derby189
08.10.07, 14:03
Witajcie.
Trzy tyg. temu urodziłam na Żelaznej swoją drugą córkę. Pierwsza
urodziła się tamże przez c.c. A teraz udało się urodzić drogami
natury. A raczej wrotami, biorąc pod uwagę rozmiary naszego koloska:
4780g, 58cm. Tym bardziej chwała położnej Joli Miłek, która
ochroniła moje krocze. Skończyło się na niewielkim pęknięciu, ze
strony którego nie miałam specjalnych dolegliwości. Bardzo szybko
się zagoiło.
Mielismy szczęście, bo ta położna była akurat na dyżurze, nie
mieliśmy z nią umowy. Wszystko poszło dość gładko, poród musiał być
wywołany oksytocyną, bowiem odpłynęły wody, a skurczu nie było
śladu.
Urodzilismy w sali orzechowej, czyli dwuosobowej, a tym samym
bezpłatnej. Byliśmy jednak sami. Zapłaciliśmy za znieczulenie
500pln, ale uważam, że warto było.
Generalnie uważam, że urodzenie dziecka, to niesamowity wyczyn. Kto
nie urodził nie zrozumie. Wogóle jakieś odznaczenia powinni za to
przyznawać! A może tylko mi było tak trudno, bo dziecko było tak
duże? A parłam w kucki na podłodze, więc teoretycznie i tak miałam
łatwiej niż tysiące kobiet rodzących na leżąco...
I jeszcze dodam, że po urodzeniu miałam niezłą chrypę - od
wznoszenia bojowych okrzyków, do których położna wręcz mnie
zachęcała. Mój mąż powiedział, że to były okrzyki wojowniczki
prowadzącej armię do boju. A ten krzyk naprawdę pomagał! Oczywiście
nie chodzi o takie zwykłe wrzeszczenie z bólu, ale o krzyk z głębi
siebie, taki jak na przykład wydają tenisiści, albo karatecy. To
było niezłe. Szczególnie, że rodziły 4 kobiety jednocześnie, zatem
koncert był jak się patrzy...