schaapje
03.09.08, 15:13
W zeszłym tygodniu sama szukałam jak najwięcej takich informacji.
Byłam w 40tc, a szpital, w którym planowałam rodzić (na
Starynkiewicza), był zamknięty.
WSTĘP

W nocy ze środy na czwartek miałam dość silne, nieregularne skurcze,
które rano się skończyły. W ciągu dnia odczuwałam je co jakiś czas,
a że był to termin porodu, postanowiłam podjechac na ktg do jednego
ze szpitali z 'listy rezerwowej'. Pojechałam do MSWiA. Na Izbie
Przyjęć bez problemu, bardzo miła położna zrobiła KTG, lekarz
zbadał (co było dla mnie nowością - na Starynkiewicza trzy lata temu
po ktg nikt się nie wyrywał do badania mnie) i stwierdził, że
wszystko w porzadku. Pojechałam do domu i tylko troche się
zdziwiłam, gdy przeczytałam w książeczce ciąży informację "szyjka
długa, kanał zamknięty" - tydzień wcześniej na wizycie u lekarza
prowadzącego kanał był drożny na 2 palce...
W nocy znowu męczyły mnie skurcze, zaczęłam je zapisywać, bo były
nieregularne, ale dość bolesne. Rano wysłałam męża do pracy myśląc,
że pewnie i tak zaraz wszystko się skończy.
Poniewaz jednak przerwy stawały się coraz krótsze, ale wciąż
nieregularne (od 5 do 10 min), zawróiłam męża do domu i zadzwoniłam
po babcię zeby została ze starsza córką. Wyszłam na spacer z psem i
zaczęłam dzwonić po szpitalach z pytaniem, czy przyjmują do porodu.
Uznałam, że jeśli pojadę z pełnym rozwarciem i tak mnie nie odeślą,
nie byłam jednak pewna, czy ja w ogóle już rodze, czy nie sa to
skurcze przepowiadające, wolałam więc wstepnie rozpoznać sytuację.
I tu spotkało mnie niezłe rozczarowanie - zarówno szpital MSWiA, jak
i Madalińskiego oraz Orlowskiego odmówiły przyjęcia mnie choćby na
badanie. Mogłam ryzykować i jechać, ale bałam się, ze mnie odeślą
gdzieś na drugi koniec W-wy, albo nie daj Boże poza Warszawę. A ja i
tak mieszkam w Konstancinie...
Wyszło mi, ze nie mam wyboru i nie moge rodzić, dopóki się
Starynkiewicza nie otworzy
DO RZECZY

W związku z tym przeleciałam wszystkie telefony, które miałam w
komórce i zadzwoniłam jeszcze na Żelazną - do szpiala, do którego
jestem uprzedzona (bez powodu, uważam po prostu, że to spital dla
bogaczy i do tego mocno przereklamowany) i bardzo się zdziwiłam, gdy
usłyszałam "prosze przyjechac, zobaczymy, co się z pania dzieje".
Poczekałam jeszcze jakies 2 godziny, ale że skurcze nie mijały, a
odstepy stawały się coraz krótsze (choć nadal moim zdaniem dość
nieregularne), postanowiliśmy jechać.
Na izbie przyjęć bylismy ok 11.00. Miła pani doktor zbadała mnie i
powiedziała, że jednak rodzę (rozwarcie 3 cm). Podłączono mnie do
ktg, zebrano wywiad, poinformowano, ze być może będę musiała
poczekać na izbie aż do II okresu porodu, bo sa przepełnieni... W
tym miejscu przypomniały mi się wszystkie posty na tym forum, które
krytykowały tendencje niektórych szpitali do przyjmowania zbyt dużej
liczby pacjentek, a potem przetrzymywania ich na izbie przyjęć w
nieskończoność, czy układania na korytarzu bezpośrednio po porodzie.
Mi w tym momenci nic nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie - byłam
szczęśliwa, że jestem pod opieka szpitala, a nie w drodze do Otwocka
czy Grójca!
Sala porodowa zwolniła się jednak wczesniej, dlatego o 12.15 byłam
juz przebrana w koszulę i gotowa do wielkiej akcji. Dodam, że z Izby
odebrała mnie położna, która z usmiechem się przedstawiła i
powiedziała, że bedzie moją położną i razem urodzimy mojego synka.
Planowałam płacić jedynie za znieczulenie, dlatego wyladowaliśmy z
mężem na sali bezpłatnej, dwuosobowej, gdzie od razu podłączono mnie
do kroplówki zaby nawodnić przed znieczuleniem). Polecono masowac
brodawki w celu przyspieszenia akcji i zwiększenia rzowarcia.
Położna o wszystkim mnie informowała i co jakiś czas do mnie
zaglądała. Obok na łóżku oddzielonym od mojego jedynie parawanem
lezała młoda mamusia dochodząc do siebie po dopiero co zakończonym
porodzie.
Mniej więcej po godzinie (i kilku dość mocnych, ale szczególnienie
uciążliwych skurczach) poprosiła, żebym poszła do toalety i
spróbowała się załatwić. próbując zrobić "coś grubszego" (w końcu na
Żelaznej nie robią lewatywy), zaczełam mieć wątpliwości, czy
przypadkiem nie wystękam dziecka... Po tej refleksji położna mnie
zbadała i ze zdziwieniem stwierdziła 8 cm - i zero szans na
znieczulenie

.
potem akcja poszła jak z procy. Skurcze parte zaskoczyłyt nas
wszystkich (nawet położną

i o 14.30 synek był juz z nami.
Dodam, że chociaż ważył 3800 (a ja głośno informowałam, że jeśli
będzie taka konieczność, to ja wręcz domagam się nacięcia), nie
byłam nacinana. Położna mocno musiała się napracować, aby ochronić
moje krocze, bo w szale skurczów nie bardzo chciałam słuchac, co do
mnie mówi. ale udało się - kilka niegroźnych pęknięć, kilka szwów i
poród miałam za sobą, a synka na brzuchu.
W sali porodwoej spędziłam ponad dwie godziny, synek przez cały czas
był ze mną. Dopiero tuz przed przeprowadzką zabrano go (w asyście
męża) na oddzielna sale, dzie został zwazony i zmierzony.
Z powodu braku miejsc na oddziele położniczym położono nas na
ginekologii, skad w niedziel wyszłam do domu.
WRAŻENIA

- Szpital łady, czysty, odnowiony, ale przede wszystkim spokojny.
ani przez chwilę nie czułam się tam jak w fabryce, wręcz przeciwnie.
- izba przyjęć i porodówka - personel na piątke (a przynajmniej
położna Violetta i Ewa - jesli dobrze pamiętam imię tej drugiej)
- nie płaciłam za nic, a mimo to czułam się potraktowana jak
człowiek (czyli odwrotnie, niż się spodziewałam); poza tym wiem, że
jełśi sale bezpłatne sa zajęte, a płatne wolne - jesli ktoś nie chce
płacić za salę, kłada go i tak na tych płatnych, ale bez opłat
- oddział ginekologiczny czysty i spokojny, leżałam an sali 3
osobowej z łazienką i prysznicem - było naprawdę ok
- połozne na oddziale były miłe i bardzo pomocne, zwłaszcza w
kwestii przystawiania dziecka. co prawda każda miała na ten temat
swoją teorię, ale moim zdaniem to dobrze, bo im więcej informacji i
możliwości się pozna, tym lepiej
- obchód pediatryczny w porządku, lekarz odpowiadał na wszystkie
pytania, obchód ginekologiczny - lekka parodia (lekarz wpadał i
pytał, czy wszystko w porządku, jak usłyszł, ze tak, to sobie
szedł

- być może w tygodniu sytuacja wyglada inaczej, ale w
końcu ja urodziłam na weekend

- jedzenie (dla niektórych dzieczyn na tym forum to wazna kwestia)
bardzo dobre i ładnie podane
jedynym niemiły akcentem była pielęgniarka lub połozna na oddziale
poporodowym, na która naknełam się w dniu wypisu - małpa była
niegrzeczna i opryskliwa, ale uznałam, że to jej problem
PODSUMOWUJĄC - jestem BARDZO zadowolona zarówno z samego porodu, jak
i opieki w tym szpitalu. Być może, gdyby mój poród był powikłany,
miałabym inne zdanie, ale...w takich sytuacjach w każdym szpitaku
mogłoby byc źle..
pozdrawiam
Schaapje