natasha31
24.04.06, 15:56
Prawdziwe oblicze szpitala na Solcu
Witam wszystkie osoby zainteresowane rzetelną informacją o przebiegu mojego
porodu w cieszącym się dobra sławą szpitalu na Solcu ( ul. Solec 93) oraz
opieką medyczną przez 5 dni spędzone przeze mnie i moja córkę w szpitalu.
Urodziłam 10 kwietnia 2006 roku o godzinie 22.15.
Zacznę od końca, bo to obsługa medyczna po porodzie doprowadziła prawie do
tragedii.
Przez zaniedbanie ze strony personelu po 10 dniach wylądowałam w innym
szpitalu ( na Madalińskiego – polecam) na łyżeczkowaniu, gdyż zostały mi
resztki łożyska i lada moment zaczęłaby gnić mi macica. Ani razu po porodzie,
a w szpitalu spędziłam 5 dni! Nie zostałam zbadana. Konowały inaczej ich nie
nazwę!!! Rutynowe obchody wyglądały podobnie, lekarze brali kartę na której
poza wykresem temperatury nic nie ma i odwieszali, chyba raz byłam zapytana
jak się czuję. Kilkakrotnie mówiła, że kręci mi się w głowie i mam gwiazdki
przed oczami ale dowiadywałam się że to normalne. Generalnie mało
zainteresowania budził ten fakt, a wręcz odnosiłam wrażenie, że uciekają jak
najszybciej bym nie burzyła im idealnego, beztroskiego obchodu. Pobyt lekarzy
w czteroosobowym pokoju zajmował tak mało czasu, że ledwo zdążałam powiedzieć
że w ogóle coś mi dolega. Chyba miałam pecha bo leżałam z dziewczynami po
porodach przez cesarskie cięciach i każda z nich miała swojego lekarza
prowadzącego w tym szpitalu. Poprosiłam o coś na wzmocnienie to przydzielono
mi żelazo z tym, że przez 2 dni go nie dostawałam, bo zapomniano mi dać, za
to nie zapomniano odnotowywać że je dostaję. Po moich interwencjach położna
powiedział, że da mi wieczorem ( bo trzeba brać przed jedzeniem) – w
rezultacie rzuciła mi dwie tabletki + kwas foliowy ( chyba na odczepne) o 11
w nocy. Dobrze, że nie czekałam z posiłkiem na tą troskliwa opiekę. Bez słowa
jak brać, czy wziąć dwie czy jedną, nic, zero wyjaśnień. Gdyby nie to, że
moje dziecko miało problemy zdrowotne i dostawało antybiotyk więc byłam
skazana na ich humory to bym się z nimi policzyła, ale musiałam schylić głowę
i zacisnąć zęby, bo bałam się, że w ramach zemsty skrzywdzą mi dziecko. Przy
kolejnym obchodzie powiedziałam, że bardzo boli mnie krocze, to wzbudziłam
tylko uśmieszki całej grupy medyków. Ponoć musi boleć.
Po powrocie do domu czułam się z każdym dniem coraz gorzej. Wypływ skrzepów
krwi nasilał się, a ja czułam się dziwnie trochę jak bym miała zemdleć. Na
szczęście położna środowiskowa ze szpitala Praskiego zwróciła uwagę na to, że
nie powinnam już krwawić tak obficie i zaleciła kontakt z lekarzem. Nie
zwlekając udałam się do mojego lekarza prowadzącego, który po wykonaniu USG
natychmiast skierował mnie do szpitala. Nie muszę mówić jaki to stres, kiedy
ma się 10 dniowe dziecko, które karmi się piersią, a w perspektywie jest
natychmiastowa narkoza. Na szczęście w szpitalu położniczym na Madalińskiego
wykazano życzliwość i otrzymałam lekką narkozę i po 3 godzinach mogłam znów
karmić dziecko.
A teraz parę słów o samym szpitalu.
1. Poród.
Wybierając szpital na Solcu kierowałam się tym że ma ładne sale porodowe.
Rezultat. Przyjechałam do szpitala krzycząc już z bólu ze skurczami z krzyża
co 5 minut – niektóre kobiety wiedzą co to znaczy! W izbie przyjęć bardzo nie
miły lekarz stwierdził, że nie obchodzi go wpis do książeczki mojej grupy
krwi. Mam wracać do domu, lub mój partner po zaświadczenie o grupie krwi.
