w normie, wypisano nas jak
          najszybciej. Kilka godzin później byłam w MSWIA: zapalenie płuc,
          e.coli w moczu, gronkowiec w pępku...oczekiwanie, strach,
          bezradność. Mam zdrowego 6,5 latka ale dlatego przy drugim dziecku
          uparłam się na Żelazną. Niebo a ziemia! Ściskam Was mocno.
          • moonlight5 Re: Moja historia z praskiego 14.06.10, 11:56
            Moje wspomnienia z praskiego są bardzo zblizone do Twoich. Moje
            dziecko też całe 4 dni się wręcz darło, pomocy ze strony położnych i
            lekarzy nie miałam, po prostu jedna wielka trauma. Na szczęście
            wszystko się dobrze skończyło. Nikomu nie polecę tego szpitala...
      • malgosiek2 Brzuszeknatalia proszę o zmniejszenie sygnaturek 14.06.10, 19:14
        lub pozostawienie tylko jednego suwaczka.
    • myxaxa Re: Moja historia z praskiego 14.06.10, 22:11
      beazw, jaka smutna ta twoja historia? Jak tak mogło się stać ? A może Tu jakoś
      bardzo wcześniej wyszła do domu, po c.c. 2 doby? To nie możliwe ...w szpitalu po
      c.c. min. 3 pełne doby trzeba być.

      Mam wrażenie, że chyba za wcześniej wybrałaś się do domu, jak mogli Tobie
      pomóc, kiedy badania laboratoryjne były w normie, gorączki nie było , a dzieci
      często źle jedzą w 1-2 dobie życia, dokarmiane dziecko jednak tez było......
      Co to znaczy że wody płodowe były maxymalnie zielone...niedotlenienie? czy
      infekcja wewnątrzmaciczna?.....pierwsze badania laboratoryjne często są
      prawidłowe to jak włączyć leczenie?
      Jak wyszłaś do domu to mogło zakażenie rozwinąć się bardziej...a pomoc w
      szpitalu gdzie nie ma patologii noworodka w jaki sposób uzyskać...bardzo dobrze
      , że pojechałaś do dziecięcego szpitala przy ul.Niekłańskiej.....to co była to
      sepsa - w posiewie z krwi rosła bakteria Staphylococcus albicans? epidermidis?
      tez mogło nastąpić zanieczyszczenie przy pobraniu badania krwi, CRP było
      wysokie? Ubytek masy ciała duży > a niz 10 % od urodzenia? Gorączka długo się
      utrzymywała ? Dziecko przebywało na OIOMie ? Jak to było...? Az 3 antybiotyki ,
      a antybiogram jak pokazywał? Tez tam trzeba było "uruchamiać " personel do
      odpowiedniej pracy? Jakoś smutne to wszystko , a jednak dobrze że wszystko już
      minęło i nawet słuch b/z.
      • beazw Re: Moja historia z praskiego 17.06.10, 01:19
        Nie poszłabym tak szybko, gdyby mi na to chętnie nie pozwolono, co
        świadczy o szpitalu. Ja nie wychodziłam na żądanie, lekarz nawet
        chwilę pomyślał zanim mnie wypisał, ale "pediatrzyce" jakoś dziwnie
        chętnie się mnie pozbywały. Może tak było wygodniej... Ale dobrze
        się stało, że nikt mnie nie zatrzymywał, bo w tym szpitalu nikt z
        szanownego personelu medycznego i tak, by nic nie zrobił z moim
        chorym dzieckiem.
        Mogli pomóc, gdyby słuchali co się do nich mówi.
        Tak, posiew z krwi - epidermidis. CRP wysokie, gorączka wysoka, co
        całkiem normalne przy sepsie...Zielone wody, no coż, jak Pani wie
        powodów może być wiele, powodów zakażenia przez personel też - sam
        fakt, że gronkowiec w pępuszku dziecka.
        Infekcja wewnątrzmaciczna? Szkoda komentarza.
