hierowski
21.07.04, 11:22
Długi ale ciekawy tekst z Tygodnika Powszechnego:
"Żar w popiele"
Wokół Centrum Wypędzeń
Kiedy generacje przemijają, wraz z ludźmi, co się kładą do grobu, ginie także
znaczna część prawdy, której rękojmią byli naoczni świadkowie. Obawiam się,
że ten proces obserwujemy dziś w stosunkach polsko-niemieckich.
Stanisław Lem / 2003-09-07
Kiedy ludność jakiegoś obszaru masowo udaje się poza granice państwowe, może
to być emigracja, dobrowolna albo pod pewnym naciskiem. Może to być ucieczka,
powodowana przez działania wojenne albo przez strach przed takimi
działaniami. Może to być wreszcie wypędzenie. Pojęcia te jedne w drugie
przechodzą w sposób raczej płynny. W 1945 roku we Lwowie mogliśmy albo wziąć
sowiecki paszport - mało zachęcająca ewentualność - albo udać się do
okrojonej Polski zwanej później Peerelem. Czy to była emigracja, czy po
prostu wypędzenie?
Czytałem niedawno książkę Egberta Kiesera “Danziger Bucht”; polskie wydanie
nosi tytuł “Zatoka Gdańska 1945” i ukazało się niedawno, choć oryginał
pochodzi z 1978 roku. Jest to dokumentacja dramatu, który rozegrał się pod
koniec wojny w Prusach Wschodnich i na Pomorzu, kiedy, niespodzianie nie
tylko dla mieszkańców, ale i dla władz niemieckich oraz Wehrmachtu, wdarła
się tam armia sowiecka. Wojska Rokossowskiego zamknęły cały ten obszar,
powstało ogromne półkole, z którego wydobyć można się było właściwie tylko
drogą morską. Kolumny wozów z uchodźcami krążyły od jednej miejscowości do
drugiej i przedzierały się przez zamarznięte wody Zalewu Wiślanego.
Warto porównać te wydarzenia z rokiem 1915, kiedy na terenie Prus podjęła
ofensywę armia carska. Wtedy nie było żadnych masowych ucieczek; tym razem
ich przyczyną był strach, podsycany hitlerowską propagandą na temat
strasznych potworów idących od wschodu. Nie chodziło jednak tylko o
propagandę.
Kilka miesięcy temu widziałem w telewizji niemieckiej dokument oparty na
taśmach kręconych przez tzw. Propaganda-Kompanien Wehrmachtu. Był to montaż
fragmentów, które nie przeszły przez cenzurę niemiecką, pokazujący ludobójczą
pandemię, jaka szerzyła się podczas II wojny na zajętym przez Niemców
Wschodzie. Chodziło zwłaszcza o masowe mordy dokonywane przez tak zwane
Einsatzgruppen na ludności cywilnej - nie na Żydach, bo o tym już dużo
słyszeliśmy i wiemy, ale na mieszkańcach wsi, w których rzekomo mieli się
ukrywać dywersanci czy też szukać wsparcia partyzanci. Miejscowości te były
otaczane i w systematyczny sposób niszczone ogniem żywym i z broni palnej,
przy czym masowość i bezwzględność zagłady obejmowała wszystkich ludzi
niezależnie od wieku i płci, a nawet zwierzęta domowe, bydło i konie.
Oglądanie tego czarno-białego dokumentu było dla mnie silnym przeżyciem i
pomyślałem sobie, że świadomość własnych zbrodni na Wschodzie musiała być
jednym z czynników, który napędzał ucieczkę Niemców z Prus i Pomorza. A była
ona paniczna i objęła mniej więcej 2,8 do 3 milionów ludzi.
To jeden fragment historii: przełom roku 1944 i 1945, “Gustloff” i jego
tragedia, opisana w nowej powieści Grassa, jest tylko okruszyną tego
koszmaru, zresztą większość uciekinierów uszła jednak cało. Jeśli ci ludzie
byli wypędzani, to raczej przez własny lęk, ponieważ do bezpośrednich
kontaktów z Sowietami dochodziło z początku rzadko - głównie tam, gdzie nie
było już żadnej możliwości ucieczki. Pojawia się tutaj subtelna kwestia
semantyczna: czy ci, którzy uciekli wtedy z Pomorza, mogą uchodzić wedle pani
Eriki Steinbach za wypędzonych? Dowódcy poszczególnych jednostek sowieckich
sił zbrojnych nie zajmowali się masową likwidacją fizyczną uciekających,
owszem, ich dobytek plądrowali żołnierze sowieckiej armii, ale nie było to
odgórnym rozporządzeniem i rozkazem zadane. Rozumiem, że tej pani i jej
Związkowi Wypędzonych bardziej chodzi o późniejsze usunięcie ludności
niemieckiej z terenów aż po Odrę i Nysę. Nie była to jednak decyzja suwerenna
podjęta przez dość zresztą marionetkowy rząd lubelski, ale postanowienie
Konferencji Poczdamskiej, którego wykonawcami stali się Polacy.
