Dodaj do ulubionych

Warszawa 1942 Tydzień siódmy- odcinek 1

08.08.04, 15:14
Franza Blättlera „Warszawa 1942. Zapiski szofera szwajcarskiej misji
lekarskiej”

Tydzień pierwszy
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14466925
Tydzień drugi
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14553035
Tydzień trzeci
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14587297
Tydzień czwarty
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14671109
Tydzień piąty
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14724974
Tydzień szósty
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14746425


Tydzień siódmy

Jeden z naszych samochodów znowu się zepsuł i HKP [Heereskraftfahrpark]
polecono nam dostarczyć go do warsztatów naprawczych w Mińsku. Biorę go na
linę holowniczą i powoli wyjeżdżamy z miasta. Jesteśmy tu już prawie dwa
miesiące i coraz silniej odczuwam potrzebę ulżenia sobie w jakiś sposób,
dania upustu nagromadzonej odrazie i wyładowania wściekłości. Moje nerwy są w
pewnych chwilach i sytuacjach dokładnie tak samo napięte jak nerwy polskiej
ludności i sporo wysiłku kosztuje mnie zachowanie milczenia oraz postawy
żołnierza Czerwonego Krzyża.
Przy wjeździe z miasta dostaję znowu jakiegoś napadu szału i po pokonaniu
wraz z holowanym przeze mnie samochodem wzniesienie rozpędzam się na dobre.
Widzę w lusterku wstecznym, że kolega siedzący w samochodzie jadącym z tyłu
nie oponuje przeciwko temu tempu. Z prędkością 100 km na godzinę mkniemy w
kierunku Mińska. Właściwie nie jest to całkiem zgodne z przepisami,
ograniczenie dotyczy także zresztą mercedesa, który chciałbym nas wyprzedzić,
ale nie bardzo ma odwagę znaleźć się obok nas przy takiej prędkości.
Już po 20 minutach jesteśmy w Mińsku. Pęd powietrza znakomicie mnie uspokoił.
Teraz już powoli mogę kierować obydwa nasze wozy przez osiedle do warsztatu
naprawczego. Spokojnie wypełniamy w biurze wymagane formularze. Nagle
ordynansi pełniący tutaj służbę, jeszcze przed chwilą tak pewni siebie wobec
nas i zadzierający nosa, chowają pospiesznie papierosy do szuflad biurek i na
okrzyk: „Uwaga, nadchodzi major z HKP”, siadają sztywno. Z hukiem otwierają
się drzwi, wchodzi major, ordynansi zrywają się drzwi, wchodzi major.,
ordynansi zrywają się z miejsc i trzaskają butami.
Jak przystoi żołnierzom, pozdrawiamy także my starszego stopniem, ale na
razie nie zwraca na nas, Szwajcarów, uwagi. „Do kogo należą dwa wozy przed
budynkiem? – jego pytanie skierowane do żołnierzy nie wróży nic dobrego. Ci
są szczęśliwi, że ten wysokiej rangi przełożony nie mówi nic o papierowym
dymie, którego błękitnawe kłęby ciągle jeszcze zalegają pomieszczenia biura,
i służbiście pokazują na nas. „Co wam, Szwajcarom, przychodzi do głowy? –
wrzeszczy do nas. – To przecież skandal, żeby tak pędzić po ulicy! Gdy kiedyś
przed wojną jechałem za szybko przez jakąś szwajcarską wieś, policjant nie
miał nic lepszego do roboty jak zadzwonić natychmiast do następnej wsi, gdzie
mnie zaraz zatrzymano i ukarano. Nie po to was przyjęliśmy na służbę,
żebyście nam tutaj porozbijali samochody przez waszą szaleńczą jazdę! Każę
was aresztować, natychmiast przymknąć!” Próbuję nieco uspokoić pana majora,
wyjaśniając mu, że wozy stanowią naszą własność i nie należą do niemieckiego
Wehrmachtu. „Co? Własność szwajcarska? Czegoś takiego w ogóle nie słyszałem!
Jeszcze mnie popamiętacie!” Jak szalony wypada z biura. Wprawdzie nic już
potem o nim nie usłyszeliśmy, ale w jednym przynajmniej punkcie miał rację,
bowiem naszych wozów nie zabraliśmy z powrotem do domu. Zostały one odkupione
od nas przez Wehrmacht.
Obserwuj wątek
    • grba Warszawa 1942 Tydzień siódmy- odcinek 2 08.08.04, 15:33
