Jaroslav Hašek Przygody dobrego wojak Szwejka

IP: *.icpnet.pl 09.08.04, 10:51
Rozdział pierwszy
Jak dobry wojak Szwejk wkroczył na widownię wojny światowej

— A to nam zabili Ferdynanda — rzekła posługaczka do pana Szwejka, który
opuściwszy przed laty służbę w wojsku, gdy ostatecznie przez lekarską komisję
wojskową uznany został za idiotę, utrzymywał się z handlu psami, pokracznymi,
nierasowymi kundlami, których rodowody fałszował.

Prócz tego zajęcia dotknięty był reumatyzmem i właśnie nacierał sobie kolana
opodeldokiem.

— Którego Ferdynanda, pani Müllerowo? — zapytał Szwejk nie przestając masować
kolan. — Ja znam dwóch Ferdynandów: jeden jest posługaczem u drogisty Pruszy
i przez pomyłkę wypił tam razu pewnego jakieś smarowanie na porost włosów, a
potem znam jeszcze Ferdynanda Kokoszkę, tego, co zbiera psie gówienka. Obu
nie ma co żałować.

— Ależ, proszę pana, pana arcyksięcia Ferdynanda, tego z Konopisztu, tego
tłustego, pobożnego.

— Jezus Maria! — zawołał Szwejk. — A to dobre! A gdzie też to się panu
arcyksięciu przytrafiło?

— Kropnęli go w Sarajewie, proszę pana, z rewolweru, wie pan. Jechał tam ze
swoją arcyksiężną w automobilu.

— Patrzcie państwo, moja pani Müllerowo, w automobilu. Juścić, taki pan może
sobie na to pozwolić i nawet nie pomyśli, jak taka jazda automobilem może się
skończyć nieszczęśliwie. I jeszcze do tego w Sarajewie, to jest w Bośni, pani
Müllerowo. To na pewno zrobili Turcy. Nie trza im było tej Bośni i
Hercegowiny zabierać. Tak to, tak, pani Müllerowo. Więc pan arcyksiążę już na
sądzie boskim. Długo też się męczył?

— Pan arcyksiążę był od razu trup, proszę pana. Sam pan wie, że z rewolwerem
nie ma szpasów. Niedawno temu w naszej dzielnicy w Nuslach też się jeden
bawił rewolwerem i powystrzelał całą rodzinę, a nawet stróża, który poszedł
zobaczyć, kto też tam strzela na trzecim piętrze.

— Niektóry rewolwer, pani Müllerowo, nie wystrzeli, choćby się człek skręcił.
Takich systemów jest dużo. Ale na pana arcyksięcia kupili sobie z pewnością
taki z tych lepszych. No i założyłbym się z panią, pani Müllerowo, że ten
człowiek, co mu to zrobił, był odświętnie ubrany. Miarkuje pani sama, że
strzelanie do arcyksięcia to robota bardzo trudna, to nie to samo, jak
kłusownik strzela do gajowego. Tutaj chodzi o to, jak się do niego dobrać; na
takiego pana nie można się wybierać w jakichś szmatach. Musisz, bratku, iść w
cylindrze, żeby cię przedtem nie capnął policjant.

— Podobno więcej ich tam było, proszę pana.

— Ma się wiedzieć, pani Müllerowo — rzekł Szwejk kończąc nacieranie kolana. —
Jakby pani chciała zastrzelić arcyksięcia albo pana cesarza, toby się pani na
pewno z kimś naradziła. Co głowa, to rozum. Ten doradzi to, tamten owo i w
ten sposób zbożne dzieło się powiedzie, jak o tym śpiewamy w naszym hymnie
państwowym. Główna rzecz obliczyć sobie dokładnie, kiedy taki pan będzie
przechodził. Tak samo, jak ten pan Luccheni, jeśli pani jeszcze pamięta, co
to poszedł z naszą nieboszczką Elżbietą na spacer i przekłuł ją pilnikiem. I
wierz tu komu! Od tego czasu żadna cesarzowa nie wychodzi na spacery. A to
samo czeka jeszcze wiele osób. Zobaczy pani Müllerowa, że się jeszcze dobiorą
i do cara, i do carowej, a nie daj Boże i do naszego pana cesarza, kiedy tak
obcesowo wzięli się do jego stryjaszka. Nasz starszy pan ma sporo
nieprzyjaciół. Jeszcze więcej niż ten Ferdynand. Niedawno temu mówił jeden
pan w piwiarni, że nastanie taki czas, że cesarze będą padali jeden po drugim
i że nawet sam pan prokurator nic im nie poradzi. A potem nie miał czym
zapłacić i gospodarz musiał go kazać aresztować. A ten go trzask w pysk, a
policjanta dwa razy. Odwieźli go potem w plecionce, żeby wytrzeźwiał. Tak,
tak, pani Müllerowo, takie to czasy. Ano dla Austrii znowu strata to niemała.
Jakem służył w wojsku, to jeden piechur zastrzelił tam kapitana. Nabił flintę
i wlazł do kancelarii. Powiedzieli mu tam, żeby sobie poszedł, bo w
kancelarii nie jego miejsce, a on wciąż swoje, że musi się rozmówić z panem
kapitanem. Kapitan przyszedł i zaraz mu wlepił koszarniaka. A ten wziął
karabin i kropnął go prosto w serce. Kula przeleciała panu kapitanowi przez
plecy i jeszcze narobiła szkody w kancelarii. Rozbiła butelkę z atramentem, a
ten atrament rozlał się po urzędowych aktach.

— A co się stało z tym żołnierzem? — zapytała po chwili pani Müllerowa, gdy
Szwejk się ubierał.

