gaseczka76
15.06.10, 20:24
Moja historia ze szpitalem Madalińskiego jest koszmarem. Zaczęło się
niewinnie, bo 3 m-ce przed terminem były kłopoty z nerkami moimi i dziecka i
trafiłam na patologię na Madalińskiego. Było na prawdę super. Położne z
patologii uśmiechnięte, miłe, co pół godziny, co godzinę badały mnie i
dzieciątko. A to ciśnienie, a to temperaturę a to KTG. Czysto, sympatycznie i
z szacunkiem. Dlatego stwierdziłam, że tak, tu urodzę, bo jest super.
Minęło trochę czasu i nastał TEN dzień. Przyjechałam późnym wieczorem z
porządnymi skurczami. Szpital świecił pustkami więc mnie przyjęli. Skurcze
były jak mnie wieźli co pół godziny (ale bardzo bolesne i z krwawym wypływem),
a że rzadkie mąż nie dał mi do karetki torby. Czekałam więc na przyjęcie
jakieś półtorej godziny, bo nie mieli dla mnie koszuli, aż mąż mi przywiezie i
będę mogła się przebrać i pójść na salę.
Poród okazał się dla mnie makabrą. 12 godzinną z czego parcie trwało 2
godziny. Przebili pęcherz i stop. Dawali ze 2 antybiotyki i oxytocynę na
rozruch. Było ze mną około 8 osób. Lekarze, położne i kto wie kto jeszcze żeby
nas ratować. Niunia się zaklinowała. Próżnociągiem (vakum)z godzinę ją
usiłowali wyciągnąć, w końcu udało się dziecko wyszarpać w ostatniej chwili
kleszczami. Dostała zaledwie 3 pkt. Ratowali ją. W zamartwicy, nie oddychała.
Mnie szyli 40 minut.Wcześniej musieli wyskrobać
łożysko bo oczywiście nie wyszło całe. Zastanawiam się dlaczego nikt nie
pomyślał o cesarce! Zaznaczałam w ankiecie przed porodem, że chętnie, w końcu
wiek swój mam (sporo po 30). Ok odratowali. Do lekarzy nic nie mam. Koszmar
się zaczął. Na położnictwie. Po jakichś 4-5 godzinach zawołała mnie położna,
żebym przyszła uczyć się karmić dziecko (było w inkubatorze po porodzie).
Wyjęła je z inkubatora i dała mi. pół godziny starałam się jak mogła ale nic
mi z tego nie wychodziło a Pani Urszula siedziała obok i
wyśmiewała mnie, że siedzę jak w kawiarni, albo w ogóle mnie ignorowała. Po
półgodzinnej batalii zaczęło mi się robić ciemno przed oczami, przyszedł
mąż,owinęliśmy dziecko kocykiem i włożyliśmy dziecko do kuwety koło
inkubatora. Nie wiedziałam jeszcze jak się go otwiera. Ale założyliśmy, że
skoro je wyjęła to i włoży położna, która siedziała sobie za biurkiem w
otoczeniu piszczących inkubatorów. Poprosiłam o lek przeciwbólowy, bo
znieczulenie przestało działać a w karcie lekarz mówił, że
zapisał mi leki przeciwbólowe. W ciągu pół godziny nikt nie przyniósł, więc
mąż pomógł mi dojść po lek do dyżurki (jemu by nie dali). Na 2 godziny
przysnęłam, omdlałam, jakkolwiek. Następnie wstałam i poczołgałam się do salki
z inkubatorami, żeby sprawdzić jak maleństwo. Jak je zostawiliśmy tak leżało.
Od progu położna w ryk - pani je przewinie, bo się zesrało. No to kolejna
batalia w atmosferze wyszydzania jaka to jestem nieporadna, ile to chusteczek
marnuję na jedno przewinięcie itp. itd.
Poryczałam się...
Lekarze na obchodzie pytali, czy już wstaję z łóżka, bo po moich przejściach
to pewnie jeszcze nie... tak jasne....
Pod wieczór opuchlizna z dziecka zaczęła schodzić, więc mi już je
przyniesiono. Kolejne godziny mijały. Nauczyłam się, że jak po 4 godzinach
zaczyna mijać działanie Ketonalu to sama nie dowlokę się do "gniazda os". Pół
nocy potrafiły położne śmiać się i opowiadać sobie seriale ignorując dzieci i
pacjentki. Nauczyłam się wiec kłamać, że minęło juz 6 godzin (a nie 4-5), żeby
dostać przeciwbólowy, bo nie byłabym w stanie zajmować się moim skarbem.
Prośby o pomoc były ignorowane, gdyż "jesteśmy zajęte".
Nad ranem przywieźli dziewczynę, która własnymi siłami powiła bliźniaki.
Błagała, żeby ktoś zaprowadził ją do toalety, na co położna stwierdziła, że
niby kto? Bo na pewno nie ona, bo co ona zrobi jak ta jej zemdleje na
korytarzu? Przecież nie dźwignie i wyszła. Tylną windą przemyciliśmy jej męża
i pomógł dziewczynie dojść do łazienki a jaka była awantura i wrzask jak
przyłapała go położna poza porą odwiedzin!!!
Innej dziewczynie, która z cewnikiem po cesarce została właśnie przywieziona z
bloku kazano iść do kasy zapłacić, bo inaczej nie zaszczepią jej synka.
Dobrze, że podsłuchałam jak lekarz na obchodzi mówiła, że konieczne będzie
dokarmianie mojej dzidzi, czekałam kilka godzin, co z tym dokarmianiem, aż mi
dziewczyny z sali wytłumaczyły, że muszę iść do "gniazda os" i prosić o
strzykawkę z mlekiem.
Nam się jeszcze niestety przyplątała żółtaczka. 3 noce w inkubatorze z lampami
oczywiście na sali ze mną. Musiałam ciągle monitorować, czy dziecko nie
ściągnęło sobie okularków i ultrafiolet nie świeci mu w oczka. Raz na pół
godziny przysnęłam, patrze a tu ściągnięte okularki... panika... Lekarz
wieczorem na obchodzie powiedziała, żebym się mogła przespać, to położne co
pół godziny będą zaglądały. Pies z kulawą nogą przez całą noc się nie zjawił.
Trzeciej nocy żółtaczki, naszej już 6 były
najbardziej ludzkie położne. Dały nam (z fochem co prawda ale dały) łóżeczko z
lampami od spodu. Mogłam się zdrzemnąć uf. Jedna nawet w końcu wytłumaczyła mi
jak karmić na siedząco, wcześniej koleżanka z sali nauczyła mnie na leżąco. Na
szczęście kolejnego dnia już spadł poziom bilirubiny na 11 i wypisano nas.
Mogłabym jeszcze długo pisać o tym jak przez kilka dni nie było w łazience
światła, bo nikt nie raczył wymienić żarówki, a za każdym razem mówiono, że
nikt nie zgłaszał, choć 2 razy dziennie co najmniej zgłaszałyśmy to, a
łazienka na korytarzu przynależała do kilku sal. Nikt nie interesował się
przez szereg dni, ze nie mogę się wypróżnić, a jak się starałam przy wypisie
na "przeglądzie" okazało się, że mi szew poszedł... Szkoda gadać. Wiem, że
jeżeli miałabym kiedyś jeszcze raz rodzić, to
biorę kredyt i idę do prywatnego szpitala. Ale mam nadzieję, że nie, bo do
tej pory (minęło już kilka miesięcy)zrywam się w nocy z płaczem, a przed
oczami mam szpital na Madalińskiego.