      Jadę z moim niemieckim pomocnikiem Karlem na zakupy. Karl jest spokojnym
      żołnierzem po czterdziestce, ma kilkoro dzieci, które mieszkają gdzieś w
      pobliżu granicy szwajcarskiej, jego przekonania nie są tak skrajne jak
      przedstawicieli młodego pokolenia. Zdaje się, że raczej nie bardzo jest
      zachwycony niemieckim kursem politycznym i ideologicznym, ale unika
      jakiejkolwiek dyskusji na ten temat. Mogę więc zaryzykować i zdradzić mu moje
      życzenie: proszę go, żeby pojechał kiedyś ze mną do getta. „Mój drogi, to nie
      będzie takie proste – odpowiada – wiesz przecież, że nawet my mamy surowy zakaz
      wkraczania do getta. Ale jeśli mogę ci na ten sposób wyświadczyć przysługę,
      możemy kiedyś wybrać się tam naszą karetką Czerwonego Krzyża”. Nie chcę
      zmarnować tej szansy i zmieniam natychmiast kierunek jazdy. „Jak myślisz,
      którędy moglibyśmy dostać się do środka?” – pytam go, nie wierząc zbytnio w
      możliwość powodzenia naszego planu. Jakoś uda nam się to zrobić – odpowiada –
      jestem już dwa lata w Warszawie i przez ten czas nauczyłem się najróżniejszych
      rzeczy”.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień siódmy- odcinek 3 08.08.04, 18:19
      Już wkrótce jesteśmy w pobliżu getta: „Jedź do bramy naprzeciwko cmentarza
      żydowskiego – zarządza Karl – tamtędy najprędzej dostaniemy się do środka. W
      mieście jest za duży ruch i tam bardzo surowo kontrolują”. Decyduje się na
      znajomą mi, przebytą już trasę. Kilkaset metrów przed bramą do getta
      spostrzegam, przy murze okalającym go grupkę policjantów niemieckich, którzy
      zdają się wyśmienicie bawić. „Nie widziałeś jeszcze nigdy zasadzki na Żyda? –
      pyta mnie Karl – jeśli nie, to zaraz zobaczysz, jak to się dobywa. Mur
      okalający getto nie jest zbyt gruby, jego szerokość wynosi dwie cegły. Sami
      Żydzi to budowali i nie zawsze nazbyt solidnie” – objaśnia Karl. „Teraz chłopcy
      żydowscy, którym śmierć głodowa zagląda w oczy, często wybijają u dołu muru
      parę cegieł i przez powstałą dziurę wydostają się na miasto, gdzie zawsze można
      jeszcze ukraść coś do jedzenia. Patrole niemieckie, kontrolujące teren
      otaczający getto, zauważają najczęściej lukę w murze zaraz po wydostaniu się
      Żyda na zewnątrz, szczególnie wtedy, gdy niezbyt starannie została zasłonięta
      przez uciekiniera. Niemieckie organy kontrolne strzegą teraz dokładnie tego
      miejsca i czekają na powrót grzesznika. Gdy ten ma szczęście i może w jakiś
      sposób zdobyć coś do jedzenia, obwiązuje swój łup najczęściej wokół ciała, gdyż
      przechodnie, którzy poruszają się po ulicy z paczką albo workiem, nigdy nie
      mogą być pewni, czy nie zostaną zrewidowani przez policję niemiecką. Często
      więc zdarza się – opowiada mi dalej Karl – że uciekinier podczas swojej wyprawy
      na miasto tak znacznie przybrał na tuszy, że z wielkim trudem przeciska się
      przez dziurę w murze. I na tę właśnie chwilę czeka nasza żandarmeria. Tkwiący w
      dziurze Żyd zostaje teraz odpowiednio potraktowany z obydwu stron gumową pałką
      albo kolba karabinu i chęć szmuglowania przechodzi mu po wieczne czasy, co po
      prostu znaczy, że zostaje najczęściej zabity.”
    • grba Warszawa 1942 Tydzień siódmy- odcinek 4 08.08.04, 21:54
      Tymczasem zatrzymałem samochód koło śmiejącej się grupy. Faktycznie maja tam
      Żyda, który wpadł w zastawioną na niego pułapkę. Nie mogę stwierdzić, a jakim
      jest wieku, ponieważ widać jedynie dolną część jego ciała. Do połowy udało mu