— Powiesił się na szelkach — rzekł Szwejk czyszcząc melonik. — A te szelki
nie były jego własnością. Musiał je sobie pożyczyć od strażnika, że niby to
mu opadały spodnie. A co? Miał może czekać, aż go rozstrzelają? Nietrudno
zmiarkować, moja pani Müllerowo, że w takich razach człowiekowi się we łbie
mąci. Strażnika za to zdegradowali i dali mu sześć miesięcy. Ale nie
siedział. Uciekł do Szwajcarii i dzisiaj jest tam ponoć kaznodzieją jakiegoś
kościoła. Mało dziś dobrych ludzi, pani Müllerowo. Wyobrażam sobie, że i pan
arcyksiążę Ferdynand w mieście Sarajewie też się grubo zawiódł na tym
człowieku, co do niego strzelił. Widział jakiegoś pana i pomyślał
sobie: „Jakiś porządny człowiek, kiedy wiwatuje na moją cześć.” A tymczasem
ten pan trach! do niego. Kropnął go raz czy parę razy?

— W gazetach piszą, proszę pana, że pan arcyksiążę był podziurawiony jak
sito. Wystrzelił do niego wszystkie naboje.

— To idzie bardzo szybko, pani Müllerowo, strasznie szybko. Ja bym sobie na
coś takiego kupił browning. Wygląda to jak cacko, ale tym cackiem można przez
dwie minuty powystrzelać dwudziestu arcyksiążąt, chudych albo tłustych.
Chociaż, między nami mówiąc, pani Müllerowo, do tłustego arcyksięcia trafić
daleko łatwiej niż do chudego. Pamięta pani, jak to wtedy w Portugalii
ustrzelili sobie tego swego króla? Też był taki tłusty. Wiadomo, że król nie
będzie chudeusz. Teraz idę do gospody „Pod Kielichem”, a jakby tu ktoś
przyszedł po tego ratlerka, com za niego wziął zaliczkę, to trzeba
powiedzieć, że mam go w swojej psiarni na prowincji, że mu niedawno
przyciąłem uszy i że teraz nie można go przewozić, póki mu się uszy nie
zagoją, żeby mu się nie zaziębiły. Klucz pani zostawi u stróżki.

W gospodzie „Pod Kielichem” siedział tylko jeden gość. Był to wywiadowca
Bretschneider, będący na służbie policji państwowej. Gospodarz Palivec zmywał
podstawki, a Bretschneider daremnie usiłował wyciągnąć go na poważną rozmowę.

Palivec był znany grubianin i co drugie jego słowo było „dupa” albo „gówno”.
Ale jednocześnie był oczytany i zalecał każdemu, aby sobie przeczytał, co o
tym drugim przedmiocie napisał Wiktor Hugo, przytaczając ostatnią odpowiedź
napoleońskiej starej gwardii, daną Anglikom w bitwie pod Waterloo.

— Ładne mamy lato — rozpoczął Bretschneider swoją poważną rozmowę.

— Wszystko to gówno warte — odpowiedział Palivec układając podstawki w
kredensie.

— A to nam nawarzyli piwa w tym Sarajewie — ozwał się Bretschneider tracąc
nadzieję.

— W jakim Sarajewie? — zapytał Palivec. — W nuselskiej winiarni? Tam się co
dzień za łby wodzą. Wiadomo, przedmieście.

— W bośniackim Sarajewie, panie gospodarzu. Zastrzelili tam pana arcyksięcia
Ferdynanda. Co pan na to powie?

— Ja się do takich rzeczy nie mieszam, z tym niech mnie każdy pocałuje w
dupę — grzecznie odpowiedział Palivec zapalając fajkę. — Do takich rzeczy
mieszać się nie warto, bo można grubo oberwać. Mam swój handelek, i tyle. Gdy
kto przychodzi i każe sobie podać piwa, to mu podam. Ale jakieś tam Sarajewy,
polityka albo nieboszczyk pan arcyksiążę to nie dla nas, bo można się dostać
za kraty na Pankrac.

Bretschneider zamilkł i pełen rozczarowania rozglądał się po pustym szynku.

— Tutaj wisiał niegdyś obraz najjaśniejsze
    • Gość: Wierzba Rozdział 1 part2 IP: *.icpnet.pl 10.08.04, 13:43
      Bretschneider zamilkł i pełen rozczarowania rozglądał się po pustym szynku.

      — Tutaj wisiał niegdyś obraz najjaśniejszego pana — ozwał się znów po chwili —
      akurat tam, gdzie teraz wisi lustro.

      — A tak, ma pan rację — odpowiedział Palivec — wisiał tam, ale obsrywały go
      muchy, więc zaniosłem go na strych. Wiadomo, jak to bywa. Jeszcze by kto zrobił
      głupią uwagę i miałby człowiek kram. Potrzebne mi to?

      — Ale w tym Sarajewie stała się rzecz paskudna, prawda, panie gospodarzu?

      Na to pozornie proste, ale podstępne pytanie odpowiedział Palivec niezwykle
      ostrożnie:

      — O tej porze bywa w Bośni i Hercegowinie strasznie gorąco. Jakem tam służył w
      wojsku, to naszemu oberlejtnantowi musieli na głowę lód przykładać.

      — W jakim pułku służył pan, panie gospodarzu?

      — Takie głupstwa nie trzymają mi się w głowie. Nigdy się takimi bzdurami nie
      zajmowałem i nigdy mnie nic takiego nie obchodziło — odpowiedział Palivec. —
      Ciekawość pierwszy stopień do piekła.

      Wywiadowca Bretschneider zamilkł ostatecznie, a jego ponura twarz pojaśniała
      dopiero wówczas, gdy do gospody wszedł Szwejk, który kazał sobie podać ciemne
      piwo, dodając znacząco:

      — Bo w Wiedniu też dziś mają żałobę.

