Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 1

30.07.04, 13:14
„Pojedzie pan jutro do składu części zamiennych” – rozkazuje sierżant
Franken, wciskając mi jednocześnie do ręki odpowiedni rozkaz wyjazdu. Na tę
chwilę długo już czekałem: po pierwsze – mogę tam pojechać sam, a więc nie
będę podlegał kontroli niemieckiego żołnierza, po drugie – wyjazd ten zajmie
parę godzin, nikt więc nie będzie mógł udowodnić, jak spędziłem
przedpołudnie. Nareszcie mogę spełnić dawno powzięty zamiar i wybrać się na
osławiony cmentarz żydowski. Czy uda mi się tam wejść? Wszyscy członkowie
niemieckiego Wehrmachtu, a więc ja także, mają surowy zakaz wkraczania na
teren cmentarz żydowskiego i getta. Biorę moja karetkę, jadę nowym Światem i –
zamiast jechać dalej prosto – skręcam w lewo w Aleje Jerozolimskie.
Spoglądam w lusterko wsteczne, upewniam się, czy nikt za mną nie jedzie.
Pędzę Alejami, skręcam w prawo, w Güterstrasse [Towarową], mijam halę targową
i za parę minut znajduję się w pobliżu getta.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 2 30.07.04, 14:11
      Przede mną wyrasta wysoki mur z cegieł. Mimowolnie noga nie naciska już tak
      mocno na pedał gazu. Ogarnia mnie strach na myśl o rzeczach, które ujrzę
      niebawem. Pusto spoglądają na mnie okna, w których mimo zimna nie ma szyb,
      powybijanych od uderzeń bomb i pocisków, okna świadczące o cierpieniach tych,
      którzy znajdują się we wnętrzu domów. Dziwna walka toczy się we mnie: może
      powinienem zawrócić, żeby ocalić w sobie resztkę młodzieńczych ideałów o
      poszanowaniu drugiego człowieka? Wiem, że zobaczę rzeczy przerażające. Nie,
      znów opanowuję i mocno naciskam pedał gazu. Jadę dalej wzdłuż muru otaczającego
      getto. Teraz pojawia się także z lewej strony długi ceglany mur. To już musi
      być cmentarz żydowski. Jezdnia ulicy jest wtłoczona między te dwa miejsca
      grozy. Dla mnie „aryjczyka” oznacza ona jeszcze fizyczną wolność, dla Żydów z
      prawej i lewej strony jest ona wprawdzie bardzo blisko, ale przecież
      nieosiągalna. Ten mały budyneczek przede mną, to chyba wejście na cmentarz.
      Słusznie, niemiecki wartownik wyszedł już na ulicę i krytycznie mierzy wzrokiem
      moją karetkę. Następne minuty będą decydujące. Parkuję samochód tuż przed
      wartownikiem na prawym poboczu i chcę wysiąść. Zatrzymuję się jednak, gdyż
      spostrzegam, że mam przewieszony pistolet. Cóż bym z nim robił na cmentarzu?
      Każdy uzbrojony człowiek jest dla Polaków wrogiem, a ja przecież przybywam jako
      przyjaciel, umarli też nic mi nie mogą uczynić. Szybko chowam broń pod
      siedzenie. „Czy ma pan jakąś legitymację, która zezwala, by się tu
      zatrzymywać?” – pyta wartownik. „Czerwony Krzyż” – odpowiadam szybko i pokazuję
      na laskę Eskulapa. To, że jestem zwyczajnym kierowcą, zachowuję ze zrozumiałych
      powodów w tajemnicy. Wartownik jest niezdecydowany, na taką wizytę nie był
      przygotowany. Widzę, że w tej grze już zwyciężyłem. Jakkolwiek niemieccy
      wartownicy są zwykle niezawodni, okazują się bezradni, gdy zaistnieje jakiś
      niezwyczajny przypadek – brak im wówczas fantazji, niezbędnej do
      improwizacji. „Proszę uważać, żeby nikt nie zbliżał się do karetki!” – dorzucam
      jeszcze wojskowym tonem i zmierzam prosto do zamkniętego wejścia na cmentarz.
      • grba Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 3 30.07.04, 15:34
        Uderza mnie jakiś dziwny, nie znany mi dotąd zapach: słodkawy i odrażający.
        Wtykam sobie szybko w usta cygaro, aby z jego aromatu czerpać dalsze siły.
        Podchodzi do mnie stosunkowo dobrze ubrany cywil z żydowską opaską na ramieniu
        i gwiazdą syjońską na czapce. Przedstawia się jako żydowski policjant. Płynną
        niemczyzną pyta, czego sobie życzę. Ciągle jeszcze znajduję się w zasięgu
        wzroku wartownika niemieckiego i melduję z wyraźnym szwajcarskim akcentem, że
        chce obejrzeć cmentarz. Wskazuję na moja czapkę z krzyżem szwajcarskim, patrzę
        przenikliwie w jego twarz i mówię tylko: „Szwajcar, Czerwony Krzyż”. Zdaje mi
        się, że widzę, jak w człowieku tym natychmiast dokonuje się jakaś zmiana. Te
        dwa słowa zdają się mieć cudowne działanie. Jego nieprzystępność znika, otwiera
        szybko barierę i prosi, żeby iść za nim. Na dziedzińcu widzę pełno taczek
        ręcznych. Leżą na nich zwłoki mężczyzn, kobiet i dzieci, powrzucane niedbale
        jedne na drugie, na ogół nagie, okropnie wychudzone, pokryte wrzodami i ranami.
        Na lewo stoi niska szopa, której drzwi są otwarte. Przed tą szopą leżą ułożone
        w duży stos zwłoki dzieci, od jednorocznych do mniej więcej trzyletnich.
        Wygląda to jak duży stos popsutych lalek. Obraz ten prześladuje mnie jak zły
        sen. Czy to jest rzeczywiście możliwe? Czy można pozwolić człowiekowi z krwi i
        kości umierać w tak żałosny sposób? Żydowski policjant spostrzega, jakim
        wstrętem napawa mnie ten obraz, i prowadzi mnie dalej. Nie, wcale nie chcę
        uciekać przed tymi okropnościami. Tłumiąc w sobie wzrastające uczucie
        obrzydzenia usiłuję zapamiętać każdy szczegół oglądanych okropności. „Czy wolno
        wejść do tej hali?” – pytam mojego przewodnika. Wzrusza ramionami, chce przez
        to powiedzieć: ja jestem do tego przyzwyczajony, ale jeśli i ty masz ochotę to
        zobaczyć, proszę – wchodź.
        • hierowski Re: Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 3 30.07.04, 15:50
          ciekawe czy któryś z pyskujących tu Niemców był na tym cmentarzu.
          • grba Re: Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 3 30.07.04, 16:16
            hierowski napisał:

            > ciekawe czy któryś z pyskujących tu Niemców był na tym cmentarzu.


            Cmentarz żydowski istnieje do dzisiaj.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 4 30.07.04, 18:48
      Hala nie ma żadnych okien i muszę się najpierw przyzwyczaić do otaczającego
      mnie półmroku. Trupi odór jest nie do zniesienia. Zdaje się, że cygaro stanowi
      w tej chwili mój ratunek, bez niego nie wytrzymałbym tego zapachu. Po lewej
      stronie leżą na drewnianych pryczach zwłoki mężczyzn, odziane tylko w
      spodnie. „Niech pan zobaczy ich potylice – z oddali dociera do moich uszu głos
      policjanta – tych 25 mężczyzn zabito strzałami w tył głowy, tak się zwykle
      postępuje z Żydami”. Rzeczywiście, u każdego z nich stwierdzam rany postrzałowe
      z tyłu głowy, u wielu dwa-trzy otwory, ponieważ pierwszy strzał nie spowodował
      śmierci. „Dlaczego rozstrzelano tych mężczyzn? – chcę się dowiedzieć. „Oni sami
      tego nie wiedzieli” – odpowiada lakonicznie policjant. Obok leży nieboszczyk z
      nabrzmiałą, siną twarzą. „Tego z kolei powieszono” – słyszę ponownie obojętny
      głos mojego przewodnika. Nie chcę już o nic pytać, zdaje się, że żaden z tych
      ludzi, którzy leżą w hali, nie umarł śmiercią naturalną.
      Prowadzę dalej tę makabryczną inspekcję. Ci wszyscy zagłodzeni, powieszeni,
      rozstrzelani, których oglądam w hali, stanowią żniwo jednego tylko poranka. Tam
      leży ktoś z rozbitą czaszką, ręce trzyma ciągle jeszcze kurczowo złożone, jak
      gdyby błagał o miłosierdzie, o śmierć mniej okrutną. Chociaż mamy 20 stopni
      poniżej zera, jestem zlany potem. Wielu rannych ma połamane kończyny. Muszę już
      wyjść z tej hali – na słońce, na świeże powietrze.
      „Interesują pana też groby masowe?” – pyta żydowski policjant. „Tak chciałbym
      zobaczyć wszystko”. Wyjaśnia mi: „Obok starego cmentarza żydowskiego było
      przedtem duże pole. Dzisiaj jest to jeden z największych grobów masowych, jakie
      kiedykolwiek istniały, wypełniony Żydami ze wszystkich części Europy. Dziwi się
      pan pewnie, że tak dobrze mówię po niemiecku? Nazywam się..., z zawodu jestem
      architektem, to znaczy byłem nim przed wojną. Przedtem mieszkałem w Łodzi i
      stamtąd zostałem deportowany do warszawskiego getta. Studiowałem w Szwajcarii,
      a także w Niemczech przed dojściem Hitlera do władzy. To, że dzisiaj żyję,
      zawdzięczam moim umiejętnościom językowym. Jako żydowski policjant muszę także
      obcować z władzami okupacyjnymi”.
      • rico-chorzow Re: Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 4 30.07.04, 18:56
        grba napisał:

        > Hala nie ma żadnych okien i muszę się najpierw przyzwyczaić do otaczającego
        > mnie półmroku. Trupi odór jest nie do zniesienia. Zdaje się, że cygaro
        stanowi
        > w tej chwili mój ratunek, bez niego nie wytrzymałbym tego zapachu. Po lewej
        > stronie leżą na drewnianych pryczach zwłoki mężczyzn, odziane tylko w
        > spodnie. „Niech pan zobaczy ich potylice – z oddali dociera do moic
        > h uszu głos
        > policjanta – tych 25 mężczyzn zabito strzałami w tył głowy, tak się zwykl
        > e
        > postępuje z Żydami”. Rzeczywiście, u każdego z nich stwierdzam rany postr
        > załowe
        > z tyłu głowy, u wielu dwa-trzy otwory, ponieważ pierwszy strzał nie
        spowodował
        > śmierci. „Dlaczego rozstrzelano tych mężczyzn? – chcę się dowiedzie
        > ć. „Oni sami
        > tego nie wiedzieli” – odpowiada lakonicznie policjant. Obok leży ni
        > eboszczyk z
        > nabrzmiałą, siną twarzą. „Tego z kolei powieszono” – słyszę p
        > onownie obojętny
        > głos mojego przewodnika. Nie chcę już o nic pytać, zdaje się, że żaden z tych
        > ludzi, którzy leżą w hali, nie umarł śmiercią naturalną.
        > Prowadzę dalej tę makabryczną inspekcję. Ci wszyscy zagłodzeni, powieszeni,
        > rozstrzelani, których oglądam w hali, stanowią żniwo jednego tylko poranka.
        Tam
        >
        > leży ktoś z rozbitą czaszką, ręce trzyma ciągle jeszcze kurczowo złożone, jak
        > gdyby błagał o miłosierdzie, o śmierć mniej okrutną. Chociaż mamy 20 stopni
        > poniżej zera, jestem zlany potem. Wielu rannych ma połamane kończyny. Muszę
        już
        >
        > wyjść z tej hali – na słońce, na świeże powietrze.
        > „Interesują pana też groby masowe?” – pyta żydowski policjant
        > . „Tak chciałbym
        > zobaczyć wszystko”. Wyjaśnia mi: „Obok starego cmentarza żydowskieg
        > o było
        > przedtem duże pole. Dzisiaj jest to jeden z największych grobów masowych,
        jakie
        >
        > kiedykolwiek istniały, wypełniony Żydami ze wszystkich części Europy. Dziwi
        się
        >
        > pan pewnie, że tak dobrze mówię po niemiecku? Nazywam się..., z zawodu
        jestem
        > architektem, to znaczy byłem nim przed wojną. Przedtem mieszkałem w Łodzi i
        > stamtąd zostałem deportowany do warszawskiego getta. Studiowałem w
        Szwajcarii,
        > a także w Niemczech przed dojściem Hitlera do władzy. To, że dzisiaj żyję,
        > zawdzięczam moim umiejętnościom językowym. Jako żydowski policjant muszę
        także
        > obcować z władzami okupacyjnymi”.


        Twardowski siadł w końcu stoła,podparł się jak basza - Hulaj dusza,hulaj -
        woła,......