Powiedziałam mu, że grupę krwi robiłam na początku ciąży 8 miesięcy temu i
nie wiem gdzie mam ten wynik i ani ja ani mój narzeczony nie będziemy wracać
do domu po żadne wyniki badań. Na co lekarza zrobił nam wyrzut że właśnie
przez „takich” marnowane są pieniądze NFZ! Więc mu powiedziałam, że z chęcią
zapłacę, tak jak i za większość badań jakie wykonałam w czasie ciąży ( bo to
też ciekawa historia, 2 lekarzy „państwowych” odmówiło mi prowadzenia ciąży
ze względu na brak czasu!! Więc kierując się własną wiedzą zrobiłam szereg
badań, które robi się w pierwszym trymestrze ciąży na własny koszt). W końcu
nas przyjął do szpitala. Zapytałam go jakie mam rozwarcie, bo chciałam
powiedzieć wybranej przeze mnie położnej K. Komosie. Dowiedziałam się ze 2,5
cm co słyszał również mój narzeczony. Tym czasem na sali porodowej
dowiedziałam się, że było 4,5 i tak wpisał lekarz w kartę co zostało
potwierdzone przez ponowne badanie. Więc już na dzień dobry zostałam
wprowadzona w błąd. Przez co i moją położną wprowadziłam w błąd więc się nie
spieszyła.
Okazało się, że wszystkie sale są zajęte i zaczynam rodzić na sali ogólnej!!
( łudziłam się, że mnie przeniosą do indywidualnej jak się zwolni) Więc jak
tam jest. Poza fajnym łóżkiem nie ma nic, leży się prawie jak w przejściu,
non-stop łażą położne, salowe, pielęgniarki. Dla mnie wygodnie było cały czas
chodzić i robić ćwiczenia z jogi, co chociaż tyle dobrze że mi nie zabroniły
bo nie wytrzymałabym z bólu na leżąco. Ale za to przez cała akcję pierwszej
fazy do 10 cm rozwarcia nikt nam nie pomógł. Nie uzyskałam żadnej pomocy w
kwestii oddychania, a w 8 cm już zupełnie zgubiłam rytm, z bólu zapomniałam
gdzie mam nos i jak oddychać klatką piersiową. Pomimo starań mojego
narzeczonego nie byłam w stanie już nic robić, akcja stanęłam na 8 cm na
kilka godzin. Mojej położnej nie było, a żadna z kilku obecnych na sali nie
raczyła mi pomóc. Po pewnym czasie jedna się zlitowała i dała mojemu
narzeczonemu lód do masowania mi pleców przy skurczu, bo do tej pory masował
mnie ręka. Kazałam wezwać anestezjologa do znieczulenia zewnątrz oponowego.
Argumentowałam tą decyzję faktem, że zgubiłam rytm, nie radzę sobie z
oddychaniem – żadna z personelu nie poświęciła mi czasu by mi pomóc w
oddychaniu i wyprowadzić mnie z opresji. Przyszedł lekarz tylko straszyć mnie
że poród po znieczuleniu będzie trwał 5 godzin dłużej, tłumaczyłam również
jemu, że potrzebuję pomocy, bo nie wiem jak oddychać, nie radzę sobie.
Wszyscy mieli to gdzieś. Przyszła anestezjolog, mocno nie profesjonalna.
Wbiła mi się 4 razy w kręgosłup co i raz porażając mi jakiś nerw co
wywoływało bóle nóg albo narządów wewnętrznych, przynajmniej tak czułam. Sama
się bała, mnie wystraszyła swoim brakiem profesjonalizmu i kazałam jej
zostawić mnie w spokoju. Dowiedziałam się że jestem a) za gruba, b) mam za
ścisło kręgi, c) nie nadaję się do znieczulenia!!!!!!!!!!!! Bzdura. 2
tygodnie wcześniej byłam u J.Gruber przełożonej anestezjologów w tym szpitalu
i po długiej wyczerpującej rozmowie powiedziałam mi, że jak najbardziej
nadaje się do znieczulenia i nie widzi przeciw wskazań, a na pewno nie jestem
za gruba. Tak więc męczyliśmy się z moim narzeczonym dalej sami. Gdy zaczęły
się bóle parte darłam się jak zwierze zamiast przeć, ale jakoś nikogo to nie
martwiło. Na ostatnie 30 minut porodu przybyłam „moja” położna i jakoś
poszło. Zrobiła dokładnie to co reszta mogła zrobić dużo wcześniej, po prostu
mi pomóc. Nie wiem za co dostają tam pensję, bo jeśli za siedzenie przy
biurku i omawianie strajku kiedy ja rodzę to świetnie, też bym chciała taką
pracę. A nie żartując to chyba każdy przyzna, że znieczulica i olewanie
obowiązków przemawia przez moją historię. O przepraszam podłączały mnie do
KTG co i raz i wkładały paluchy by sprawdzić rozwarcie. Tak czułam się
zadbana ((
2. Opieka nad dzieckiem.
Na oddziale jest kilka miłych i profesjonalnych pediatrów. Jednak, że mam żal
do szpitala o to, że dziecko nie zostało od razu zdiagnozowane, że ma
zatrucie i że te normalne wymioty wodami płodowymi nie są tak do końca
normalne. Doprowadziło to do wycieńczenia mojego dziecka. Zareagowano po 29
godzinach na moje żądanie. Maleńka dostała antybiotyki do żylnie.
Nie ma na co liczyć, że ktokolwiek powie chociażby jak przemywać pępek.
Przychodzą panie, każą rozebrać dziecko, wsadzają pod kran, ciach, ciach
nawet nie wied