Jak rodziłam Córkę na Madalińskiego (Wawa)

22.06.10, 13:08
Tu jest wątek "Jak rodziłam Synka na Madalińskiego (Wawa)" sprzed 3
lat:
forum.gazeta.pl/forum/w,588,59391884,59391884,Jak_rodzilam_Synka_na_Madalinskiego_Wawa_.html

Córkę rodziłam w kwietniu 2010, trochę czasu już minęło, jakoś nie
mogłam się zabrać za opisywanie.

Termin porodu z OM miałam na niedzielę, we czwartek przed tą
niedzielą pojechałam na ktg - była bardzo miła pani na izbie
przyjęć, taka, hm, duża - bez urazy big_grin, po prostu nie zapamiętałam
azwiska. Wszytsko ok, zapisano mnie na kolejne ktg na wtorek.

W sobotę rano obudziłam się o 4.14 - skurcz! Wstałam, wzięłam no-spę
i poszłam do kompa, odpaliłam excela i wpisywałam godziny kolejnych
skurczy (przepowiadające miewałam od tygodnia, więc wolałam się
upewnić). Po godzinie obudziłam męża i mu mówię "Nie chcę Cię
straszyć, ale chyba już", a on na to "Ale ja się wcale nie boję".
Poczekaliśmy, aż skurcze będą co ok. 5 minut i pojechaliśmy - była
6.12 (pamiętam, bo stałam pod domem i nie mogłam wsiąść do
samochodu, bo akurat miałam skurcz).

Na IP podłączono mnie na chwilę do ktg, oczywiście zapytano, czy
wykupiłam sobie położną (nie, i nie miałam też żadnego umówionego
lekarza - przyjechałam po prostu "z ulicy"). Męża musiałam wysłać do
domu po książeczkę dawcy krwi, bo wpis do karty ciąży o mojej grupie
krwi był niewystarczający.

Przebrałam się, posadzono mnie na wózek i powieziono na górę.

Tam chwilę sobie poczekałam na korytarzu (raz poszłam do toalety),
sama, przekonałam się przy okazji, że tak jak poprzednio najlepiej
skurcze mi się znosi bez żadnych ćwiczeń, bujań, przykucnięć czy
innych takich, których uczą - po prostu muszę usiąść czy się położyć
i przecierpieć na zasadzie "nie rusz mnie - nie dotykaj - chcę
umrzeć" smile

Przyszła pani i zaprowadziła mnie do pokoju takiego na końcu
korytarza po lewej - z wielką wanną. Położyłam się i zostałam
podłączona do ktg. Założono mi też wenflon, ale żadnej kroplówki nie
podłączano.

Przyjechał mąż, no i tak sobie trochę czekaliśmy. Mąż chciał się
dowiadywać o zzo, ale go pohamowałam (za poprzednim razem - zzo
zahamowało akcję porodową), zresztą panie powiedziały mu, że nie ma
sensu, bo raczej szybko urodzę.

Aha, położna - pani Martyna Plakwicz - powiedziała, że musi mnie
trochę podgolić (podgoliła), przywieziony został taki wózek z
narzędziami, położna uprzedziła mnie, że może trzeba będzie naciąć -
powiedziałam, że ok, zdaję sobie z tego sprawę. Zasugerowała, że
może przebiją pęcherz, to trochę przyspieszy poród - powiedziałam,
że w porządku; o ile dobrze pamiętam - musiała wtedy zostać wezwana
pani doktor (też fajna), zostałam poinformowana, ze zaraz poczuję,
jakbym siku robiła, więc żebym się nie przestraszyła ani nic smile

No i potem ładnie poszło - poczułam parcie jak na stolec,
powiedziałam, że chyba już, transformacja łóżka na takie bardziej
porodowe; położna powiedziała, że postara się chronić krocze, no i
parłam na skurczu, z zamkniętymi oczami i głową przywiedzioną do
klatki piersiowej (tu rola męża w przytrzymywaniu głowy smile). Położna
superowo prowadziła akcję, ale też trochę samowolkę odstawiłam na
koniec - skurcz się kończył, a ja już czułam, że to tuż-tuż - i
flop! główka - i flop! reszta big_grin

Była 8.49.

Pokazano mi "Proszę sprawdzić, dziewczynka? Dziewczynka!", mąż
odciął pępowinę, lekko otarto małą i zawinięto w ręcznik, który
przynieśliśmy (w międzyczasie położna dyskretnie otarła mi pupę smile),
położono mi małą na brzuchu. Musiałam trochę poprzeć, żeby wypchnąć
łożysko (do męża: "Chce pan zobaczyć?", kurczę, ja też chciałam, mąż
mówił, że było krwisto-białawe, coś jak wątroba i mózg naraz big_grin).

Panie powiedziały, że wszystko ok, więc pomierzą i poważą Młodą
później. I zostawiły nas na godzinę? dwie? no dość długo -
przystawiłam Małą, porobiliśmy zdjęcia, pogapiliśmy się na nią.
Potem ją pobadano itd.

W międzyczasie (wiem, wiem, nieprawidłowa forma) przyszła pani ze
śniadaniem i zostawiła mi je na stoliku, a po jakimś czasie
przyszła, powiedziała, że nie jestem jeszcze wliczona do śniadania i
mi je zabrała big_grin (potem mąż poszedł do sklepu, żeby mi coś do
jedzenia kupić).

Powieziono mnie na salę. Były tam 3 łóżka, na jednym była
dziewczyna, która zaraz miała być wypisana - urodziła bliźniaczki.
Pogadałyśmy trochę. I zostałam sama - ponoć tak to bywa w święta (to
była sobota przed Niedzielą Wielkanocną).

CDN
    • monika3411 Re: Jak rodziłam Córkę na Madalińskiego (Wawa) 22.06.10, 14:32
      Gratuluję Córeczki smile Miło się czyta, że wszystko w porządku smile I jak szybko
      poszło. A jakbyś już zjadła śniadanie to mieliby rebus wink Wszystkiego dobrego
      życzę.
    • milou_milou Re: Jak rodziłam Córkę na Madalińskiego (Wawa) 24.06.10, 14:57
      a maz rodzil ztoba bez zadnej dodatkowej oplaty? bylas na sali jednoosobowej w
      trakcie porodu?
      • mniemanologia Re: Jak rodziłam Córkę na Madalińskiego (Wawa) 24.06.10, 18:11
        Za nic nie płaciłam - był mąż, była sala jedynka i była super
        położna.
        • ochra Re: Jak rodziłam Córkę na Madalińskiego (Wawa) 24.06.10, 20:49
          Mój poród na Madalińskiego wyglądał bardzo podobnie, z tą różnicą że
          mi odeszły wody, poza tym jakbym czytała o sobie: spokojnie, bez
          pośpiechu, bez stresu, w dobrych warunkach, w towarzystwie
          przyjaznego personelu.
          • milou_milou Re: Jak rodziłam Córkę na Madalińskiego (Wawa) 25.06.10, 09:25
            Dobrze slyszec takie opowiesci smile Pozdrowienia!
Pełna wersja