szpital Inflancka - czy ktos rodzil ostatnio?

21.08.09, 10:58
Czesc,
chcialabym rodzic tam po raz drugi - wiem ze jest remont, ale jestem
ciekawa gdzie juz sie skonczyl. Czy ktos rodzil ostatnio (chodzi mi
o ostatni miesiac) tam i wie jak wyglada porodowka zarowno dla
porodow rodzinnych jak i ta standardowa + jak wygladaja sale
poporodowe dla mam i dzieci (czy tam tez cos sie zmienilo)?
z gory dzieki za info,
pozdr,
    • asiaiwona_1 Re: szpital Inflancka - czy ktos rodzil ostatnio? 21.08.09, 17:59
      ja rodziłam 3 sierpnia. Co prawda miałąm cesarkę, ale są porody i na
      dole (płatne, rodzinne) i na górze (bezpłatne). Sale poporodowe
      takie jakie były. Standard taki sam jak rodziłam 7 lat temu. wydaje
      mi się, że remont polegał na tym, że dobudowywali część budynku i
      dlatego musieli zamknąć to 2 piętro. Teraz miałam salę pojedynczą
      (płatna 300 zł/doba). Mąż może w niej być do 22 i dostaje 3 posiłki.
      Teraz remont trwa na zewnątrz i przy tych upałach i otwartych oknach
      słyszy się hałasy i krzyki (w tym przeklinania). Dzieci sami z
      siebie nie kąpią, chyba że chcesz to idziesz na oddział noworodkowy
      i tam ci myją dziecko. Najlepiej słuchać lekarzy pediatrów, bo
      pielęgniarki noworodkowe - każda mówi co innego... Poza tym ok.
      • tynia1971 Re: szpital Inflancka - czy ktos rodzil ostatnio? 25.08.09, 10:33
        Wtaj
        Mam kilka pytań.....
        W jaki sposób załatwiałaś salę jednoosobową,
        Czy było duże zainteresownie
        Ile dób leżałaś po cesarce ( też prawdobodobnie będę miała)
        Jak wygląda póżniej kwestia zdjęcia szwów,badanie i szczepienie
        dziecka itp.
        podaję ewentualnie adres mailowy joanna.t71@poczta.onet.pl
        z góry dziękuję za odpowiedź
    • klaramama-to-ja Re: szpital Inflancka - czy ktos rodzil ostatnio? 23.08.09, 18:52
      Witam,
      Urodziłam córeczkę w poniedziałek na bloku A - nic się tam nie zmieniło od 2 lat
      (urodziłam wtedy pierwsze dziecko). Generalnie ok - położną widziałam pierwszy
      raz w życiusmile.

      Jeśli chodzi o blok B to tatusiowie mogą być obecni przy porodzie, ale remontu
      sali nie było. To samo dotyczy sal dla mam z dziećmi - nie zostały
      wyremontowane. Jeśli ktoś ma duże szczęście ma możliwość wyboru sali
      jednoosobowej - te wyglądają ok.
      Bardzo dużo porodów - ciasno zarówno na porodówce jak i na II piętrze.

      Moim zdaniem poprawiła się za to opieka na II piętrze - położne były bardzo
      pomocne i generalnie miłe.