      się już prześliznąć przez otwór w murze, ale chyba kartofle umieszczone pod
      bluzą, dookoła ciała, przeszkadzają mu teraz w przeczołganiu się na drugą
      stronę. Trzej policjanci niemieccy zabawiają się biciem nieszczęsnego
      uciekiniera kolbami karabinów po tyłku, co ten kwituje żałosnymi okrzykami,
      które dochodzą z drugiej strony muru. Nasz przemytnik ma szczęście, bo wewnątrz
      getta nie ma Niemców, a ci, którzy znajdują się na zewnątrz, nie ciągną go za
      nogi z powrotem w swoją stronę. Trzej niemieccy żandarmi zdają się być w
      wyśmienitych humorach i zamierzają poprzestać na jednym tylko, co prawda
      brutalnym „biegu przez rózgi”. Bity Żyd wykazuje mimo okropnego muru jakąś
      nieludzką silę. Nagłe szarpnięcie i tylna część bluzy, bardzo już zresztą
      zniszczonej, wraz z kartoflami pozostaje na zewnątrz, a po wewnętrznej stronie
      umyka w bezpieczne miejsce pozbawiony owoców swojej wyprawy i części odzieży
      nieszczęśnik. Żandarmi wyrażają wobec nas żal, że żydowski nicpoń tak szybko
      pozbawił ich przyjemności. Jeden z nich rusza zaraz w drogę, żeby wziąć
      jakiegoś Izraelitę i nakazać mu zamurowanie „pułapki na Żyda”. A ja jadę dalej
      w kierunku pobliskiego wjazdu do getta.
      Gdy tam podjeżdżamy, widzimy, jak wypełnione zwłokami wózki ręczne ciągną na
      cmentarz żydowski. Ponieważ jest jeszcze wcześnie, będziemy mogli zobaczyć na
      własne oczy, jak zbiera się z ulic getta zwłoki ludzi zmarłych z głodu. „Czy
      macie przepustkę?” – zwraca się wartownik do mojego współtowarzysza. Na
      szczęście nie jest to ten sam wartownik, który kontrolował mnie podczas wizyty
      na cmentarzu żydowskim, bo mógłby uznać, że jako Szwajcar wykazuję zbyt wiele
      zainteresowania „rozwiązaniem” kwestii żydowskiej. „Po co dokument? –
      odpowiedział Karl ze spokojem – muszę zabrać stąd karetką meble, które mogą być
      jeszcze przydatne dla nas chrześcijan”. Wartownik zastanawia się przez chwilę,
      po czym woła swego kolegę, żeby omówić z nim sprawę. „Wal do przodu” – szepce
      mi Karl, a przez okno woła do obydwu naradzających się Niemców: „Zaraz będziemy
      tu z powrotem, będziecie wtedy mogli sprawdzić nasz ładunek”. Zwalniam
      sprzęgło, dodaję gazu i na razie wydaje się, że nasza akcja powiodła się. „Nie
      trzeba zadawać zbyt wiele pytań – mówi Karl bardzo z siebie zadowolony –
      zapamiętaj sobie, wóz Czerwonego Krzyża jest najlepszą przepustką, z jego
      pomocą pokonasz każdą przeszkodę, dlatego jest taki cenny”.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień siódmy- odcinek 5 09.08.04, 16:01
      Czuję się dziwnie przygnębiony, gdy jadę teraz między szarymi domami getta, mam
      też wrażenie, że mój towarzysz odczuwa to samo. Gdziekolwiek kieruje wzrok,
      wszędzie spotykam ciche, milczące oskarżenie. W rynsztokach i na chodnikach
      leżą ludzkie zwłoki – nagie i wyniszczone przez głód. Obok siedzą albo stoją
      wychudzeni, z twarzami szarego, niezdrowego koloru. W bocznych uliczkach siedzą
      apatycznie przed domami kobiety i dzieci, spoglądają na nas wzrokiem nie
      wyrażającym ani nienawiści, ani prośby. Ich obojętność działa mi bardziej na
      nerwy niż jakiekolwiek najostrzejsze oskarżenie. Natomiast na głównej ulicy
      tłum ludzki pędzi bez celu przed siebie, bez żadnego wytchnienia, jak gdyby był
      stale popędzany biczem. Pomimo silnego lutowego prawie wszędzie okna i drzwi
      są pootwierane, tutaj nie ma to już jednak żadnego znaczenia. Opału i tak
      brakuje, a szyby zostały powybijane w wielu domach jeszcze w czasie działań