        Też polskie.
        • Gość: harc mistrz Re: Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 4 IP: 62.233.241.* 30.07.04, 19:18
          Makabra połączona z absurdem - oto cały Rico z... Chorzowa.
          Brrr...
          Musiał się jakoś durnowato włączyć z tym Twardowskim...
          Kontynuuj, Grba!...

          CZUWAJ!!!
          • rico-chorzow Re: Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 4 30.07.04, 19:58
            Gość portalu: harc mistrz napisał(a):

            > Makabra połączona z absurdem - oto cały Rico z... Chorzowa.
            > Brrr...
            > Musiał się jakoś durnowato włączyć z tym Twardowskim...
            > Kontynuuj, Grba!...
            >
            > CZUWAJ!!!


            Jak Pan pisze o polskich wieszczach?!,Durnie?!mam pisać "Mein Kampf?!,przecież
            to by był idiotyzm,znowu źle?!!!,przecież wykrztusiłem z siebie coś polskiego w
            celu pojednania.
    • grba Re: Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 5 30.07.04, 23:31
      Wskazuje ręką na okoliczne tereny: „To duże pole po tamtej stronie, z usypanymi
      kopcami ziemi, to są wypełnione groby masowe. Teraz tam już znowu sadzi się
      kartofle. Zaraz będzie pan miał okazję zobaczyć, jak się zakopuje zwłoki
      zebrane z jednego tylko przedpołudnia. Zaczynamy pracować już o siódmej rano,
      żeby do południa uporać się z tą robotą”. Czy mogę panu jako Szwajcar zadać
      parę pytań?” Obserwuje mnie uważnie i odpowiada poważnym głosem: „Dlaczego
      nie? Przecież wcześniej czy później będę dokładnie tak samo leżał w tamtym
      miejscu jak ci, których pan oglądał. Dla nas nie ma ucieczki. Jako
      intelektualista powinienem według niemieckiego programu już od dawna nie żyć,
      jedynie znajomość języka zachowała mnie dotąd przy życiu. Moich współwyznawców
      dziesiątkuje się jednak tak systematycznie, że najwyżej za dwa-trzy lata nie
      będzie już żadnych Żydów, a więc także moje stanowisko policjanta stanie się
      iluzoryczne. Nie mam więc zbyt wiele do stracenia, może pan wykorzystać moje
      informacje, jak pan zechce”. „Ile osób umiera dziennie?” – chcę dowiedzieć się
      od niego. „400 do 600 – odpowiada – krzywa stale jednak wzrasta”. „Na co
      umierają ludzie najczęściej?” „W 90% z głodu, 5% śmiercią gwałtowną, a
      pozostałe 5% pożerają epidemie”. „Dlaczego większość zwłok ma potłuczone
      kończyny i jest pozbawiona ubrania?” „Czy nie był pan nigdy w getcie? –
      odpowiada pytaniem na moje pytanie. – Większość spośród nas Żydów nic już nie
      posiada. Gdy zabierają regularnie z mieszkań ciała naszych krewnych, to żąda
      się od nas jeszcze uiszczenia opłaty za miejsce w grobie masowym. Ponieważ
      tylko nieliczni spośród nas dysponują pieniędzmi, nie możemy sobie pozwolić i
      dlatego nocą wyrzucamy zwłoki przez okno na ulicę. Przy upadkach z wyższych
      pięter umarli łamią sobie kończyny. Każdego ranka zbiera się na taczki, które
      pan widział na cmentarzu, zwłoki z całego getta, ich grzebanie odbywa się na
      koszt państwa. Gdy zmarły ma na sobie jakiś łachman, zabierają mu go albo
      członkowie rodziny, albo zdzierają później z ciała przechodnie na ulicy. Odzież
      jest w getcie tak droga, że w praktyce nieosiągalna, dlatego nawet każdy brudny
      gałgan jest dla nas cenny”.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 6 31.07.04, 09:10
      Tymczasem dotarliśmy do grobów masowych. Na głębokości 5 do 10 metrów stale
      grzebie się zwłoki, ziemia wydobyta przy kopaniu dołu służy do przysypania
      trupów w sąsiednim grobie. Zwłoki przywozi się dwukołowymi taczkami. Kobiety i
      mężczyźni grzebani są w oddzielnych grobach. Gdy podjeżdżają kolejne taczki,
      podchodzi do nich kilku Żydów, którzy dzięki tej pracy chwilowo pozostają
      jeszcze przy życiu. Każdy z nich chwyta jakieś zwłoki za głowę i nogi i
      zależnie od płci wrzuca je jednym zamachem do dołu po prawej lub lewej stronie.
      Rozlega się wówczas nieprzyjemny dźwięk, który powstaje na skutek uderzenia
      pustego brzucha o ziemię, jakby rezonans pudła skrzypiec – najprawdziwszym
      sensie okropna melodia śmierci.
      Widać, że pracujący tu mężczyźni mają ogromną wprawę. Na moich oczach w krótkim
      czasie pogrzebano ponad sto zwłok. Co pewien czas rzuca się na warstwę zwłok
