grba
23.07.04, 10:30
Kto naprawdę wygrał II wojnę światową
Jak pokazuje nam historia, kiedy Niemcy mają jakieś roszczenia, Polacy
powinni zacząć się bać.
Temat roszczeń niemieckich jak polityczny bumerang wraca na łamy prasy.
Ostatnio pod postacią artykułu Waldemara Gontarskiego i Stefana Hambury
pt. "Wczoraj zabużanie, jutro..." ("Rzeczpospolita" z 2 lipca).
Mit pojednania
Jedno jest oczywiste. II wojnę światową wywołały, a następnie przegrały
Niemcy. Natomiast Polska przejęła byłe majątki niemieckie jako należne jej
reparacje, z czym do dzisiaj nie mogą się pogodzić dawni właściciele. Samo
państwo niemieckie, które wprawdzie ustami rzecznika MSZ RFN wypowiada się,
że uznaje powojenne działania Polski za niezgodne z prawem międzynarodowym,
nie podnosi roszczeń w imieniu obywateli, aczkolwiek liczy, że sprawa ta
zostanie rozwiązana w trybie indywidualnych sporów sądowych z państwem
polskim. Toleruje natomiast nieprzychylne Polsce organizacje rewizjonistyczne
(Preusische Treuhand) i utrzymuje niekorzystny stan prawa wewnętrznego.
W ten sposób, po 15 latach od zjednoczenia, sami Niemcy burzą mit traktatu
2+4 jako aktu zamykającego całość spraw wynikających z II wojny światowej.
Dlatego pojawiająca się coraz częściej teza o potrzebie wyraźnego i
ostatecznego zamknięcia w stosunkach RFN - RP wzajemnych roszczeń
wynikających z II wojny światowej wymaga zastanowienia. Ale dlaczego, uznając
jej słuszność, proponować kompromisową opcję zerową?
Historia kompromisu z Niemcami
Po powrocie z negocjacji nad traktatem konstytucyjnym dla Europy, delegacja
polska przywiozła ze sobą modny zwrot "kompromis europejski". To w jego
ramach w Brukseli poszliśmy na ustępstwa wobec partnerów europejskich, w
szczególności wobec Niemiec, w wielu znaczących sprawach. Przyjmując
propozycję Gontarskiego i Hambury znów wpadamy w sieci kompromisu. A przecież
cała historia polskich reparacji od Niemiec to wielka historia naszego
poświęcenia. Może więc czas powiedzieć "stop"?
Korzenie ustępstwa sięgają już zasadniczych decyzji "wielkiej trójki"
podjętych w Jałcie (1944). Utrzymując wysokość przyszłych reparacji od
Niemiec na poziomie 20 mln USD, mocarstwa wymusiły na innych państwach
koalicji antyhitlerowskiej, w szczególności na Polsce ponoszącej największe
ofiary, pierwszy kompromis - znaczące ograniczenie roszczeń w porównaniu do
rzeczywistych strat. Nie jest pewne, czy dla dobra własnego, ale na pewno dla
dobra powojennych Niemiec.
Powtórzeniem poświęcenia Polski była również zgoda na przyjęcie mało realnej
i wymyślonej w Poczdamie (1945) koncepcji zaspokojenia jej roszczeń z puli
reparacyjnej przyznanej ZSRR. Kolejnym gestem ofiary było "dobrowolne"
oświadczenie o rezygnacji z reparacji, złożone w bratnim geście przez rząd
PRL w 1953 r., które umożliwiło gospodarczy rozwój NRD oraz powtórzenie tego
wobec RFN w procedurze przyjmowania układu o normalizacji stosunków (1970).
Ponowny gest kompromisu Polska uczyniła w 1990 r., kiedy zamiast żądać
ostatecznego rozliczenia strat wynikłych z wojny, przyjęła razem z innymi
państwami KBWE (na szczycie w Paryżu - przez aklamację), do wiadomości fakt
zawarcia traktatu 2+4.
Problem jednak w tym, że kompromis polega na ustępstwach z obu stron, a
publiczne wypowiedzi niektórych polityków, podejrzane działania urzędów
niemieckich ukierunkowujące roszczenia obywateli RFN przeciwko Polsce, czy
tolerowanie jawnego rewanżyzmu Pawelki wskazują, że ta druga strona jakoś o
swoich roszczeniach nie może zapomnieć.
Nadszedł więc czas, by uświadomić publicznie obu rządom, że prawo Polski do
reparacji wynika z samego zakazu agresji, jaki obowiązuje w prawie
międzynarodowym od lat 20. XX w. oraz z łamania przez Niemcy w czasie II
wojny światowej obowiązującego prawa wojennego. Umowa poczdamska wcale go nie
stworzyła i nie jest absolutnie fundamentem polskich roszczeń. Określiła
tylko sposób jego realizacji, i to w dość wąskim zakresie, pomijając np.
roszczenia ofiar nazizmu, robotników przymusowych, które próbowano uregulować
później.