Proces ten dokonywał się stopniowo; stosunki panujące na zajętych przez
Polaków terenach ciekawie opisał Józef Hen w jednym z tomów swojej
książki “Nie boję się bezsennych nocy”. Zauważył, że trzeba było mieć
nadzwyczajną powściągliwość i wewnętrzną odwagę moralną, by nie tylko nie
szukać pomsty, ale też i nie ulec zachowaniu samych Niemców i nie korzystać z
objawów pewnego rodzaju służalczej gotowości. Chodziło przy tym o najmniej
winnych cywilów, bo “złote bażanty” hitlerowskie, przedstawiciele wyższej
administracji czy policji dawno już uciekli. Hen był wtedy oficerem II Armii,
o której teraz już się prawie nie mówi, jak gdyby nic takiego jak I i II
Armia Kościuszkowska nie istniało, choć walczyli w nich Polacy, a to, że
powołała ich pod broń władza stalinowska, nie było ich winą.
Potem przyszła trzecia faza, kiedy w latach 70. pomiędzy rządem Gierka a
Republiką Federalną Niemiec doszło do porozumienia i rząd niemiecki zapłacił
sporą sumę za zgodę na wyjazd tych, co się do niemczyzny przyznawali. Setki
tysięcy ludzi przeniosły się do Niemiec Zachodnich i teraz w dość licznych
przypadkach chcą rewindykować swoje pozostawione w Polsce posiadłości.
PRL ma na sumieniu także jednostronną, przymusową emigrację Żydów w czasie
antysemickiej nagonki 1968 roku. To znowu inna historia, ponieważ jednak w
Izraelu nikomu nie przyszło do głowy budowanie pomnika na cześć wypędzonych z
Polski Żydów, tym bardziej nie widzę powodu, poza czysto politycznym
interesem pomysłodawców projektu, ażeby organizować Centrum Wypędzeń w
Berlinie, które stałoby się faktycznie rodzajem pomnika. Głosy sprzeciwu
podniosły się już i w samych Niemczech, choć z pewnym opóźnieniem: odezwał
się i Joschka Fischer, i kanclerz Schroeder.
Pani Angela Merkel z CDU, która ideę Centrum poparła, jest widocznie za
młoda, by pamiętać, że cierpienia, jakich doznawali Niemcy na terenach
zwanych dziś Ziemiami Zachodnimi, nie dają się porównać do tego, co się
działo w Polsce podczas okupacji. Dwa totalitarne systemy przyniosły nam
rozmaite nauki. Sowieci fałszywą od początku do końca nadzieję lepszej
przeszłości i społeczeństwa bezklasowego. Niemcy - obietnicę, że zrobią z nas
naród wyrobników pracujący na Herrenvolk. Obie siły zaborcze niszczyły nam
przede wszystkim inteligencję i była to akcja planowa. Za zbrodnię katyńską
ledwie ktoś z rosyjskiej strony bąknął po pięćdziesięciu latach: “bardzo nam
przykro”.
Byłem przestraszony, że z polskiej strony panowało w sprawie projektu Centrum
przez dłuższy czas zupełne milczenie, co rzuciło w moich oczach straszliwe
odium na polską klasę polityczną. Ci, którzy się odezwali, nie są czynnymi
politykami: ani Marek Edelman, ani Jan Nowak Jeziorański, ani nawet Władysław
Bartoszewski. Można by sądzić, że prędzej odezwie się archanioł Gabriel z
nieba, aniżeli ktoś ze sprawujących wysokie funkcje w aparacie naszej władzy.
Podział głosów za i przeciw Centrum Wypędzeń w Niemczech świadczy
najwyraźniej o czysto politycznym charakterze całego przedsięwzięcia. Chodzi
głównie o to, ile głosów można złowić na tę wędkę. Co najmniej jedna piąta
Niemców jest za budową Centrum w Berlinie, a za ich plecami kryją się już
osławieni rewanżyści, którymi nas zawsze władze Polski Ludowej straszyły -
jak się niestety okazuje, nie bezzasadnie. Niektóre kłamstwa aparatu
propagandy peerelowskiej miały za sobą cząstkę pokrycia w prawdzie.
Majaczy szansa, choć niewyraźna, na utworzenie we Wrocławiu ośrodka
poświęconego wypędzeniom i przesiedleniom, co nie byłoby rozwiązaniem
niedobrym. Wówczas można by do jednego kotła wrzucić pamięć wszelkich a
licznych przymusowych ruchów migracyjnych XX wieku. Można by tu dołożyć i
krymskich Tatarów wyrzuco