iwonafilip
02.09.04, 17:27
21.01.2004 roku (środa) po siedemnastogodzinnej męczarni przyszedł na świat
nasz długo oczekiwany synek. nic nie zapowiadało tragicznego zakończenia.
rodziłam wspólnie z mężem i dodam, że bez niego bym sobie nie poradziła.
kiedy mąż odwiedził mnie następnego dnia wyglądał jakby miał jęczmień. w
piątek przywiózł nas do domu byliśmy szczęśliwi patrząc na nasze maleństwo.
niestety w sobotę wieczorem mąż musiał pojechać do szpitala. teściowa
przestraszyła nas że może to być coś zakaźnego. z jego oka coś się lało. był
bardzo spuchnięty jakby miał pół twarzy gratis. po dwóch miesiącach ciężkiego
leczenia wrócił do domu nareszcie mógł cieszyć się swoim synkiem. dzis nie
widzi na jedno oko. jednak jest nadzieja. czekamy aż oko całkowicie sie wygoi
i będzie można zrobić przeszczep rogówki. jeśli się uda odzyska wzrok. z
całego tego bałaganu wyszło ze był to zmutowany szpitalny gronkowiec
ginekologiczny. przed nami było już kilka przypadków zarażeń niestety u
nowrodków. tyle szczęścia w tym nieszczęściu, że nie zaraził się nasz synek,
bo mógłby tego nie przeżyć. ciekawa jestem jak często się zdarzają takie
tragedie za które szpitale nie biorą żadnej odpowiedzialności. jeśli chodzi o
ścisłość to mówię o koszalińskim szpitalu. mimo wszystko mój mąż nie żałuje
że był przy mnie, bo widział jak na świat przychodzi jego ukochany synuś i
mógł przeciąć pępowinę. moi panowie są nierozłączni i bardzo się kochają