majowa-panna
24.06.07, 12:57
Ukończyliśmy szkołę rodzenia przy Izbie Porodowej w Lędzinach. Z zajęć
byliśmy zadowoleni, dzięki nim mieliśmy bardzo pozytywne - optymistyczne
nastawienie do porodu co miało być podstawą porodowego sukcesu. Wiedzieliśmy
że poród zaczyna się w głowie i że jest to "wydarzenie rodzinne" bardziej
niż "medyczne" dlatego z radością czekaliśmy na ten dzień kiedy miało
narodzić się nasze pierwsze dziecię. Znając od innych osób i czytając w
różnych miejscach wiele bardzo dobrych opinii i wspaniałych wspomnień
związanych z porodami w Lędzinach po wielu przemyśleniach postanowiliśmy
wspólnie że tam właśnie chcemy rodzić - liczyliśmy na domową - rodzinną
atmosferę, intymność i poród bardziej "naturalny" niż "szpitalny".
Słuszność naszej decyzji potwierdziło przyznanie lędzińskiej placówce II
miejsca w Rankingu Fundacji "Rodzić po ludzku" i wyróżenienie położnych -
"Aniołów". W spokojnym oczekiwaniu na poród pomogło nam to że poznaliśmy
połozne pracujące na porodówce i czuliśmy się tam prawie jak w domu.
Myśleliśmy że nasz przemyślany wybór jest w 100% trafny i że w ten sposób
zwiększymy nasze szanse na to żeby poród naszego dziecka wspominać jako
najpiekniejszy dzień naszego życia, "z łezką w oku" itp...
Na porodówkę przyjechaliśmy nad ranem po tym jak w nocy odeszły mi wody. Nie
było żadnego golenia ani lewatywy. Do naszej dyspozycji dostaliśmy osobny
pokój, kóry zapewniał nam
intymność na której nam zależało, piłkę i oczywiście mogliśmy prosić o
wszystkie inne pomocne sprzęty - ale i tak okazały się w moim przypadku
nieprzydatne. Na samym początku okazało się że miałam 5 cm rozwarcia, a
wczesniej praktycznie nie czułam żadnych większych skurczów co mnie bardzo
zaskoczyło i ucieszyło. Systematycznie w czasie całej I fazy tak często jak
było to konieczne połozna badała mnie i tętno dziecka. I wszystko było
pięknie dopóki rankiem nie zjawił się na prodówce dr Hudy. Już na dzień dobry
było czuć że "szybki" pan doktor nie przepada za porodami naturalnymi,
niestety... O godzinie 11 kiedy akcja porodowa postępowała ale nie tak szybko
jak życzyłby sobie tego pan dr, zaczął on straszyć nas 40 stopniową gorączką
którą mogę dostać jeśli akcja nie przyspieszy, odwozem do szpitala i
powikłaniami wynikającymi z tego że odeszły mi wody. Tak długo smęcił,
straszył i marudził że nie mając alternatywy ani innej propozycji ze strony
położnej jako jednak w końcu niedoświadczeni bo rodzący po raz pierwszy w
końcu zgodziliśmy się na podanie kroplówki z oksytocyną (ale zdaję sobie
sprawę z tego że w szpitalu kroplówkę mogłam w tej sytuacji dostać na dzień
dobry i nikt by się mnie o zdanie nie pytał... tu jednak mogliśmy poczekać).
Po kroplówce w ciągu kolejnych 3 godzin miałam już rozwarcie na 8 cm przy
nawet całkiem znośnych skurczach które od tego momentu jednak zaczęły coraz
bardziej narastać i stawały się już dość bolesne. Przy 8 cm rozwarciu
dostaliśmy nawet rosołek który jadlam kołysząc się na piłce. Niestety
ponieważ pan dr bardzo spieszył sie do 15 pacjentek które czekały na niego w
przychodni (co jeszcze nie raz dał nam tego dnia odczuć powtarzając to w
kółko!) uznał że nie będzie czekał aż łaskawie będzie pełne rozwarcie tylko
że mi je własnoręcznie zrobi - o czym nie miałam pojęcia kładąc się
nieświadoma na fotelu "do badania". Nikt mi nie powiedział co planuje pan dr,
a dodatkowo mąż musiał zostać za drzwiami chociaż normalnym zwyczajem w tej
placówce są badania w obecności męża, ale pan dr tego nie praktykuje. I tak w
okropnym bólu potęgowanym przez skurcz pan dr rozciągał mi palcami szyjkę
każąc przy tym przeć aż wreszcie ujrzał swoje upragnione 10 cm ponieważ jak
pisałam wcześniej bardzo spieszyło mu się na dyżur do przychodni i był
niezadowolony że tak wolno to u mnie idzie... Samo rozpychanie szyjki na siłę
na skurczu z powodzeniem mogłoby zastąpić kilka średniowiecznych wymyślnych
tortur. Kiedy wreszcie miałam pełne rozwarcie ten z kolei z niecierpliwością
czekał na skurcze parte, co chwilę (!) wypytując mnie czy już je czuję i czy
juz mnie ciśnie i był zdziwiony że jeszcze nie... i jeszcze nie... że to
niemożliwe że jeszcze nie (!) Zaproponowano mi kilka skurczów parcia
na siedząco, potem niestety musiałam polec na fotelu ponieważ pan dr nie
potrafi badać i odbierać porodu inaczej niż na fotelu mając krocze kobiety na
wysokości swojego nosa. Z fotela udało mi się zejść jeszcze na chwilę kiedy
położna zaproponowała parcie w kucki bo na plecach trochę mi nie szło...