      W oczach Bretschneidera błysnęła nadzieja. Dorzucił rzeczowo:

      — Na zamku w Konopiszcie jest dziesięć czarnych chorągwi.

      — A powinno być dwanaście — rzekł Szwejk popiwszy piwa.

      — Dlaczego sądzi pan, że dwanaście? — zapytał Bretschneider.

      — Żeby był równy rachunek, akurat tuzin. Łatwiej to zliczyć, no i na tuziny
      wszystko jest tańsze — odpowiedział Szwejk.

      Zapanowała cisza, którą Szwejk przerwał westchnieniem:

      — Więc już biedak ziemię gryzie, Panie świeć nad jego duszą! Nie doczekał się
      nawet cesarzowania. Jak byłem w wojsku, to jeden generał spadł z konia i zabił
      się na dobre. Chcieli go podnieść i wsadzić na konia, a tu patrzą, zupełnie
      martwy. A też miał dostać awans na feldmarszałka. Stało się to przy przeglądzie
      wojska. Wszystkie te przeglądy nigdy nie wychodziły na dobre. W Sarajewie też
      był jakiś przegląd. Pamiętam, że pewnego razu brakowało mi przy takim
      przeglądzie dwadzieścia guzików przy mundurze i że mnie za to wsadzili na dwa
      tygodnie do pojedynki, a przez dwa dni leżałem jak ten łazarz w kij związany.
      Ale w wojsku dyscyplina musi być, bo inaczej nikt by sobie z niczego nic nie
      robił. Nasz oberlejtnant Makovec mawiał nam nieraz: „Dyscyplina musi być, wy
      łby zakute, bo bez niej to byście łazili po drzewach jak te małpy, ale wojsko
      zrobi z was ludzi, wy trąby powietrzne!” A czy nie miał racji? Przedstawmy
      sobie park na przykład na Placu Karola, a na każdym drzewie taki żołnierz bez
      dyscypliny. Tego się zawsze najbardziej obawiałem.

      — W Sarajewie, w całej tej sprawie, maczali palce Serbowie — nawiązywał pan
      Bretschneider.

      — Myli się pan — odpowiedział Szwejk. — To zrobili Turcy przez tę Bośnię i
      Hercegowinę.

      I Szwejk rozwinął swoje poglądy na międzynarodową politykę Austrii na
      Bałkanach: Turcy przegrali wojnę w roku 1912 z Serbią, Bułgarią i Grecją.
      Chcieli, żeby ich Austria poratowała, a gdy Austria nie chciała, zastrzelili
      Ferdynanda.

      — Lubisz Turków? — zwrócił się Szwejk do gospodarza Palivca. — Lubisz tych psów
      pogańskich? Prawda, że nie lubisz?

      — Każdy gość jest dobry — odpowiedział Palivec — niech sobie będzie i Turek.
      Dla nas, kupców, polityka nie ma znaczenia. Zapłać za piwo, siedź sobie w
      knajpie i wygaduj, co ci ślina na język przyniesie. To moja zasada. Czy to
      zrobił temu naszemu Ferdynandowi Serb czy Turek, katolik czy mahometanin,
      anarchista czy młodoczech[1], mnie wszystko jedno.

      — Dobrze, panie gospodarzu — ozwał się Bretschneider, który znowu stracił
      nadzieję, czy uda się przyłapać jednego z tych dwóch na jakimś słowie — ale
      zgadza się pan chyba, że to wielka strata dla Austrii.
      • Gość: robok Rozdział 1 part3 IP: *.icpnet.pl 10.08.04, 13:45
        Zamiast gospodarza odpowiedział Szwejk:

        — Strata bo strata, przeczyć temu nie można. Okropna strata. Ferdynanda nie
        może zastąpić pierwszy lepszy cymbał. Tylko szkoda, że nie był jeszcze
        tłuściejszy.

        — Niby dlaczego? — ożywił się Bretschneider.

        — Niby dlaczego? — odpowiedział spokojnie Szwejk. — Niby dlatego, że jakby był
        jeszcze tłuściejszy, to byłby go trafił szlag już dawniej, kiedy w Konopiszcie
        gonił babiny zbierające w jego lesie chrust i grzyby, i nie potrzebowałby
        umierać taką nieprzystojną śmiercią. W głowie się człowiekowi nie mieści:
        stryjaszek najjaśniejszego pana, a siaki taki go zastrzelił. Przecież to wstyd,
        bo w gazetach o tym pełno. U nas w Budziejowicach przed paru laty w czasie
        jednej małej sprzeczki na targu bydlęcym przebili niejakiego Brzecisława
        Ludvika, handlarza bydła. Ten kupiec miał syna Bogusława i gdziekolwiek ten syn
        przyszedł ze świniami na sprzedaż, nikt od niego nie chciał nic kupić, a każdy
        mawiał: „To syn tego przebitego, to musi być też łotr niezgorszy.” Musiał w
        Krumlovie skoczyć z mostu do Wełtawy, musieli go wyciągać, musieli go cucić,
        musieli z niego wodę pompować, a on im musiał umrzeć w objęciach lekarza akurat
        wtedy, gdy ten mu coś zastrzykiwał pod skórę.

        — Skąd pan bierze takie dziwne porównania? — rzek Bretschneider z naciskiem. —
        Mówi pan najpierw o Ferdynandzie, a potem o handlarzu bydła.