      Na większy komfort trzeba poczekać do styczniasmile
      Powodzenia
      • moni_k76 Re: szpital Inflancka - czy ktos rodzil ostatnio? 23.08.09, 22:44
        dziewczyny, wielkie dzieki za info,
        pozdr i gratuluje smile
        • smok27 Re: szpital Inflancka - czy ktos rodzil ostatnio? 24.08.09, 08:34
          a czy moze wiecie jak jest z obecnoscia ojca przy cc? jest taka mozliwosc, zeby
          byl przy cc?
          • asiaiwona_1 Re: szpital Inflancka - czy ktos rodzil ostatnio? 24.08.09, 10:29
            tak, kosztuje to 150 zł
            • murbanella Re: szpital Inflancka - czy ktos rodzil ostatnio? 24.08.09, 19:30
              Czy dobrze zrozumiałam, że jak niezapłace za porod/sale to nie bedę
              mogła rodzić z mężem?
              • asiaiwona_1 Re: szpital Inflancka - czy ktos rodzil ostatnio? 24.08.09, 19:44
                na sali bezpłatnej też teoretycznie możesz rodzić z mężem. Ale...
                Jest to sala z 3 łóżkami przedzielonymi ściankami działowymi. Jak
                będzie inna rodząca to może się ona nie zgodzić na twojego męża. Z
                tego co słyszałam to położne też różnie do tego podchodzą. Ale
                widziałam kartkę, że szpital zapewnia bezpłatną obecność męża przy
                porodzie, więc jakby co to trzeba się "wykłócić".
                • murbanella Re: szpital Inflancka - czy ktos rodzil ostatnio? 25.08.09, 09:15
                  Dzięki za odpowiedz smile
                  • navajo1 Re: szpital Inflancka - czy ktos rodzil ostatnio? 26.08.09, 18:01
                    ja rodziłam w marcu i jak widzę nic się nie zmieniło po remoncie. Jedynie drugie
                    piętro oddali do użytku, ale i tak jak piszecie to ciasnota. Pielęgniarki
                    zachodziły w głowę dlaczego tak dużo dziewczyn się do nich pcha skoro wiadomo,
                    że remont, że ciasnota. Chyba chodzi o znieczulenie moim zdaniem. Bardzo żałuję,
                    że nie udało mi się urodzić normalnie, ale i tak opiekę wspominam bardzo miło.
                    Blok A i pracujace tam dziewczyny są bardzo fachowe.
                    Ciekawe kiedy oddadzą szpital do użytku, bo jeden lekarz mówił, że będą sale
                    porodowe chyba jakieś 8 sztuk i mnóstwo jedynek i w ogóle bajery. Może uda mi
                    się przy drugim już leżeć w cywilizowanych warunkach, a nie ściśnięte jak
                    sardynki w małym pokoju z wrzeszczącymi dziećmi i osobami odwiedzającymi.
              • pinkyone Re: szpital Inflancka - czy ktos rodzil ostatnio? 07.08.10, 12:14
                Minely juz 2 lata i 2 miesiace od narodzin mojej coreczki (ur. w
                2008 r.). Czas leczy rany, a jednak wspomnienie porodu na
                Inflanckiej w Warszawie nadal budzi we mnie zywe, negatywne emocje.
                W szpitalnej gablotce znajduje sie informacja o uczestnictwie w
                akcji 'Rodzic po ludzku', dlatego chce opisac jak to szumne 'po
                ludzku' wyglada w wersji 'po Infalncku' czyli cos z perspektywy
                rodzacej.

                W szpitalu znalazlam sie tydzien przed porodem, juz po tzw.
                terminie z powodu nadcisnienia.
                Zaczne od takiej drobnostki jak wenflon. Oczywiscie bez paniki w tym
                temacie, ale kazdy przyzna, ze zakladanie jego nie jest przyjemne.
                W celu roznych zabiegow zakladano mi go, potem zdejmowano, potem
                tego samego dnia znow zakladano, potem zostawiano i nosilam go np.
                przez 3 dni niepotrzebnie, cackajac sie z nim przy kazdej czynnosci,
                typu mycie i ubieranie.
                Tu oczywiscie pretensji nie wnosze, bo rozumiem, ze w natloku spraw
                i pacjentow tego tematu nie da sie ogarnac. Jednak w rezultacie
                jeszcze przed porodem wiekszosc wygodnych do wklucia sie miejsc byla
                juz, ze tak powiem 'zuzyta'.

                Chcialam rodzic z mezem, wiec oplacilismy (koszt: 500 zl) porod
                rodzinny w prywatnej salce.
                Trafilam na nia z moim trzydniowym wenflonem. Polozna chciala
                podlaczyc do niego oksytocyne. Wyrazilam watpliwosc, czy po tylu
                dniach bedzie jeszcze drozny. Pewna siebie powiedziala: bedzie,
                bedzie (czytaj: co Ty pacjentko/babo wiesz o mojej robocie).
                Po chwili okazalo sie, ze nie dziala i trzeba zalozyc nowy. Po minie
                poloznej zobaczylam, ze nie lubi tego robic lub prawdopodobnie, nie
                jest to jej mocna strona. Dostalam reprymende, za stan moich
                poklutych rak i zaczela sie wkluwac w zyly, znajdujace sie na
                wierzchu moich dloni. Robila to nieudolnie kilkakrotnie, w
                rezultacie szybko tez staly sie 'zuzyte', wiec probowala ponownie w
                swiezo ponakluwanych miejscach, no... szczerze mowiac to juz dosc
                bolalo, ale staralam sie zachowac twarz i nie dac tego po sobie
                poznac.
                W koncu wezwala kogos na pomoc i ufff... udalo sie.

                Szlo mi dosc wolno, mimo przyspieszania procesu oksytocyna czas
                trwania pierwszego okresu porodu wyniosl 9,5 godz. Na szczescie
                otrzymywalam w tym czasie znieczulenie zewnatrzoponowe od bardzo
                milego doktora, ktory zachowywal sie w mojej opinii wzorowo, tzn.
                np. tlumaczyl co bedzie robil i jak mamy wspolpracowac.

                Wreszcie nadszedl czas drugiego okresu porodu, dla
                niewtajemniczonych, etapu kiedy
                mozna zaczac przec. Od tego momentu zaprzestaje sie podawania
                znieczulenia zewnatrzoponowego. Zbieglo sie to ze zmiana poloznych,
                o czym nie zostalam poinformowana. Poprzednia Pani nie raczyla
                powiedziec jednego zdania, ze konczy prace i przejmnie mnie inna
                polozna, czyli jak dla mnie troche nie 'po ludzku' - znowu drobiazg.