Ze słabym nikt się nie liczy
Wbrew serwowanej nam przez polityków opinii, kompromis w polityce
zagranicznej nie jest wcale "trendy". Nadmierna ugodowość w stosunkach
międzynarodowych zawsze była postrzegana jako słabość. A ze słabym w tej grze
nikt się nie liczy. Szczególnie Niemcy. Kiedy w 1991 r. RFN zgodziła się
wypłacić Polsce świadczenia dla ofiar prześladowań nazistowskich, nie uznała
tych wypłat za odszkodowanie, a jedynie świadczenia ex gratia. A przecież te
same świadczenia wypłacone na rzecz obywateli USA - ofiar prześladowań
nazistowskich - na podstawie umowy zawartej między RFN a USA w 1995 r., są
wyraźnie określone jako odszkodowanie.
Kiedy obecna linia orzecznictwa trybunału strasburskiego skręca w
niekorzystnym dla Polski kierunku, a nowy prezydent RFN Horst K?hler
podkreśla, że pozostałości wojny wymagają rozwiązania, które uzyska zgodę
wszystkich, nadszedł czas, by się zastanowić, dokąd prowadzi nas droga
kompromisu. Czy warto trzymać się przestarzałej linii zrzeczenia się roszczeń
reparacyjnych w 1953 r.? Przecież im więcej się o niej dyskutuje, tym
bardziej rośnie liczba wątpliwości, a przeszukiwanie archiwów wykazuje -
jakby specjalnie na nasze życzenie - brak dokumentów. Czy jest inny,
ważniejszy interes Polski, dla którego warto po raz kolejny połknąć tę
pigułkę proponowanej opcji zerowej? A może warto raczej ponownie policzyć
straty, by mieć konkretne argumenty?
Oczywiście, obecnie na światowej scenie politycznej liczą się duże i silne
podmioty. Polska musi więc grać w Unii razem z Niemcami. Ale nasze
członkostwo w UE nie powinno stanowić celu samego w sobie, lecz być sposobem
na realizację narodowych interesów. Także w relacjach wzajemnych z innymi
państwami członkowskimi UE.
W pułapce sentymentów
W historii naszych stosunków z Niemcami zawsze kierowaliśmy się sentymentami.
I zawsze na tym źle wychodziliśmy. Kiedy po raz kolejny ze strony niektórych
polskich polityków słyszymy pod adresem niemieckim szereg ciepłych słów,
doświadczenie każe się zastanowić, czy w tym pogłębiającym się związku obu
państw polskie uczucie jest odwzajemniane.
Polska ufność w europejski solidaryzm wynika chyba z naszej tragicznej
historii. Dlatego, kiedy inne państwa postrzegają interes europejski poprzez
własny interes narodowy, my - genetycznie skłonni do poświęceń dla Europy -
patrzymy odwrotnie. Wierzymy w europejskość, nawet gdy kanclerz Schr?der
żąda, by Polska podniosła podatki od przedsiębiorstw, blokując w ten sposób
ucieczkę kapitału z Niemiec. A przecież przeniesienie produkcji do Polski, od
kiedy ta znajduje się w granicach wspólnego rynku, nie narusza interesu
europejskiego. Jak widać, mimo oficjalnej, traktatowej linii solidaryzmu, w
Unii rządzi narodowy duch Henry Morgenthau'a, tylko nie wszyscy potrafią
dostrzec tak eteryczną postać.
A przecież nawet logika wskazuje, że proces rozszerzania UE utrudni
wypracowanie wspólnego europejskiego interesu. Im więcej elementów, tym
będzie trudniej znaleźć część wspólną. Dlatego naturalnym zjawiskiem, także w
UE, jest zmuszanie słabszych państw do rezygnacji z własnych racji. Nie wolno
więc potępiać RFN za dążenie do zmian sposobu podejmowania decyzji w Radzie i
walkę o kluczowe stanowiska: ministra spraw zagranicznych UE dla Javiera
Solany, Hiszpana z urodzenia - Niemca z przekonania, oraz komisarza ds.
gospodarczych dla Gintera Verheugena. Należy to po prostu umiejętnie
rozgrywać w świetle własnych interesów.
Ostatnich gryzą psy
Obecnie nie warto nawet rozpisywać się, ile szans korzystnego zamknięcia
problemu przejęcia majątków niemieckich po II wojnie światowej w stosunkach
dwustronnych już straciliśmy. Za późno, a w polityce nie ma drugiej szansy
ani sentymentów. Im bardziej byliśmy pozbawiani gospodarczej i politycznej
witalności przez