        — Znikąd nie biorę żadnych porównań — bronił się Szwejk. — Niech mnie Bóg
        broni, żebym ja miał kogoś do kogoś porównywać! Pan gospodarz mnie zna. No,
        powiedz sam, że nigdy nikogo do nikogo nie przyrównywałem. Tylko że nie
        chciałbym być w skórze tej wdowy po arcyksięciu. Co ona teraz zrobi? Dzieci
        sieroty, dobra na Konopiszcie bez pana. A wydawać się znowu za jakiego nowego
        arcyksięcia?... Co by z tego miała? Pojechałaby z nim znowu do Sarajewa i
        zostałaby wdową po raz drugi. We Zliviu koło Hlubokiej był przed laty gajowy, a
        miał takie obrzydliwe nazwisko Kurdupel. Kłusownicy go zastrzelili, a została
        po nim wdowa z dwojgiem dzieci i po roku wyszła znowu za gajowego Pepika
        Szevtoviaka z Mydlovarów. I tego zastrzelili także. Wyszła za mąż po raz trzeci
        i znowu za gajowego, mówiąc sobie: „Do trzech razy sztuka. Jeśli i to się nie
        uda, to już nie wiem, co zrobię.” Rzecz prosta, że i tego zastrzelili, a ona
        tymczasem miała z tymi gajowymi już sześcioro dzieci. Była nawet w kancelarii
        księcia pana w Hlubokiej i skarżyła się na swoje utrapienie z tymi gajowymi.
        Więc jej nastręczyli dozorcę stawów, Jaresza, spod Rażickiej Baszty. I
        powiedzcie państwo: utopili jej chłopa przy połowie ryb, a miała z nim dwoje
        dzieci! Potem wydała się za trzebiciela nierogacizny z Vodnian, a ten pewnej
        nocy trzepnął ją siekierą i dobrowolnie poszedł się oskarżyć. Gdy go potem z
        wyroku sądu okręgowego w Pisku wieszali, ugryzł księdza w nos, powiedział, że
        niczego nie żałuje, a do tego powiedział jeszcze coś bardzo brzydkiego o
        najjaśniejszym panu.

        — A nie wie pan czasem, co takiego powiedział? — zapytał Bretschneider głosem
        pełnym nadziei.

        — Tego powiedzieć panu nie mogę, bo nikt się tego nie odważy powtórzyć. Ale
        było to podobno coś tak okropnego, że pewien radca sądowy, który był przy tym,
        oszalał od tego i jeszcze dzisiaj trzymany jest w izolacji, żeby się nie
        wydało. Nie była to zwyczajna obraza najjaśniejszego pana jakiej się ludzie
        dopuszczają po pijanemu.

        — A jakiej obrazy najjaśniejszego pana dopuszczają się ludzie po pijanemu? —
        zapytał Bretschneider.

        — Proszę was, panowie, mówcie o innych sprawach — ozwał się Palivec. — Wiecie
        dobrze, że takich rzeczy nie lubię. Słówko z pyska wyleci, a potem bieda.

        — Jakiej obrazy najjaśniejszego pana dopuszczają się ludzie po pijanemu? —
        powtórzył Szwejk. — Rozmaicie bywa. Upij się pan, każ sobie zagrać austriacki
        hymn, a zobaczysz, co będziesz mówił. Wymyśli pan sobie tyle różnych rzeczy o
        panu cesarzu, że gdyby choć połowa z tego była prawdą, to miałby biedak wstydu
        na całe życie. Ale ten starszy pan naprawdę nie zasługuje na takie traktowanie.
        Weź pan na przykład taką rzecz: syna Rudolfa stracił w młodocianym wieku, w
        pełnej sile męskiej. Małżonkę Elżbietę przebili mu pilnikiem, potem zginął mu
        Jan Orth, brata jego, cesarza meksykańskiego, zastrzelili w jakiejś twierdzy
        przy jakimś murze, a teraz na stare lata zastrzelili mu stryjaszka. I raptem
        schla się jakiś pijanica i zacznie na niego wygadywać. Przecież takie rzeczy
        działają na nerwy. Gdyby się dzisiaj miało coś zdarzyć, to z dobrej woli pójdę
        i będę służył panu cesarzowi do ostatka sił.

        Szwejk napił się dokumentnie i ciągnął dalej:

        — Myślisz pan może, że najjaśniejszy pan puści to płazem? Nie znasz go pan w
        takim razie. Wojna z Turkami musi być. Zabiliście mi stryjaszka, to ja was też
        przez pysk zdzielę. Wojna jest pewna. Serbia i Rosja dopomogą nam w tej wojnie.
        Ej, będzie rzeź, aż miło!

        W tym proroczym natchnieniu Szwejk był piękny. Jego dobroduszna twarz,
        uśmiechnięta jak księżyc w pełni, promieniała zapałem. Wszystko wydawało mu się
        bardzo jasne.

        — Może się zdarzyć — wywodził dalej, mówiąc o przyszłości Austrii — że w razie
        wojny z Turcją napadną na nas Niemcy, bo Niemcy i Turcy trzymają z sobą. To
        takie dranie, że drugich takich nie ma na świecie. Ale możemy się sprzymierzyć
        z Francją, która od roku siedemdziesiątego pierwszego krzywo patrzy na Niemca.
        I damy sobie radę. Wojna będzie, więcej nie powiem. Bretschneider wstał i rzekł
        uroczyście:

        — Więcej pan mówić nie potrzebuje. Niech pan wyjdzie ze mną do sieni to panu
        coś powiem.

        Szwejk wyszedł za wywiadowcą do sieni, gdzie go oczekiwała mała niespodzianka,
        gdy jego kompan od stolika pokazał mu orzełka i rzekł, że go aresztuje i że
        natychmiast zaprowadzi go do dyrekcji policji. Szwejk starał się wytłumaczyć i
        wywodził, że ten pan się zapewne myli, bo on jest całkiem niewinny, jako że nie
        wymówił ani jednego słowa, które mogłoby kogokolwiek obrazić.