                Nowa polozna zaczela energicznie. Wyprosila mnie z mojej prywatnej
                salki. Mezowi kazala zostac na korytarzu (porod rodzinny?) i
                powiedziala, ze zawolamy go na koniec.
                Powinnismy wowczas zaprotestowac, ale w obliczu jej pewnosci siebie
                i naszej niepewnosci w tej sytuacji oboje nie zrobilismy nic.
                Zabrala mnie do pomieszczenia (z mojej perspektywy)
                wielofunkcyjnego. Znajdowaly sie w nim 2 komputery, dlugi rzad
                szafek - cos a la kuchenny zestaw, lodowka i fotel ginekologiczny.
                Dokonalysmy kilku prob parcia, poki mialam jeszcze skurcze parte.
                Potem przestalam je miec. Polozna kazala sie poinformowac, gdy
                zaczne znow je odczuwac. Pozwolono wejsc mojemu mezowi i wyznaczono
                mu miejsce....na lodowce, a polozna udala sie do komputera. Z
                relacji meza wiem, ze przekladala tam jakies karty, nie mylic z
                kartami pacjentow - pasjansik ja pochlonal.

                Niestety zamiast skurczy zaczelam odczuwac (przepraszam za
                fizjologie) potrzebe wymiotowania. Moj maz postaral sie o jakis
                pojemniczek, ktory znalazl w 'kuchennych' szafkach (na marginesie:
                ha! - jednak wszystkie obiekty w pomieszczeniu byly potrzebne,
                lodowka dla meza, komputery dla poloznej, dla mnie fotel
                ginekologiczny i te szafki - musialam je niestety dzielic z osobami
                postronnymi, ktore co jakis czas sie pojawialy i w 'moich' szafkach
                grzebaly). Na tym etapie bylam juz doslownie polprzytomna z bolu.
                Caly czas stalam i nie mialam sie o co oprzec. Miedzy falami bolu,
                udalo mi sie to zakomunikowac mezowi, ktory zaczal organizowac
                jakies miejsce. Padlo na fotel ginekologiczny, ktory nalezalo
                odpowiednio do tego celu przystosowac, pochowac jakies wystajace
                elementy i tu musze oddac honor poloznej: instuowala meza jak ma to
                zrobic (nie wstajac znad komutera).

                Minely kolejne 2 godziny, maz mi asystowal w bolach i wymiotowaniu,
                a polozna siedziala przy komputerze. Ten etap porodu moze trwac
                podobno tylko 2 godziny, wiec polozna udala sie po lekarza. Doktor
                byl dosc konkretny, stwierdzil, ze dziecko jest zle ulozone i nie ma
                mozliwosci urodzenia go naturalnie. Zaproponowal cesarke i zniknal.
                (Nie rozumiem, czemu lekarz nie mogl obejrzec mnie wczesniej?)

                Tu pojawila sie kolejna postac: mloda szczupla lekarka z krotka
                ciemna fryzurka.
                Miala zajac sie papierkowa robota, czyli formalnosciami zwiazanymi z
                cesarskim cieciem.
                W miedzyczasie snula do mnie, jakies bzdurne teorie, ze mam za duze
                dziecko, bo pewnie jadlam w ciazy witaminy. Dodam, ze witamin nie
                jadlam, a dziecko bylo normalnych rozmiarow,
                ale wtedy juz praktycznie nie moglam mowic z bolu.
                Cos tam powypelniala w druczkach (strasznie mi sie to dluzylo)
                poproszono mnie o podpis.
                Zlozylam go, ale okazalo sie, ze to byla karta innej pacjentki.
                Wypelnianie zaczelo sie od nowa, a na koniec dostalam jeszcze
                reprymende za nieczytelny podpis (pewnie trzeba sie bylo podpisac
                'po ludzku', a nie jakies tam bazgroly rodzacej).

                W efekcie na sali operacyjnej zlalazlam sie po kolejnych 45
                minutach. Corka miala juz sine
                wszystkie konczyny, ale poza tym wszystko bylo w porzadku i
                oczywiscie jestem wdzieczna
                blokowi operacyjnemu za dobra robote.
                Na sali pooperacyjnej przyszlo mi spedzic noc. Pani, ktora tam
                pracowala, byla naprawde
                wspaniala i miala serce do tej roboty.

                Potem moje dzieciatko mialo zoltaczke i spedzilam kolejny tydzien w
                tym szpitalu, spotykajac,
                tych po ciemnej i jasnej stronie mocy, ale to juz inna historia...

                Kamila P.
                • emilianatalia Re: szpital Inflancka - czy ktos rodzil ostatnio? 08.08.10, 00:07
                  powiem tylko - ło matko!!!
Pełna wersja