      arkusz papieru i sypie trochę wapna, gdyż Niemcy obawiają się epidemii, która
      mogłaby ich dosięgnąć spoza nurów getta i cmentarza. „Tamte kamienie grobowe
      sprzedają nam Niemcy. Te małe płytki już po kilku dniach rozpadają się na
      deszczu, ponieważ to tylko sprasowany piasek”. Gdy krewni jakiegoś Żyda mogą
      zapłacić dużą sumę, mówi się o 700 złotych, nabywają sobie prawo do pochowania
      go w pojedynczym grobie. Zwłoki grzebie się rzeczywiście oddzielnie, ale ilość
      miejsca jest ograniczona, a Niemcy nie chcą tez stracić dobrego interesu, już
      wkrótce grzebie się następnego zmarłego w tym samym miejscu. Prowadzi to potem
      do awantur na cmentarzu, gdyż z czasem kilka rodzin zgłasza pretensje do tego
      samego grobu.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 7 31.07.04, 13:53
      Cieszę się teraz, że nie zabrałem ze sobą pistoletu. Już sam mundur działa na
      obecnych odstraszająco. Każdy, kto mnie widzi, ściąga trwożliwie czapkę z
      głowy. Ten sposób pozdrowienia to pierwsza rzecz, którą Niemcy wpoili albo
      chcieli wpoić Żydom. Z oczu tych ludzi przemawia strach; gdy odezwę się do
      któregoś z nich, cofa się trwożliwie albo wykonuje sztywny ukłon. U nas w
      Szwajcarii sprawia nam już przykrość natknięcie się na pobitego psa w takim
      stanie, a cóż dopiero mówić o człowieku. Gdy się jednak nieco głębiej spojrzy
      tym ludziom w oczy, można z nich wyczytać głęboką nienawiść. Mój przewodnik
      jest jednym z nielicznych, którzy zachowują się inaczej. Sądzę, że jego poziom
      intelektualny pomaga mu przezwyciężyć poniżenie i upokorzenie. Ale wkrótce
      pojmuję ów strach, który pojawia się w oczach Żydów na widok munduru. Z
      miejsca, gdzie znajduje się wyjście na cmentarz, docierają do nas przekleństwa
      w języku niemieckim: „Ty przeklęta żydowska świnio, chciałeś coś
      przeszmuglować?!” – tyle zrozumiałem i proszę mojego przewodnika, abyśmy
      wrócili do wyjścia. Wszystko staje się jasne. Oto niemiecki wartownik, który
      dostał chyba ataku wściekłości i w duchu „nowego porządku” pracuje nad
      urzeczywistnieniem „nowej Europy”. Rozdziela kopniaki i kolbą karabinu okłada
      stojących wokół niego Żydów. Gdy któryś chce się oddalić, grozi mu
      rozstrzelaniem. Nie ulega wątpliwości, że uczyniłby to, przecież codziennie
      rozstrzeliwuje się wiele osób „podczas ucieczki”. Jeden z tych, którzy zajmują
      się przenoszeniem zwłok, zostaje uderzony w głowę, krew spływa mu po czole.
      Żołnierz spostrzega mnie, ociągając się przerywa swoje brutalne poczynania.
      Waha się, jak ma dalej postępować. Noszę mundur i buty wojskowe, a więc jestem
      z pewnością sojusznikiem, z drugiej strony mój ubiór nie jest mu prawdopodobnie
      znany. Robi zwrot w prawo i pospiesznie opuszcza cmentarz. Czy mam do dogonić i
      powiedzieć mu, że jest łajdakiem, bo bije bezbronnych ludzi? Czy to z braku
      odwagi czy z powodu nie dość ugruntowanych przekonań buntuję się wprawdzie
      wewnętrznie przeciwko takim okolicznościom, ale nie potrafię zareagować w
      jedyny słuszny sposób? Nie, przyczyna jest chyba inna. Chcę przyjść tutaj raz
      jeszcze, chcę zabrać jeszcze więcej dowodów nowej niemieckiej kultury. Gdybym
      zbyt wcześnie stracił nerwy, stałoby się to niemożliwe. Jeśli dzisiaj wpadnę w
      konflikt z władzami okupacyjnymi, nie będę mógł zrobić ani jednego swobodnego
      kroku w Warszawie. Trzeba więc na razie zacisnąć zęby i opanować się.
      Ostentacyjnie rozdzielam cały mój zapas cygar i papierosów pomiędzy
      prześladowanych Żydów. Patrzą na mnie z niedowierzaniem. Z trwającymi dzień i
      noc prześladowaniami zdążyli się pogodzić, nie dziwi ich już, że dla nich jest
      tylko bicie, głód i nagła śmierć, ale że może ktoś przyjść i poczęstować ich
      tytoniem to wydaje im się nieprawdopodobne.
      • fiodorus Re: Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 7 31.07.04, 13:55
        Witaj Grba!
        Wstrząsający wątek :-(!
        Niestety nie jestem nabierząco!
        JAkbyś mógł napisać z jakiej ksiażki pochodzą te fragmenty!
        Pozdrawiam serdecznie :-)!
        • grba Re: Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 7 31.07.04, 14:09
          fiodorus napisał:

          > Witaj Grba!
          > Wstrząsający wątek :-(!
          > Niestety nie jestem nabierząco!
          > JAkbyś mógł napisać z jakiej ksiażki pochodzą te fragmenty!
          > Pozdrawiam serdecznie :-)!



          czytaj: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14466925

          Niebawem opuścimy piekło getta i poznamy wehrmachtowską nazi-propagandę.
          • fiodorus Re: Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 7 31.07.04, 14:12
            Dzięki!
            Dwie pierwsze pozycje są mi znane!
            Ta trzecia, niestety nie! Kiedy sie ukazała!
            Pozdro!
            • rico-chorzow Re: Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 7 31.07.04, 14:14
              fiodorus napisał:

              > Dzięki!
              > Dwie pierwsze pozycje są mi znane!
              > Ta trzecia, niestety nie! Kiedy sie ukazała!
              > Pozdro!


              Co jest Warszawa?
            • grba Re: Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 7 31.07.04, 15:54
              fiodorus napisał:

              > Dzięki!
              > Dwie pierwsze pozycje są mi znane!
              > Ta trzecia, niestety nie! Kiedy sie ukazała!
              > Pozdro!


              Franz Blättler ( pod takim pseudonimem wydał ją Franz Mavick w 1945 w Zurichu)
              Warszawa 1942. Zapiski szofera szwajcarskiej misji lekarskiej,
              Opracował Tomasz Szarota, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1982
              ISBN 83-01-02046-6
    • grba Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 8 31.07.04, 15:55
      Mój przewodnik chce mnie poprowadzić dalej, ale moja ciekawość została już na
      dzisiaj zaspokojona. Chcę wrócić do kolegów, do naszej kwatery, owych paru
      metrów kwadratowych uczciwości i godności w tej niedoli. Ściskam rękę
      przewodnika i wstydzę się, że wolno mi opuścić to miejsce grozy jako wolnemu
      człowiekowi. Ile dałby każdy z tu obecnych za możliwość zamienienia się ze mną
      rolami tylko na jeden dzień? „Do widzenia” – mówię izraelickiemu
      architektowi. „U nas to nigdy nie wiadomo” – brzmi jego fatalistyczna
      odpowiedź. Ten człowiek nie tylko znosi po bohatersku swój ciężki los, ale
      usprawiedliwia jeszcze swoich współwyznawców, którzy wykazują mniej siły i w
      panicznym strachu drżą na widok każdego Niemca. Wychodzę na ulicę i widzę
      wartownika rozmawiającego koło mojej karetki z jakimś podoficerem SS. Z ich
      gestów wnioskuję, że mówią o mnie. Na szczęście pozwalają mi wsiąść bez
      nagabywania do wozu, gdyż nie jestem w tej chwili usposobiony do
      odbycia „koleżeńskiej rozmowy”. Powoli oddalam się od miejsca, w którym żywcem
      pogrzebano 400 tysięcy ludzi.
      Przy wjeździe do lazaretu pozdrawia mnie jakby na urągowisko żółty transparent
      z napisem: „Być Niemcem znaczy mieć charakter”.
      • fiodorus Re: Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 8 31.07.04, 16:10
        Dzieki Grba za info!
        Pozdrawiam!
    • grba Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 9 31.07.04, 18:32
      Jemy obiad w naszej kwaterze. Nadchodzi sierżant: ”Dzisiaj wieczorem o
      osiemnastej będzie przemawiał führer. Najpóźniej o 1750 musicie być w kantynie,
      bardzo wam polecam to przemówienie”. „To nie wchodzi w grę, jesteśmy
      Szwajcarami! Za dużo rzeczy tu oglądamy, żebyśmy jeszcze mieli słuchać bredni o