        Bretschneider oświadczył jednak, iż Szwejk faktycznie dopuścił się kilku czynów
        karalnych, pośród których pewną rolę gra także zbrodnia zdrady stanu.
        • Gość: ROBAK Re: Rozdział 1 part4 IP: *.icpnet.pl 10.08.04, 13:45
          Potem powrócił do gospody i Szwejk rzekł do Palivca:

          — Mam pięć piw i jeden rogalik z parówkami. Teraz daj mi jeszcze jedną
          śliwowicę, bo już muszę iść, jako że jestem aresztowany.

          Bretschneider pokazał Palivcowi orzełka; przez chwilę spoglądał na niego, a
          potem zapytał:

          — Czy pan żonaty?

          — Żonaty.

          — A czy pańska małżonka może prowadzić interes w czasie pańskiej nieobecności?

          — Może.

          — A więc wszystko w porządku, panie gospodarzu — wesoło rzekł Bretschneider. —
          Zawoła pan swoją żonę, przekaże jej wszystko, a wieczorem przyjdziemy po pana.

          — Nie przejmuj się tym — pocieszył go Szwejk. — Mnie zabierają tylko z powodu
          zdrady stanu.

          — Ale za co mnie — biadał Palivec. — Ja byłem taki ostrożny!

          Bretschneider uśmiechnął się i rzekł zwycięsko:

          — Za to, że pan powiedział, że muchy srały na najjaśniejszego pana. Już tam
          panu najjaśniejszego pana z głowy wybiją.

          Szwejk opuścił gospodę „Pod Kielichem” w towarzystwie wywiadowcy; gdy wyszli na
          ulicę, zapytał go nie przestając spoglądać z dobrotliwym uśmiechem na jego
          twarz:

          — Czy każe mi pan zejść z trotuaru?

          — Dlaczego?

          — Sądzę, że jako aresztowany nie mam prawa chodzić po trotuarze.

          Kiedy wchodzili do bramy dyrekcji policji, rzekł Szwejk:

          — Tak mile zleciał nam czas. Czy często bywa pan „Pod Kielichem”?

          Podczas gdy Szwejka prowadzono do kancelarii, w której przyjmowano aresztantów,
          Palivec przekazywał gospodę „Pod Kielichem” swojej płaczącej żonie pocieszając
          ją na swój sposób:

          — Nie płacz, nie rycz, co mi mogą zrobić za zasrany obraz najjaśniejszego pana?

          W taki to sposób dobry wojak Szwejk wkroczył na widownię wojny światowej, po
          swojemu mile i ujmująco. Historyków zainteresuje niezawodnie to, iż przewidywał
          daleką przyszłość. Jeśli sytuacja rozwinęła się potem nieco inaczej, niż on
          malował ją „Pod Kielichem”, musimy wziąć pod uwagę fakt, że brak mu było
          gruntownego wykształcenia dyplomatycznego.



          Rozdział drugi
          Dobry wojak Szwejk w dyrekcji policji



          Zamach w Sarajewie zapełnił dyrekcję policji licznymi ofiarami. Przyprowadzali
          tu jednego po drugim, a stary inspektor w kancelarii powtarzał głosem
          dobrodusznego człowieka:

          — Źle wyjdziecie na tym Ferdynandzie.

          Gdy Szwejka zamknięto w jednej z licznych cel na pierwszym piętrze, znalazł tam
          towarzystwo sześciorga osób. Pięciu aresztantów siedziało przy stole, a w rogu
          na pryczy, jakby stroniąc od reszty, siedział mężczyzna w średnim wieku. Szwejk
          zaczął rozpytywać jednego po drugim, za co zostali aresztowani.

          Od tych pięciu, którzy siedzieli przy stole, otrzymał niejako jednobrzmiącą
          odpowiedź:

          — Za Sarajewo!

          — Za Ferdynanda!

          — Za zamordowanie pana arcyksięcia!

          — Przez Ferdynanda!

          — Za to, że pana arcyksięcia zastrzelili w Sarajewie!

          Szósty, który stronił od tych pięciu, rzekł, że nie chce mieć z nimi nic
          wspólnego, żeby na niego nie padło jakieś podejrzenie, bo on został aresztowany
          jedynie za usiłowanie popełnienia morderstwa rabunkowego na pewnym gospodarzu z
          Holic.

          Szwejk przyłączył się do towarzystwa spiskowców siedzących przy stole, którzy
          już po raz dziesiąty opowiadali sobie, w jaki sposób się tutaj dostali.

          Wszyscy oprócz jednego zostali aresztowani bądź w gospodzie, bądź w winiarni
          albo w kawiarni. Wyjątkiem był niezwykle otyły pan w okularach, z oczyma
          zapłakanymi, którego aresztowano we własnym mieszkaniu; ten na dwa dni przed
          zamachem w Sarajewie w gospodzie u „Brejszki” płacił za dwóch serbskich
          studentów politechniki, a prócz tego widziano go pijanego w ich towarzystwie,
          w „Montmartrze” przy ulicy Łańcuchowej, gdzie, jak to potwierdził w protokole
          własnym podpisem, także za nich płacił. Widział go tam wywiadowca Brixi.

          Na wszystkie pytania podczas śledztwa wstępnego kwilił stereotypowo:

          — Ja mam handel papierem.