        Ogólnie dużo by pisać, jest dużo ciekawostek z codziennej pracy
        tegoż personelu, niedbalstwa i braku zwykłej higieny. Nawiązałam
        kontakt z wieloma rodzącymi w tym szpitalu i to cenne kontaktysmile
        Moja historia, tak jak pisałam ma posłużyć kobietom, które będą
        rodzić, nie by straszyć, a by dać wiarę, w to, że trzeba być czujnym
        i trzeba walczyć z podłym niedbalstwem służby zdrowia.
        A walczyć jednak trzeba, nawet sądownie, bo zamiast zwykłego
        ludzkiego przepraszam, otrzymuję dosyć żałosne próby ratowania
        opinii praskiego. Przez kogo? - widać, wystarczy czytać...
        Wszystkiego dobrego dla maluszków i ich dzielnych rodzicówsmile
        • malutka.k Re: Moja historia z praskiego 17.06.10, 10:09
          beazw - współczuję Ci i podziwiam - jesteś silną, mądrą kobietą smile Też rodziłam
          w praskim, w zeszłym roku w lipcu. Warunki są fatalne a personel niekompetentny
          i bezduszny. Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego.
          • sarling Re: Moja historia z praskiego 20.06.10, 21:08
            Hmm. Dwa razy rodziłam w szpitalu praskim. Dwa razy z wyboru. Oprócz
            braku eleganckiego wystroju i przyswajalnego jedzenia - nie mam
            najmniejszego powodu, by odstraszać kobiety przed tym miejscem.
            Porody odbyły się bez najmniejszych problemów, opieka po, no, może
            dosć rutynowa, ale nie było powodów do niepokoju. A jeśli chodzi o
            dzieci - miałam wrażenie,że wręcz za bardzo się nimi interesują.
            Kilka razy dziennie badane, oglądane. Mój drugi synek miał problemy
            z oddychaniem w pierwszej dobie i naprawdę - bardzo troskliwie się
            nim zajmowano. Kilka razy miał badaną krew. Bardzo fajna neonatolog
            zachodziła do nas, wszystko nam wyjaśniała, opowiadała, radziła.
            Dziewczyna z sali urodziła bardzo chorego synka, kilka dni był
            intensywnie leczony i obserwowany, potem, całkiem słusznie i
            uczciwie, przewieziono go do innego szpitala.
            Bardzo współczuję przeżyć, nerwów i dobrze, że ta historia miała
            szczęśliwy finał, ale uznać szpital praski za rzeźnię, w której nie
            dba się o zdrowie i życie pacjentów to gruba niesprawiedliwość.
            • marzena_gabi Re: Moja historia z praskiego 21.06.10, 16:12
              i tu się z Tobą zgodzę.... Rodziłam w praskim i też z własnego wyboru, nie mogę
              narzekać na opiekę, poza "uprzejmą" panią pediatrą, ale do niej też można było
              się przyzwyczaić..... wink
              współczuję przeżyć, ale naprawdę nie zawsze tam tak jest....
              fakt nie ma luksusów, ale to nie rzeźnia....
            • malutka.k Re: Moja historia z praskiego 23.06.10, 14:25
              Brak eleganckiego wystroju - piękne określenie. Łazienka brudna, na końcu
              korytarza, stare, rozwalone łóżka, zapadające się materace, zdezelowane szafki,
              szaro, buro, ponuro. Do łazienki trzeba lecieć przez cały korytarz i przez izbę
              przyjęć.
              Dzieci badane kilka razy dziennie? Nie zauważyłam - mycie (jeżeli tak można
              nazwać nieludzkie szarpanie dzieckiem), ważenie i badanie było tylko rano.
              A jedzenie - wcale nie najgorsze, zdecydowanie lepsze niż na patologii.
              Warunki jak w XIX wieku. Personel fatalny. Ale i tak znajdą się dziewczyny które
              tam będą chciały rodzić i nie da się ich odstraszyć w żaden sposób - ja też
              zrobiłam ten błąd.
Pełna wersja