      niemieckiej kulturze” – taki jest sens odpowiedzi moich kolegów,
      przekrzykujących się nawzajem. Wtedy ja proponuję: „Byłoby całkiem ciekawe
      przynajmniej raz zobaczyć, jak zachowują się niemieccy żołnierze podczas
      przemówienia führera”, i tak z jednym z kolegów decydujemy, że o osiemnastej
      udamy się do kantyny. Trzej Szwajcarzy zostają – zgodnie z tym, co ustaliliśmy –
      w pokoju, a my dwaj o wyznaczonej godzinie schodzimy do kantyny, gdzie ma się
      odbyć zebranie.
      Gdy wchodzimy do środka, sala jest już przepełniona. Po raz pierwszy mogę
      zobaczyć wszystkich kierowców z naszej jednostki. Pozdrawiamy regulaminowo
      obecnych podoficerów i żołnierzy i zauważamy, że zarezerwowano dla nas 5
      miejsc. Już rozlega się w głośniku sygnał czasu i hasło: „Ćwicz się stale w
      wierności i uczciwości”, pewnie w myśl starego przysłowia, że przeciwieństwa
      przyciągają się wzajemnie. Gdy rozlega się hymn narodowy, wszyscy powstają,
      przyjmują postawę zasadniczą, prawą rękę wysuwają do przodu i śpiewają. My
      Szwajcarzy stoimy także w pozycji wyrażającej szacunek. „Śpiewać!” – poucza
      nas ktoś z tyłu. Obydwaj wymieniamy znaczące spojrzenia. Każdy z nas czyta w
      oczach drugiego, że nie może być o tym mowy. Zaczyna przemawiać führer. Każdy
      siedzi na swoim krześle cichutko jak mysz pod miotłą – żeby tylko nie uronić
      żadnego słowa. Mam wrażenie, że słowa Hitlera są dla nich religią.
      Dwudziestoletni pomocnik dentysty, który z powodu otłuszczenia serca nie został
      posłany na front i który czuje powołanie do służby w policji politycznej,
      ociera łzy wzruszenia, gdy führer mówi o wyzyskiwaniu narodu niemieckiego.
      Następnie Hitler zaczyna wyliczać odniesione zwycięstwa. Widać wyraźnie, jak
      pierś każdego wydyma się i rzucają co pewien czas znaczące spojrzenia na nas
      albo na trzy demonstracyjnie puste miejsca, co ma mniej więcej znaczyć:
      Uważajcie na siebie, pastuszkowie, wasza godzina też wkrótce wybije! Teraz
      führer zaczyna mówić o Churchillu i przez głośnik rozlega się głośny śmiech.
      Jak na komendę śmieje się też cała kantyna. Gdy z głośnika wydostaje się jakieś
      pogardliwe „fe”, rozlega się jak echo z mojej lewej i prawej strony, a także z
      przodu i tyłu potężne „fe”. Ale prawdziwe przedstawienie zaczyna się wtedy,
      gdy chór intonuje w głośniku „Sieg heil”!. Zebranych ogarnia wówczas
      bezgraniczny entuzjazm. Wszyscy powstają z miejsc i wraz z wodzem świętują
      zwycięstwo. A ja jestem dumny, że jako pastuszek nie nalezę do tej trzody.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 10 31.07.04, 20:09
      Przypadkowo kieruję wzrok w najdalej ode mnie położony kąt sali. Siedzi tam
      Paul i obojętnie obgryza paznokcie. Wydaje się, że nie jest specjalnie
      podniecony czy też zachwycony. Na krótko przed wybuchem wojny pracował u
      pewnego szwajcarskiego chłopa w Thurgau i pewnie ciągle jeszcze rozmyśla o
      minionych, pięknych dniach. Tymczasem führer zbliża się do końca swego
      przemówienia i entuzjazm zgromadzonych dochodzi do zenitu. Żołnierzom wydaje
      się, że są zbyt mali wobec tych potężnych słów, których właśnie wysłuchali.
      Włażą na krzesła i podczas śpiewania „Horst-Wessel-Lied” każdy usiłuje
      prześcignąć kolegów siłą swojego głosu i wytężoną postawą. Z tego niesamowitego
