Gość: Wierzba
IP: *.icpnet.pl
09.08.04, 10:51
Rozdział pierwszy
Jak dobry wojak Szwejk wkroczył na widownię wojny światowej
— A to nam zabili Ferdynanda — rzekła posługaczka do pana Szwejka, który
opuściwszy przed laty służbę w wojsku, gdy ostatecznie przez lekarską komisję
wojskową uznany został za idiotę, utrzymywał się z handlu psami, pokracznymi,
nierasowymi kundlami, których rodowody fałszował.
Prócz tego zajęcia dotknięty był reumatyzmem i właśnie nacierał sobie kolana
opodeldokiem.
— Którego Ferdynanda, pani Müllerowo? — zapytał Szwejk nie przestając masować
kolan. — Ja znam dwóch Ferdynandów: jeden jest posługaczem u drogisty Pruszy
i przez pomyłkę wypił tam razu pewnego jakieś smarowanie na porost włosów, a
potem znam jeszcze Ferdynanda Kokoszkę, tego, co zbiera psie gówienka. Obu
nie ma co żałować.
— Ależ, proszę pana, pana arcyksięcia Ferdynanda, tego z Konopisztu, tego
tłustego, pobożnego.
— Jezus Maria! — zawołał Szwejk. — A to dobre! A gdzie też to się panu
arcyksięciu przytrafiło?
— Kropnęli go w Sarajewie, proszę pana, z rewolweru, wie pan. Jechał tam ze
swoją arcyksiężną w automobilu.
— Patrzcie państwo, moja pani Müllerowo, w automobilu. Juścić, taki pan może
sobie na to pozwolić i nawet nie pomyśli, jak taka jazda automobilem może się
skończyć nieszczęśliwie. I jeszcze do tego w Sarajewie, to jest w Bośni, pani
Müllerowo. To na pewno zrobili Turcy. Nie trza im było tej Bośni i
Hercegowiny zabierać. Tak to, tak, pani Müllerowo. Więc pan arcyksiążę już na
sądzie boskim. Długo też się męczył?
— Pan arcyksiążę był od razu trup, proszę pana. Sam pan wie, że z rewolwerem
nie ma szpasów. Niedawno temu w naszej dzielnicy w Nuslach też się jeden
bawił rewolwerem i powystrzelał całą rodzinę, a nawet stróża, który poszedł
zobaczyć, kto też tam strzela na trzecim piętrze.
— Niektóry rewolwer, pani Müllerowo, nie wystrzeli, choćby się człek skręcił.
Takich systemów jest dużo. Ale na pana arcyksięcia kupili sobie z pewnością
taki z tych lepszych. No i założyłbym się z panią, pani Müllerowo, że ten
człowiek, co mu to zrobił, był odświętnie ubrany. Miarkuje pani sama, że
strzelanie do arcyksięcia to robota bardzo trudna, to nie to samo, jak
kłusownik strzela do gajowego. Tutaj chodzi o to, jak się do niego dobrać; na
takiego pana nie można się wybierać w jakichś szmatach. Musisz, bratku, iść w
cylindrze, żeby cię przedtem nie capnął policjant.
— Podobno więcej ich tam było, proszę pana.
— Ma się wiedzieć, pani Müllerowo — rzekł Szwejk kończąc nacieranie kolana. —
Jakby pani chciała zastrzelić arcyksięcia albo pana cesarza, toby się pani na
pewno z kimś naradziła. Co głowa, to rozum. Ten doradzi to, tamten owo i w
ten sposób zbożne dzieło się powiedzie, jak o tym śpiewamy w naszym hymnie
państwowym. Główna rzecz obliczyć sobie dokładnie, kiedy taki pan będzie
przechodził. Tak samo, jak ten pan Luccheni, jeśli pani jeszcze pamięta, co
to poszedł z naszą nieboszczką Elżbietą na spacer i przekłuł ją pilnikiem. I
wierz tu komu! Od tego czasu żadna cesarzowa nie wychodzi na spacery. A to
samo czeka jeszcze wiele osób. Zobaczy pani Müllerowa, że się jeszcze dobiorą
i do cara, i do carowej, a nie daj Boże i do naszego pana cesarza, kiedy tak
obcesowo wzięli się do jego stryjaszka. Nasz starszy pan ma sporo
nieprzyjaciół. Jeszcze więcej niż ten Ferdynand. Niedawno temu mówił jeden
pan w piwiarni, że nastanie taki czas, że cesarze będą padali jeden po drugim
i że nawet sam pan prokurator nic im nie poradzi. A potem nie miał czym
zapłacić i gospodarz musiał go kazać aresztować. A ten go trzask w pysk, a
policjanta dwa razy. Odwieźli go potem w plecionce, żeby wytrzeźwiał. Tak,
tak, pani Müllerowo, takie to czasy. Ano dla Austrii znowu strata to niemała.