          Na co otrzymywał podobnie stereotypową odpowiedź:

          — To pana nie tłumaczy.
          • Gość: MAKBET Re: Rozdział 1 part5 IP: *.icpnet.pl 10.08.04, 13:50
            Pan małego wzrostu, którego spotkała ta przygoda w winiarni, był profesorem
            historii i wykładał właścicielowi winiarni dzieje różnych zamachów. Aresztowany
            został w chwili, kiedy kończył psychologiczną analizę zjawiska tymi słowy:

            — Idea zamachu jest tak prosta jak jajko Kolumba.

            — I taka jasna jak to, że pan się dostanie na Pankrac — uzupełnił jego zdanie
            komisarz policji przy badaniu.

            Trzeci spiskowiec był prezesem dobroczynnego stowarzyszenia „Dobromil” w
            Hodkoviczkach. Tego dnia, w którym dokonano zamachu, „Dobromil” urządzał zabawę
            ogrodową połączoną z koncertem. Wachmistrz żandarmerii przybył do ogrodu i
            wezwał uczestników, żeby się rozeszli, bo Austria ma żałobę, na co
            prezes „Dobromila” odpowiedział dobrodusznie:

            — Zaczekaj pan chwileczkę, niech dograją Hej, Słowianie[2]. Teraz siedział w
            areszcie z głową spuszczoną i narzekał:

            — W sierpniu mamy nowe wybory zarządu. Jeśli do tego czasu nie będę w domu, to
            się może zdarzyć, że mnie nie wybiorą. Już po raz dziesiąty jestem prezesem. Ja
            tego wstydu nie przeżyję.

            W osobliwy sposób poigrał sobie nieboszczyk Ferdynand z czwartym aresztantem,
            mężem czystego charakteru i nienagannej przeszłości. Przez całe dwa dni uchylał
            się od jakiejkolwiek rozmowy o Ferdynandzie, aż wieczorem w kawiarni przy
            mariaszu, zabijając żołędnego króla atutową siódemką dzwonkową, rzekł:

            — Siedem dzwonków jak siedem kul w Sarajewie.

            Piąty z aresztowanych, jak się sam wyraził; siedział za morderstwo popełnione
            na arcyksięciu w Sarajewie; jeszcze teraz miał włosy i wąsy zjeżone z
            przerażenia, tak że głowa jego przypominała pinczera.

            W restauracji, w której go aresztowano, nie odezwał się ani słowem, ba, nawet
            nie czytał gazet o zabiciu Ferdynanda i siedział przy stole zupełnie sam, gdy
            wtem podszedł do niego jakiś pan, usiadł naprzeciw i rzekł z pośpiechem:

            — Czytał pan o tym?

            — Nie czytałem.

            — Wie pan o tym?

            — Nie wiem.

            — A wie pan, o co chodzi?

            — Nie wiem, bo mnie to nie interesuje.

            — A jednak powinno to pana interesować.

            — Nie wiem, co by mnie mogło interesować. Wypalę cygaro, wypiję parę kufli,
            zjem kolację, i dość. Gazet nie czytam. Gazety kłamią. Po co się denerwować?

            — Więc pana nie interesuje nawet to morderstwo w Sarajewie?

            — Mnie w ogóle żadne morderstwo nie interesuje, czy w Pradze, czy w Wiedniu,
            czy w Sarajewie, czy w Londynie. Od tego są urzędy, sądy i policja. Jeśli
            gdzieś kiedyś kogo zabiją, to dobrze mu tak, po co jest bałwan i taki
            nieostrożny, że się da zabić?

            Były to jego ostatnie słowa w tej rozmowie. Od tej chwili powtarzał głośno w
            pięciominutowych pauzach te słowa:

            — Ja jestem niewinny. Ja jestem niewinny.

            Słowa te wykrzykiwał i w bramie dyrekcji policji, słowa te będzie powtarzał i
            przy przewożeniu go do sądu karnego w Pradze i z tymi słowy wkroczył do swej
            celi więziennej.

            Gdy Szwejk wysłuchał wszystkich tych straszliwych opowieści spiskowych, uznał
            za właściwe pouczyć spiskowców o całkowitej beznadziejności ich sytuacji.

            — Oj, źle z nami wszystkimi — zaczął swoje słowa pociechy. — Nie jest to
            prawda, jak mówicie, że wam czy nam wszystkim nie może stać się nic złego. Od
            czego mamy policję, jak nie od tego, żeby nas karała za nasze gadulstwo? Jeśli
            nastały takie niebezpieczne czasy, że strzelają do arcyksiążąt, to nikt nie
            powinien się dziwić, że go przyprowadzą do dyrekcji policji. To wszystko robi
            się dla pompy, żeby Ferdynand miał reklamę przed swoim pogrzebem. Im więcej nas
            tu będzie, tym lepiej dla nas, bo nam będzie weselej. Kiedym służył w wojsku,
            to nieraz pół kompanii siedziało w pace. A ilu to niewinnych ludzi zostało
            skazanych! I nie tylko w wojsku, ale i przez inne sądy. Pamiętam, że raz jedna
            kobieta została skazana za to, że udusiła swoje nowo narodzone bliźnięta.
            Chociaż przysięgała, że nie mogła udusić bliźniąt, bo urodziła się jej tylko
            jedna dziewczynka, którą udało się udusić całkiem bez bólu, to jednak skazana
            została za podwójne morderstwo. Albo na przykład ten niewinny Cygan w
            Zabiehlicach, co się włamał do sklepiku w noc Bożego Narodzenia. Przysięgał, że
            chciał się tylko ogrzać, i nic mu to nie pomogło. Jak tylko sąd weźmie coś w
            swoje ręce, to już klapa. Widocznie tak już musi być. Możliwe, że wszyscy
            ludzie nie są takimi draniami, jak o nich należy przypuszczać, ale w jaki
            sposób odróżnisz dzisiaj człowieka dobrego od gałgana, osobliwie teraz, w
            takich poważnych czasach, gdy zakatrupili tego Ferdynanda. Tam u nas, kiedym
            służył w wojsku w Budziejowicach, zastrzelili w lesie za placem ćwiczeń psa
            pana kapitana. Kiedy się o tym kapitan dowiedział, zwołał nas wszystkich, kazał
            nam stanąć w szeregu i powiada, żeby co dziesiąty wystąpił. Rzecz prosta, że i
            ja byłem dziesiąty i tak staliśmy habacht[3], nawet nie mrugnąwszy. Kapitan
            chodzi sobie koło nas i powiada: „Wy psubraty, podlecy, świntuchy, hieny
            cętkowane, tak bym wam z przyjemnością wlepił pojedynkę za tego psa,
            posiekałbym was na makaron, porozstrzeliwał i zrobił karpia na niebiesko.
            Żebyście wiedzieli, że się z wami nie będę bawił, daję wam wszystkim dwa
            tygodnie koszarniaka.” Widzicie, panowie, wtedy chodziło tylko o pieska, a
            teraz chodzi przecież o pana arcyksięcia. I dlatego trzeba wszystkim napędzić
            strachu, żeby żałoba była jak się patrzy.
            • Gość: HamLet Re: Rozdział 1 part6 IP: *.icpnet.pl 10.08.04, 13:55
              — Ja jestem niewinny. Ja jestem niewinny — powtarzał człowiek o zjeżonych
              włosach.

