ageman
05.07.07, 22:09
26 czerwca urodziłam moje dziecko w szpitalu na Madalińskiego i chciałam
podzielić się tu swoimi wrażeniami.
Po lekturze tego forum nie byłam zbyt dobrze nastawiona do tego szpitala a
poród tam wyszedł mi nieco przypadkiem. Obawiałam się jeżdżenia od szpitala
do szpitala i porodu w samochodzie
Dzień wcześniej, wieczorem, zaczęły ciec mi po nogach wody płodowe, myślałam,
że poród zacznie się wkrotce ale poza kilkoma nieregularnymi skurczami nic
się nie działo, noc minęła spokojnie i rano nic nie wskazywało na to, że
zacznę wkrótce rodzić. Ale w poprzedniej ciąży, już po terminie porodu,
zatrzymano mnie w szpitalu ze względu na mało wód płodowych, teraz też byłam
już po terminie i mąż uparł się, że trzeba jechać do szpitala i sprawdzić,
czy z dzieckiem wszystko w porządku. Pojechaliśmy więc na Madalińskiego, bo
mamy najbliżej. Tam spędzilismy jedynie 3 (!) godziny czekając na badanie i
ktg. Lekarz na izbie przyjęć stwierdził, że żadne wody mi się nie sączą i że
mógł to być śluz (hmmm, bardzo dużo go było i dziwnie rzadki) a poza tym i
tak nie mieli miejsc na porodówce, więc wróciliśmy do domu, podwójnie
zniechęceni. Na odchodnym lekarz zapewnił mnie, że jeśli przyjeżdża kobieta w
aktywnej, II fazie porodu, to oni nie odsyłają nigdzie dalej tylko przyjmują
na oddział. To było pocieszające zważywszy na sytuację w Warszawie.
Przez cały dzień czułam skurcze ale nieregularne. Pod wieczór stały się już
długie i bolesne. Nie chiałam siać paniki i cierpliwie czekałam na powrót
męża z pracy. Kiedy wreszcie przyjechał, skurcze miałam co 3 minuty.
Zdecydowaliśmy szybko, że jedziemy tam, gdzie jest najbliżej i skąd nie
odsyłają :0 I tak o 20.00, z mieszanymi uczuciami, pojawiliśmy się na izbie
przyjęć ponownie ale tym razem od razu poproszono mnie do badania i
stwierdzono rozwarcie na 3 cm. Przebrałam się w koszulę i położna zawiozła
mnie na wózku na blok porodowy. Tam okazało się, że musimy poczekać kilka
minut, bo sprzątają dopiero salę po poprzednim porodzie (reszta była zajęta).
Po kilku, a może kilkunastu minutach byliśmy wreszcie na sali porodowej.
Skurcze miałam już częste i długie. Położna poprosiła, abym położyła się na
boku, bo musi podpiąc mnie do ktg na 15 minut. Wyłam z bólu leżąc i już po 5
minut zaprotestowałam – chcę wstać, nie dam rady dłużej. I położna – za co
jestem jej wdzięczna – po 2 minutach odpięła mnie i pozwoliła wstać a potem
tylko co jakiś czas przykładała sondę do brzucha sprawdzając tętno dziecka.
Rozwarcie sprawdzała pomiędzy skurczami, zupełnie bezboleśnie. W ogóle jej
obecność była ledwo zauważalna – nie narzucała mi swojego zdania, raczej
pomagała i podpowiadała w odpowiednim momencie. Od początku czułam silną
porzebę klęczenia podczas skurczy, to przynosiło mi ulgę. Kiedy zaczęły się
skurcze parte, położna podpowedziała mi, abym przysiadała na stopach podczas
skurczu i abym nie parła – żeby dziecko powoli, siłą ciążenia, schodziło w
dół. Dopiero na koniec parłam dwa razy, pękłam troszkę (jeden szew) ale obyło
się bez nacinania. Obyło się także bez oksytocyny !
Jedyne zastrzeżenia mam do samego łóżka porodowego – było mi na nim strasznie
niewygodnie klęczeć, nie miałam dobrego podparcia pod ręce i zupełnie nie
mogłam się tam odnaleźć. Poprzednio rodziałm na siedząco na stołku porodowym
i bardzo sobie to chwaliłam. Niestety na Madalińskiego nie mieli stołków
Co prawda położna zaproponowała, żebym siedziała na kolanach męża i ona
odbierze tak dziecko ale to nie było to samo
Dziecko od razu dostałam na brzuch, było mierzone i ważone przy mnie,
spędziliśmy na sali ponad dwie godziny, cały czas z dzieckiem, potem zostałam
przewieziona na oddział.
Muszę też przyznać, że z neonatologami kontakt był zupełnie dobry – każdy
dyżurujący odpowiadał na pytania i chętnie rozmawiał o dziecku, pielęgniarki
noworodkowe też chętnie pomagały przy karmieniu, zaglądały w nocy, gdy
dziecko płakało. Pani będąca doradcą laktacyjnym poświęcała młodym mamom
naprawdę dużo czasu i cierpliwie tłumaczyła i pokazywała, co i jak.
Więc generalnie polecam, byłam naprawdę mile zaskoczona tym szpitalem.
Aga