Jakem służył w wojsku, to jeden piechur zastrzelił tam kapitana. Nabił flintę
i wlazł do kancelarii. Powiedzieli mu tam, żeby sobie poszedł, bo w
kancelarii nie jego miejsce, a on wciąż swoje, że musi się rozmówić z panem
kapitanem. Kapitan przyszedł i zaraz mu wlepił koszarniaka. A ten wziął
karabin i kropnął go prosto w serce. Kula przeleciała panu kapitanowi przez
plecy i jeszcze narobiła szkody w kancelarii. Rozbiła butelkę z atramentem, a
ten atrament rozlał się po urzędowych aktach.
— A co się stało z tym żołnierzem? — zapytała po chwili pani Müllerowa, gdy
Szwejk się ubierał.
— Powiesił się na szelkach — rzekł Szwejk czyszcząc melonik. — A te szelki
nie były jego własnością. Musiał je sobie pożyczyć od strażnika, że niby to
mu opadały spodnie. A co? Miał może czekać, aż go rozstrzelają? Nietrudno
zmiarkować, moja pani Müllerowo, że w takich razach człowiekowi się we łbie
mąci. Strażnika za to zdegradowali i dali mu sześć miesięcy. Ale nie
siedział. Uciekł do Szwajcarii i dzisiaj jest tam ponoć kaznodzieją jakiegoś
kościoła. Mało dziś dobrych ludzi, pani Müllerowo. Wyobrażam sobie, że i pan
arcyksiążę Ferdynand w mieście Sarajewie też się grubo zawiódł na tym
człowieku, co do niego strzelił. Widział jakiegoś pana i pomyślał
sobie: „Jakiś porządny człowiek, kiedy wiwatuje na moją cześć.” A tymczasem
ten pan trach! do niego. Kropnął go raz czy parę razy?
— W gazetach piszą, proszę pana, że pan arcyksiążę był podziurawiony jak
sito. Wystrzelił do niego wszystkie naboje.
— To idzie bardzo szybko, pani Müllerowo, strasznie szybko. Ja bym sobie na
coś takiego kupił browning. Wygląda to jak cacko, ale tym cackiem można przez
dwie minuty powystrzelać dwudziestu arcyksiążąt, chudych albo tłustych.
Chociaż, między nami mówiąc, pani Müllerowo, do tłustego arcyksięcia trafić
daleko łatwiej niż do chudego. Pamięta pani, jak to wtedy w Portugalii
ustrzelili sobie tego swego króla? Też był taki tłusty. Wiadomo, że król nie
będzie chudeusz. Teraz idę do gospody „Pod Kielichem”, a jakby tu ktoś
przyszedł po tego ratlerka, com za niego wziął zaliczkę, to trzeba
powiedzieć, że mam go w swojej psiarni na prowincji, że mu niedawno
przyciąłem uszy i że teraz nie można go przewozić, póki mu się uszy nie
zagoją, żeby mu się nie zaziębiły. Klucz pani zostawi u stróżki.
W gospodzie „Pod Kielichem” siedział tylko jeden gość. Był to wywiadowca
Bretschneider, będący na służbie policji państwowej. Gospodarz Palivec zmywał
podstawki, a Bretschneider daremnie usiłował wyciągnąć go na poważną rozmowę.
Palivec był znany grubianin i co drugie jego słowo było „dupa” albo „gówno”.
Ale jednocześnie był oczytany i zalecał każdemu, aby sobie przeczytał, co o
tym drugim przedmiocie napisał Wiktor Hugo, przytaczając ostatnią odpowiedź
napoleońskiej starej gwardii, daną Anglikom w bitwie pod Waterloo.
— Ładne mamy lato — rozpoczął Bretschneider swoją poważną rozmowę.
— Wszystko to gówno warte — odpowiedział Palivec układając podstawki w
kredensie.
— A to nam nawarzyli piwa w tym Sarajewie — ozwał się Bretschneider tracąc
nadzieję.
— W jakim Sarajewie? — zapytał Palivec. — W nuselskiej winiarni? Tam się co
dzień za łby wodzą. Wiadomo, przedmieście.
— W bośniackim Sarajewie, panie gospodarzu. Zastrzelili tam pana arcyksięcia
Ferdynanda. Co pan na to powie?
— Ja się do takich rzeczy nie mieszam, z tym niech mnie każdy pocałuje w
dupę — grzecznie odpowiedział Palivec zapalając fajkę. — Do takich rzeczy
mieszać się nie warto, bo można grubo oberwać. Mam swój handelek, i tyle. Gdy
kto przychodzi i każe sobie podać piwa, to mu podam. Ale jakieś tam Sarajewy,
polityka albo nieboszczyk pan arcyksiążę to nie dla nas, bo można się dostać
za kraty na Pankrac.
Bretschneider zamilkł i pełen rozczarowania rozglądał się po pustym szynku.
— Tutaj wisiał niegdyś obraz najjaśniejsze