              — Chrystus Pan też był niewinny — rzekł Szwejk — i też go ukrzyżowali. Nigdy
              nikomu nie zależało na jakimś tam niewinnym człowieku.”Maul halten und weiter
              dienen!”[4] — jak nam mawiali w wojsku. To najlepsze i najpiękniejsze.

              Szwejk wyciągnął się na pryczy i usnął snem sprawiedliwego.

              Tymczasem przybyło dwóch nowych aresztantów. Jeden z nich był Bośniakiem.
              Chodził po celi, zgrzytał zębami i co drugie jego słowo brzmiało: „Jebem ti
              duszu.”[5] Męczyła go myśl, że w dyrekcji policji zginie mu jego koszyk.

              Drugim gościem był Palivec, właściciel gospody, który zauważywszy swego
              znajomego, Szwejka, zbudził go i głosem pełnym tragizmu zawołał:

              — A więc i ja tu jestem!

              Szwejk uścisnął mu serdecznie rękę i rzekł:

              — Cieszę się szczerze. Wiedziałem, że ten pan dotrzyma słowa, gdy zapewniał, że
              wieczorem po pana przyjdą. Taka punktualność to dobra rzecz.

              Palivec zauważył wszakże, że taka punktualność gówno warta, i po cichu spytał
              Szwejka, czy ci inni aresztanci nie są aby złodziejaszkami, bo to mogłoby mu
              zaszkodzić jako właścicielowi gospody.

              Szwejk objaśnił go, że wszyscy oprócz jednego pana, który dostał się tu za
              usiłowanie popełnienia morderstwa rabunkowego na osobie gospodarza z Holic,
              należą do ich towarzystwa i siedzą przez pana arcyksięcia.

              Palivec obraził się i rzekł, że nie został aresztowany dla jakiegoś głupiego
              arcyksięcia, ale z powodu samego najjaśniejszego pana. Ponieważ reszta
              towarzystwa zaczęła się tym interesować, opowiedział, jak to muchy
              zanieczyściły mu obraz cesarza.

              — Zapaskudziły mi go, bestie — kończył opowiadanie swej przygody — a mnie
              zaprowadziły do kryminału. Ale ja tego tym muchom nie daruję — odgrażał się.

              Szwejk udał się znowu na spoczynek, ale nie spał długo, bo przyszli po niego,
              aby go zaprowadzić na śledztwo.

              Idąc schodami na przesłuchanie do trzeciego wydziału, Szwejk dźwigał swój krzyż
              na szczyt Golgoty nie zdając sobie sprawy z własnego męczeństwa.

              Zauważywszy napis, że pluć na korytarzach nie wolno, poprosił policjanta, aby
              mu pozwolił splunąć do spluwaczki, i promieniejąc wielkością swojej prostoty
              wkroczył do kancelarii ze słowami:

              — Dobry wieczór szanownym panom, wszystkim razem.

              Zamiast odpowiedzi, ktoś szturchnął go pod żebro i popchnął do stołu, za którym
              siedział pan o wyniosłym i urzędowym obliczu, o rysach twarzy pełnych
              zwierzęcego okrucieństwa, jakby właśnie wypadł z książki Lombrosa Zbrodniarz
              urodzony.

              Krwiożerczo spojrzał na Szwejka i rzekł:

              — Nie udawaj pan takiego idioty.

              — Bardzo mi przykro — odpowiedział Szwejk z wielką powagą — ale w wojsku byłem
              poddany superarbitracji z powodu idiotyzmu i urzędowo zostałem przez
              nadzwyczajną komisję lekarską uznany za idiotę. Ja jestem idiota z urzędu.

              Pan o zbrodniczym wyglądzie zazgrzytał zębami.

              — To, o co jesteś pan oskarżony i czegoś się pan dopuścił, świadczy, że masz
              wszystkie klepki w porządku.

              I wymieniał Szwejkowi długi szereg różnych zbrodni, poczynając od zdrady stanu,
              a kończąc na obrazie jego cesarskiej mości i członków domu cesarskiego. Pośród
              tych przestępstw wyróżniała się pochwała morderstwa arcyksięcia Ferdynanda,
              stąd zaś wywodziła się nowa gałąź przestępstw, wśród których najpełniej
              jaśniała zbrodnia podburzania do nieposłuszeństwa władzom, ponieważ wszystko to
              stało się w lokalu publicznym.