      wysiłku pomocnikowi dentysty oczy niemal wyskakują z orbit. Czuję się
      przeniesiony w epokę bałwochwalstwa.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 11 31.07.04, 23:17
      Naprzeciwko naszej kwatery, na Nowym Mieście znajduje się księgarnia niemiecka.
      Sprzedaje się tam przeważnie literaturę polityczną. Ceny są tak niskie, że
      każdy żołnierz może sobie pozwolić na kupno książek. Klientela składa się
      głównie z żołnierzy niemieckich, którzy zagłębiają się w oferowaną tutaj
      literaturę jak dzieci w bajki, z ta różnicą, że bajki, które oferuje się tutaj
      czytelnikowi, wywołały okrutną katastrofę trwającej obecnie wojny światowej.
      Księgarnia jest zwykle przepełniona, ponieważ żołnierze udający się na front
      chętnie zaopatrują się w „strawę duchową”, mogą im skrócić długie dni podczas
      smętnej rosyjskiej zimy.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień drugi - odcinek 12 01.08.04, 13:13
      Niemiecki Wydział Propagandy doskonale zdaje sobie z tego sprawę i jak wynika z
      rozmowy, którą odbyłem z kierującym księgarnią Volksdeutschem, lansowane są
      stale tylko takie książki, które ukierunkowują dążenia i zainteresowania
      czytelnika w sposób odpowiadający w danej chwili władzom. Literatury klasycznej
      nie znajdę prawie w ogóle, literatury fachowej jest mało, wielu książek nie
      wznawia się bowiem wskutek braku papieru. Literatura wojenna zajmuje natomiast
      poczesne miejsce, także książki polityczne są na składzie bez ograniczeń.
      Ponieważ księgarnia ta zaopatruje w literaturę żołnierzy udających się na front
      wschodni, szczególnie wyeksponowana jest tu literatura przesycona wrogością do
      Rosjan i ich kraju. Gdyby księgarnia nie miała do spełnienia tak smutnego
      zadania, traktowałbym dostarczany przez nią „towar” z tymi samymi uczuciami, z
      jakimi się, dla zabicia czasu, na jarmarku powielony horoskop; ot, literatura
      brukowa odpowiednia do naszych czasów! Żołnierze z powagą ślęczą nad tytułami
      wystawionych pamfletów. Obserwuję, jak dokonują wyboru według tych samych
      kryteriów, jakimi my kierowaliśmy się kiedyś, gdy jako niedorostki kupowaliśmy
      literaturę brukową: im bardziej pociągający tytuł, im bardziej perwersyjne
      ilustracje, tym szybciej książka znajduje nabywcę. Gdybym był dowódcą
      partyzantów, a nie jedynie pracownikiem Czerwonego Krzyża, to uznałbym
      niszczenie takich księgarń za cel równie ważny jak wysadzanie mostów i torów
      kolejowych, wszak to w ogromnej mierze z leżącego tutaj „towaru” żołnierz
      czerpie swą nienawiść i swą silę do walki przeciwko „Żydom, demokratom,
      plutokratom i bolszewikom”.
      Składam wizytę naszym szwajcarskim pielęgniarkom, które pracują w
      lazarecie „Lazarus” i tam też sypiają. Siostra Anna skarży się, że w czasie ich
      nieobecności ktoś przeszukuje szafy i wykrada z nich ovomaltinę, czekoladę oraz
      rzeczy osobiste. Gdy pytam, kogo podejrzewają, odpowiada dyplomatycznie: „Do
      każdej szafki włożyłam kartkę z napisem: Jedenaste [!] przykazanie brzmi – nie
      kradnij! Od tego czasu nic mi nie ginie. Polski personel pomocniczy, który
      zatrudniony jest w lazarecie, nie mówi i nie pisze po niemiecku, niemieckie
      pielęgniarki natomiast znają ten język...”.


      Koniec tygodnia drugiego.
Pełna wersja