parcie w kucki było bardzo efektywne, główka zeszła, ale nie było to w
stylu pana dr który grał niestety pierwsze skrzypce i musiałam znów polec na
fotelu. I w tej prawie leżącej pozycji miałam cały czas przed oczami pana dr
żującego z zapałem gumę z pomlaskiewniem (!) która to guma pewnie ma za
zadanie ukryć zapach papierosów które pali na porodówce (tak tak... o poranku
kiedy pan dr zjawia się na porodówce zapach swobodnie dymu papierosowego
dolatuje z miejsca gdzie pali - 2 sale dalej do miejsca gdzie leżą matki z
dziećmi!).
Efekt końcowy naszej lędzińskiej "przygody" - żyję ja i dziecko które
niestety z niepoznanych przez nas przyczyn utkwiło na dość długo w kanałe -
podobno parłam w sumie ok godziny i 50 minut (podobno... bo nie odczułam że
to aż tak długo trwało, ale podobno to normalne że czas na porodówce płynie
innym tempem). Co do utknięcia dziecka to raz słyszałam że pępowina
za krótka, raz że tak krocze mocno trzymało, brak jakiegoś obrotu? nie
wiem... Czemu nikt nie pomyślał o pozycji leżacej w której utkwiłam ja?
Cieszę się tym że żyję ja i on bo miejscami zastanawiałam się czy ten koszmar
z parciem które od pewnego momentu nie przyniosło rzadnego efektu w ogóle się
skończy i jak, zależało mi już tylko żeby mały wreszcie się urodził już
nawet nie ważne jak. Dodatkowo bardzo trudnym zadaniem dla mnie było
koncentrowanie się na parciu kiedy pan dr chodził w kółko koło fotela patrzył
w moje krocze i ciągle tylko stękał między przeżuwaniem gumy że "to za
długo", "za wolno" i "coś tu jest nie tak", ciągle tylko powtarzał że "coś tu
jest nie tak" - jak w takim momencie kiedy tak bardzo bałam się co jest nie
tak i co z dzieckiem miałam efektywnie przeć i skupić się na parciu, nie
wiem? Oczywiście zaliczyłam podobno poważne pęknięcie pochwy, o nacięciu na
dwa razy które sądząc po bólu chyba na skurczu raczej nie było nie wspomnę...
Niestety pan dr nie chciał zgodzić się na inną pozycję niż leżąca chociaż
połozna próbowała proponować, ale na jej chyba raczej zbyt cichej propozycji
znów się skończyło. Nasze dziecię zostało wyciśnięte w końcu z mojego
brzucha, już nie pamiętam kto sie na mnie wtedy położył - chyba położna bo
pan dr próbował ale chyba tak połozna go wstrzymała bo on jak zwykle zabierał
się do takiego zadania ze zbytnim zniecierpliwieniem co pewnie mogło się dla
nas źle skończyć... I kiedy wreszcie urodziło się nasze dziecię to miałam
nadzieję że będę mogła spokojnie poleżeć z nim na piersi co na pewno
wynagrodziło by mi cały ten wielki stres porodu i na co tak bardzo przez
czekałam, ale mimo że wszystko z dzieckiem było dobrze leżał na mnie
dosłownie może z 10 sekund i został bez słowa zabrany, ponieważ przecież panu
dr bardzo się spieszyło... Połozna musiała go hamować bo widziałam że chciał
ciągnąć za pępowinę żeby szybciej wyszło łożysko, zresztą wyszło bardzo
szybko bo zaraz w następnym skurczu. Potem pan dr zabrał się do naprawdę
ekspresowego szycia (nie sądziłam że "poważne pęknięcie pochwy" szyje się w
takim tempie) - dostałam znieczulenie ale tylko na zewnątrz po czym pan dr
wbił mi igłę w środku, oczywiście zaprotestowałam bo był to okropny ból na co
pan dr stwierdził że nie da mi znieczulenia bo "w środku znieczulenie nie
zadziała" (!), powiedziałam że już nie wytrzymam i wtedy położna dała
mi znieczulenie... Po ekspresowym szyciu przyszedł czas na ekspres