mama.niunia
16.03.07, 13:36
W środę wieczorem dostałam obfitego krwawienia. Zaczął się 13 tc. Byłam w
szoku, bo generalnie
przez 12 tyg. nie miałam żadnych plamień, bóli podbrzusza, nic. A tu wieczorem
chlusnęła krew. Mój lekarz (dr Jastrząb kazał mi natychmiast jechać do szpitala
Orłowskiego na Czerniakowskiej(sam tam pracuje).
No i ... na Izbie Przyjęć okropne babsko kazało mi pokazać "to wielkie"
krwawienie. Więc wstałam zdjęłam spodnie i majtki i znowu krew chlusnęła.
Wtedy ten babsztyl mówi: "o już po ciąży, straciła pani to dziecko". Ja
załamka płacz, ale z drugiej strony myślę... To samo miałam w pierwszej ciąży,
więc może być dobrze. Mówię do niej, że chcę żeby szybko zrobiono mi usg. A
ona, że najpierw papiery itp... No ku...wa!!!
Po 30 minutach zabrała mnie na oddział. Dodam, że było ok. 21 wieczorem. Tam
znowu papiery. Proszę o usg. Wychodzi zaspany dr SZ. Idziemy na usg. Mnie
telepie z nerwów, pan Dr ziewa i robi usg. Serce dzidzi bije, więc znowu
płaczę. Ze
szczęścia tym razem. Pokazuje mi dzidzię. Mówi, że to chłopak! Dopiero 12 tc.
Pytam się czy może mi zmierzyć przezierność karkową i uspokoić mnie do końca.
On na to, że nie bo to długo trwa... Poza tym mam krwiaka podkosmówkowego i
mam bezwzględnie leżeć.
Wróciłam na korytarz i czekam na przydział łóżka. Siedzę i siedzę, a muszę
bezwzględnie leżeć. Jakaś mimoza mówi, że zaraz
mnie przyjmą. Siedzę i czekam. Męża odesłałam do domu, bo mój mały synek spał
w samochodzie pod szpitalem. Siedzę i czekam nadal mija pół godziny. Wszystko
mi przecieka pytam o podpaskę, wkładkę. Nie mają. Tylko ligninę- daje mi pół
metra. Ręce mi opadają. Jest już 22.00 nerwy mi puszczają. Podchodzę do dwóch
rozgadanych bab i pytam co ze mną. One zdziwione, o co mi chodzi. Bo nic nie
wiedzą, że mnie miały na oddział przyjąć. Poza tym pretensjonalnym tonem
mówią mi, że miały zabieg. Ja do nich, żeby ze mnie idiotki nie robiły, bo
siedzę 2 metry od nich i od 40 minut nawet dupy z miejsca nie ruszyły. One z
fochem oczywiście.
Przyjęły mnie do pokoju. Poszłam się umyć. Do łazienki weszła jedna z nich i
mówi, że mi musi zastrzyk zrobić. Mówię ok, zaraz się skończę przebierać i
wyjdę. Łazienka syf, smród jak na Centralnym zresztą cała łazienka jak na
Centralnym. A ona, że mi zrobi zastrzyk tu w kiblu. Mam tylko pupę wypiąć. Ja
w szoku. Bo to warunki wysoko niehigieniczne, ona bez rękawiczek...
Wiecie co... To w wielkim skrócie. Nie mam siły więcej pisać. Leżałam już w
trzech szpitalach na patologii i nigdzie takiego syfu nie było. Miałam rodzic
w tym szpitalu, ale przemyślę to dwa razy.