rostfrau
17.04.09, 16:27
Dziewczyny, zakładam nowy wątek, bo nie mogę znaleźć adekwatnego, a
bardzo chcę opisać moją historię. Przysięgam, że jest prawdziwa i
nie ukoloryzowana.
To była moja pierwsza ciąża. Miałam termin na 23 stycznia 2009. Moja
lekarka poradziła mi poród na Solcu pod okiem jednej z dwóch
położnych: Krystyny Komosy lub Katarzyny Najmark. Wybrałam panią
Najmark, bo była zachwalana jako specjalistka w swojej dziedzinie
i "baba z jajem". Kilka razy rozmawiałam z nią przez telefon, a raz
nawet razem z mężem pojechaliśmy do niej do szpitala aby się
zapoznać i dopytać o szczegóły. Wydała nam się rzeczywiście w
porządku, toteż spokojnie czekaliśmy na "godzinę zero". 23 styczna
jednak nie wydarzyło się nic, więc zadzwoniłam do pani Najmark, żeby
jej powiedzieć, że jeszcze nic się nie dzieje. Nie wyobrażacie sobie
nawet, jakie było moje zdziwienie, gdy usłyszałam radosny głos
położnej przebywającej na urlopie, mówiący: "jestem trochę
wyjechana, zaciskaj kolanka, męża nie dopuszczaj, czekaj do
poniedziałku". Pomyślałam sobie: "ok, nic się nie dzieje, więc nie
ma problem, ale, kurdę, ma mnie zapisaną w kalendarzu, wiec powinna
chyba mnie uprzedzić o wyjeździe, nie?". I z tą myślą chodziłam
sobie dalej w swojej kochanej ciąży. Aż pryszedł dzień 29 stycznia,
kiedy nadeszły dziwne bóle w dole brzucha. Pamiętając o zaleceniach
ze szkoły rodzenia obserwowaliśmy z mężem moje zachowanie,
samopoczucie, i coś, co wydawało nam się skurczami i później
rzeczywiście nimi się okazało). W końcu w nocy zdecydowaliśmy się
pojechać z naszego Sochaczewa do szpitala na Solcu. Zgodnie z umową,
po drodze zadzwoniłam do pani Najmark, aby jej opowiedzieć o tym, co
się dzieje i poinformować, że jeśli to jeszcze nie prawdziwe
skurcze, to zadekuję się na parę godzin u rodziców w Warszawie. I
znowu zostałam niemile zaskoczona przez położną, która powiedziała,
że jest "jakby trochę chora" i nie może przyjechać do szpitala, a w
ogóle to jeszcze nie to, b nie boli mnie tam i siam i tak a tak.
Dodała też, że nie mam co się martwić, bo przecież zawsze ktoś tam
jest na dyżurze. Rozumiecie, "ktoś tam na dyżurze". Tylko że, do
licha, nie po to umawiałam się z położną, która zaśpiewała sobie
tysiąc złotych (część z tego niby dla szpitala), żeby trafić w ręce
przypadkowej osoby, albo i dwóch, jeśli akurat będzie zmiana dyżuru.
Ale byłam zbyt obolała, żeby wdawać się w dyskusję z tą panią. 30
stycznia brzuch bolał mnie podobnie, tylko mocnie i troszkę
częściej, więc postanowiłam olać Warszawę, Solec panią Najmark i
pojechałam do szpitala w Sochaczewie. I to było najlepsze, co mogło
mi się przytrafić!!! Trafiłam tu na cudowne położne dyżurne
(nieodpłatnie), które zachowywały się tak, jakbym im miała zapłacić
nie tysiąc, nie dwa, a co najmniej 10 tysięcy!!! To były istne
anioły! Mój synek urodził się w 41-ym tc, 31 stycznia o godzinie
3:25 przez cesarskie ciecie. A pani Najmark? Pani Najmark nigdy do
mnie nie oddzwoniła, żeby dowiedzieć się, co z porodem. Bardzo
przejęta pacjentką położna, nie ma co!
Aby uniknąć nieporozumień, dopiszę jeszcze, że nie chodzi o to, że
położna nie ma prawa pojechać z dziećmi na ferie czy zachorować, ale
o sposób załatwienia sprawy i odebranie poczucia pewności i
bezpieczeństwa rodzącej. Co wy o tym myślicie?