      wojennych.
      Widać matki z małymi dziećmi, które leżą bez ruchu obok albo na kolanach matek.
      Nie wiem, czy już nie żyją, czy też może matki czekają dopiero na ich śmierć.
      Nagle w grupie stojących postaci zapanowało ożywienie. Wyniesiono z budynku
      zwłoki kobiety i ułożono je na chodniku. Chcę zatrzymać karetkę, ale mój
      współtowarzysz zabrania mi: „W żadnym razie nie wolno zatrzymywać się! Jedź
      powoli dalej!” Obserwuję jak mężczyźni, kobiety i dzieci krążą wokół zwłok jak
      drapieżne zwierzęta. W mgnieniu oka ciało zmarłej kobiety zostało pozbawione
      odzieży i wyrzucone do rynsztoku. Zabrano jej szal i koszulę, które miała na
      sobie. Niesamowite wrażenie sprawia to nagłe ożywienie się i szybki powrót do
      ogromnej, przejmującej obojętności. Tutaj wyrzuca się zwłoki przez okno, tutaj
      przechodzi się między lub ponad zwłokami i ewentualnie spycha się je do
      rynsztoka, jeśli zbyt przeszkadzają. Mieszkańcy getta przyglądają się
      obojętnie, jak zwłoki ludzkie wyrzuca się niczym zdechłe psy na taczki, i liczą
      się z tym, że jutro może ich spotkać ten sam los. Ale to jest przecież
      zrozumiałe, tylko silne jednostki potrafią jeszcze zachować godność i
      człowieczeństwo na tym ogromnym cmentarzysku, jakim jest całe getto. Dla ludzi
      słabych i wrażliwych życie dawno już się skończyło. „Ale to już świństwo –
      słyszę obok głos mojego współtowarzysza – jedź teraz za tym tramwajem, a potem
      skręć w prawo, do najbliższego wyjścia”.
      Obraz getta zdaje się być także dla żołnierza niemieckiego za starszej
      generacji nie do zniesienia. „A co będzie, jak nas zatrzyma wartownik?” – pytam
      Karla patrząc cały czas przed siebie, bo czuję, że cierpi z powodu oglądanych
      okropności. „Jedź szybciej, jakoś przejedziemy”. Wartownik rzeczywiście schodzi
      na bok i przepuszcza nas. Okazuje się więc, że także tutaj w getcie, znak
      Czerwonego Krzyża na naszym samochodzie toruje nam drogę, umożliwiając poznanie
      cierpień przedstawicieli rodzaju ludzkiego, do którego [Żydzi] należą.
      Chciałbym w tym miejscu przytoczyć jeszcze kilka informacji przekazanych mi
      przez policjanta żydowskiego, zastrzegam jednak, że nie mogłem sprawdzić, w
      jakim stopniu odpowiadają prawdzie. W żydowskim więzieniu jest – zdaniem tego
      policjanta – miejsce dla co najwyżej 300 więźniów. Niemcy przetrzymują tam
      natomiast do 1500 osób. Warunki higieniczne i sanitarne są tak straszne, że
      sami Niemcy nazwali więzienie „zakładem dziesiątkowania Żydów”. Zdarza się, że
      w getcie mieszka do 20 osób w jednej izbie, wtedy dużą ulgę sprawia się
      umierającym, jeśli wyniesie się ich na ulicę, aby nie konali w przesyconych
      stęchlizną pomieszczeniach.
      Innym razem jadę wraz z sierżantem do Jabłonny, do wojskowego parku
      samochodowego. Podobnie jak czyni się we wszystkich cywilizowanych krajach
      świata, zatrzymuję mój wóz, gdy jadący przede mną tramwaj staje na przystanku,
      ludzie wysiadają i wysiadają, a ja nie mogę wyminąć tramwaju z lewej strony.
      Sierżant zganił moje postępowanie. Jego zdaniem niemiecki kierowca powinien
      tylko trochę zwolnić tempo i wjechać w taki tłum – niech „Polaken” sami
      troszczą się o własne bezpieczeństwo na drodze i umykają we właściwym momencie
      przed nadjeżdżającym samochodem . Ponieważ jestem jednak szoferem szwajcarskim,
      postanawiam także w przyszłości zatrzymywać samochód przed tramwajem na
      przystanku.

      (Koniec tygodnia siódmego)

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka