truce
28.09.08, 20:42
Zaczynam ten wątek, bo obiecałam to sobie po gehennie, jaką
przeżyłam w szpitalu Praskim, po porodzie.
Na początku wrzesnia urodzilam synka przez cięcie cesarskie. Moją
ciążę prowadził fantastyczny lekarz, dr Pazio. Samo cięcie, choć
przeraźliwie się go bałam (nigdy wczesniej nie byłam w szpitalu, a
jestem zdrowo po 30-stce), było niezwykle sympatyczne, oczywiście
dzięki ludziom - załodze, która mnie operowała: tu mogę jeszcze
wymienic, bo pamiętam, pana dr. Makowskiego /anestezjolog, który
podał mni znieczulenie zewnatrzoponowe i był przesympatyczny/,
siostrę położną Mariolę /super człowiek!/ i parę innych osób,
których nazwisk nie poznałam, ale mile wspominam.
Horror rozpoczął się po operacji, gdy okazało się, że mam pokarm w
ilościach niezwykle detalicznych, dla niejedzących klientów, a
mój "klient" żarł na posiedzeniu 60-90 mililitrów. W 3. dobie
okazało się, że synek ma żółtaczkę i musimy zostać w szpitalu.
Myslałam, że oszaleję, bo oddział pediatryczny w szpitalu był
dosłownie porąbany: założenie jest takie, że masz karmić cyckiem!
koniec,kropka! To nic, że rodziłaś przez cięcie cesarskie (szybka
decyzja spowodowana moją cukrzycą i zlym stanem zdrowia: zaczęłam
mieć dosyc wysokie cisnienie) i nie masz pokarmu. Panie lekarki,
szczególnie jedna, dr Urbańska, utrzymują, że im częściej dziecko
przy piersi, tym szybciej i więcej pokarmu dostaniesz. Zgadzam się z
tym założeniem. Wszystko fajnie, ale nie wtedy, gdy dzieciak rodzi
się spory (4200 kilo, 58cm) i chce jeść, więc jak ja nie miałam
pokarmu, to on płakał. Nie mogłam się przez parę dni doprosić, by
był karmiony sztucznie. W związku z żółtaczką synek musiał być
traktowany fototerapią, czyli musiał siedziec w 'inkubatorze' pod
lampami. Zamysł jest taki, ze dzieki tym lampom poziom bilirubiny
odpowiedzialnej za żółtaczkę spada i jest ona wydalana wraz z kałem
dziecka. Także dziecko musi być najedzone, by mogło wydalać
bilirubinę i pozbyć się żółtaczki. Druga rzecz jest taka, że to
naświetlanie jest całodobowe przez parę dni. Zeby mały człowiek
zechciał tam zechciał siedzieć, to musi być najedzony i spokojny. I
tego wszystkiego ta pani Urbanska (lekarz opryskliwa i absolutnie
niesympatyczna) nie mogła zrozumieć, zmuszając mnie do laktacji i
nie pozawlając na dokarmianie dziecka. Najpierw przez dobę ryczałam
z bezsilności. Potem domówiłam się z pielęgniarkami i one go po
kryjomu karmiły (choć bały się okrutnie), a ja nadal ryczałam
(hormony). Na 3 dzień, gdy okazało się, ze fototerapia nie przynosi
skutków (to ja go naświetlałam, ale dzieciak biedny nie chciał
siedzieć w inkubatorze, bo był głodny i musiałam go wyciągać
stamtąd, więc naświetlanie było do kitu) byłam już załamana na
maksa. Byłam już 3 doby na nogach bez snu + te moje ryki i w koncu
postawiłam sie tej durnej lekarce i powiedziałam, że po 1. nie dam
jej dotknąc moich piersi (bo wczesniej sprawdzała mi i strasznie
mocno cisnęła, tak że żyły mi wystąpiły!). Powiedziałam jej, że to
moja decyzja, czy bede karmiła piersią, czy nie. Mam 37 lat i nikt
nie będzie za mnie decydował, jak mam karmic, skoro NIE MAM POKARMU!
Moim priorytetem jest wyjscie z żółtaczki i moj syn ma byc
dokarmiany!!!
Skonczyło sie na tym, że pani doktor się na mnie obraziła, bo "nie
mam do niej zaufania". Szkoda, ze tak późno się zdecydowałam na
stanowcze postawienie się, bo mały miał żółtaczkę dłuzej niż musiał
i siedzielismy 3 doby dłuzej w szpitalu.
Ogólnie lekarki z oddziału noworodków w szpitalu praskim są naprawdę
mało ludzkie: przychodzi jedna z nich na obchód, siedzę sama w sali,
a ona praktycznie palcem mnie pokazuje: "o! to jest to dziecko matki
cukrzycowej!" (dostałam cukrzycy ciążowej w 34t.c., więc moj synek
był wystawiony na moją chorobę przez miesiąc i cukry ustabilizowały
mu się już w pierwszej dobie), ale ja zostałam potraktowana jak
dzieciobójczyni, jakby to byla moja wina, ze cukrzyca się
przypałętała. Dodam tylko, że takie traktowanie było normą, bo
kobieta ta potraktowała mnie w podobny sposób jeszcze kilkakrotnie.
Muszę też dodać słowo na temat pielęgniarek z "noworodków": mogłam
obserwować je codziennie przy pracy: "stare wyjadaczki",
pielęgniarki z długim stażem, zachowują się nieludzko w stosunku do
dzieci. Mogłam zobaczyć parę razy, jak dokonują porannych ablucji
przy moim dziecku, przed obchodem i w szybkim tempie myją go, jakby
nie był człowiekiem: dziecko wyło jak potępieniec, bo baba go
przewracała w tą i z powrotem, myjąc pod kranem, szarpiąc, polewając
głowę wodą bez baczenia, czy woda zalewa mu buzię, czy nie. Masakra!
Biedak zanosił się płaczem, miał sine usta z przerażenia, a nie jest
to płaczliwe dziecko (wiem, bo mam go na co dzień). I one tak robiły
przy mnie. To co robią, jak matki nie widzą?!
Praktycznie ostatniego dnia przyszła młodsza dziewczyna, sympatyczna
i spokojna siostra, by umyć moje dziecko. Traktowała go spokojnie,
sympatycznie i delikatnie, po prostu z SZACUNKIEM (choć tak samo
szybko wykonała swoją pracę). Synek nawet nie zapłakał. Niestety,
okazało się, że siostra wytrzymała na tym oddziale zaledwie parę
tygodni i przerażona tym, czego doswiadczyła, zrezygnowała z pracy w
tym szpitalu.
Na koniec dodam tylko, ze jak okazało się, ze wypuszczą nas ze
szpitala, to stres mi odszedł, byłam szczęśliwa i natychmiast tego
dnia dostałam mleka! Od czasu wyjscia ze szpitala karmię piersią.
Piszę tego posta ku przestrodze, a także po to, byscie się, kobiety,
nie zgadzały na złe traktowanie w szpitalach. Płacimy ogromne
pieniądze na zdrowie i powinnysmy domagać się ludzkiego traktowania!
Ja o tym początkowo zupełnie zapomniałam w ferworze narodzin i burzy
hormonalnej.
Pozdrawiam!