              — Co pan na to? — zwycięsko zapytał pan o rysach znamionujących wielkie
              okrucieństwo.

              — Ano, sporo się tego nazbierało — odpowiedział naiwnie Szwejk.

              — Co za dużo, to niezdrowo.

              — No, widzi pan, sam się pan przyznaje.

              — Ja się przyznaję do wszystkiego, proszę pana, dyscyplina musi być, bez
              dyscypliny ładnie byśmy wyglądali. Jeszcze kiedym służył w wojsku...

              — Stul pan gębę! — wrzasnął radca policji na Szwejka — i mów pan tylko to, o co
              się pytam. Rozumie pan?

              — Jakżebym nie miał rozumieć? — rzekł Szwejk. — Posłusznie melduję, że rozumiem
              i że we wszystkim, co pan raczy do mnie mówić, potrafię się orientować.

              — Z kim pan utrzymuje stosunki?

              — Ze swoją posługaczką, proszę pana.

              — A w miejscowych kołach politycznych nie ma pan znajomych?

              — Mam, proszę pana, kupuję sobie południowe wydanie gazety „Národni Politika”,
              tej, jak się to mówi, suki...

              — Precz! — wrzasnął na Szwejka pan o zwierzęcym wyrazie twarzy.

              Gdy Szwejka wyprowadzano z kancelarii, rzekł:

              — Dobrej nocy, wielmożny panie.

              Powróciwszy do izby aresztanckiej oznajmił Szwejk obecnym, że takie
              przesłuchiwania to niezgorsza frajda.

              — Trochę tam pokrzyczą, a w końcu człeka wypędzą. Dawniej — wywodził — bywało
              gorzej. Czytałem kiedyś taką książkę, że oskarżeni musieli chodzić po
              rozpalonym żelazie i pić roztopiony ołów, żeby się pokazało, kto jest niewinny.
              Albo wtykali takiemu nogi w buty hiszpańskie i rozciągali go na drabinie, jeśli
              nie chciał się przyznać, albo też przypalali mu boki strażackimi pochodniami,
              jak to robili na przykład świętemu Janowi z Nepomuka. Podobno ryczał przy tym,
              jakby go ze skóry łupili, i nie zamilkł, dopóki nie zrzucili go z mostu Eliszki
              do Wełtawy, i to w worku nieprzemakalnym. Takich wypadków było więcej, a
              jeszcze na dobitkę człowieka ćwiartowali albo wbijali go na pal gdziesik tam
              koło Muzeum. A jeśli wtrącili tylko takiego do wieży na śmierć głodową, to czuł
              się z uciechy jako nowo narodzony.
              • Gość: TolKen Re: Rozdział 1 part7 IP: *.icpnet.pl 10.08.04, 13:57
                Dzisiaj to jedna wielka frajda dostać się do kryminału — pochwalał Szwejk nowe
                czasy — nie ma ćwiartowania, nie ma hiszpańskich butów. Prycze mamy, stół mamy,
                ławki mamy, nie potrzebujemy pchać się jeden na drugiego, zupę dostajemy, chleb
                też nam dają, dzban wody przyniosą, wychodek mamy pod nosem. We wszystkim widać
                postęp. Prawda, że na śledztwo trochę niby daleko, bo aż przez trzy korytarze i
                o piętro wyżej, ale za to na korytarzach jest czysto i jaki ruch! Tu prowadzą
                jednego, tam drugiego, młodego, starego, płci męskiej, płci żeńskiej. Człek się
                cieszy już i z tego, że nie siedzi tu sam. Każdy idzie spokojnie swoją drogą i
                nie potrzebuje się obawiać, że mu w kancelarii powiedzą: „Więc naradziliśmy się
                i jutro zostanie pan poćwiartowany albo spalony na stosie, wedle swego własnego
                wyboru.” Rozmyślanie o takich rzeczach byłoby z pewnością nielekkie, a ja
                sądzę, panowie, że niejeden z nas byłby w takim momencie całkiem zdetonowany.
                No, dzisiaj stosunki zmieniły się już na naszą korzyść.

                Właśnie kończył apologię współczesnego więzienia, gdy dozorca otworzył drzwi i
                zawołał:

                — Szwejk, ubrać się i dalej na śledztwo!

                — Ja się ubiorę — odpowiedział Szwejk — przeciwko temu nie mam nic do
                powiedzenia, ale boję się, że to pewno pomyłka, bo już raz zostałem ze śledztwa
                wyrzucony. I jeszcze się boję, aby reszta tych panów, co tutaj są razem ze mną,
                nie pogniewała się na mnie, że ja chodzę dwa razy z kolei na śledztwo, a oni
                nie byli tam dzisiejszego wieczora jeszcze ani razu. Może to wzbudzić zawiść.

                — Wyłazić i nie ględzić! — brzmiała odpowiedź na dżentelmeński wywód Szwejka.

                Szwejk znalazł się znowu przed panem o zbrodniczym wyglądzie, który bez
                jakiegokolwiek wstępu zapytał go twardo i nieubłaganie:

                — Przyznaje się pan do wszystkiego?

                Szwejk zwrócił na nieubłaganego człowieka swoje dobre modre oczy i rzekł miękko:

                — Jeśli pan sobie życzy, proszę pana, abym się przyznał, to się przyznaję, bo
                mnie to nic nie szkodzi. Ale gdyby pan powiedział: „Szwejku, nie przyznawajcie
                się do niczego” — to się będę wykręcał ze wszystkich sił.

                Surowy pan pisał coś w aktach i podawszy Szwejkowi pióro kazał mu się podpisać.

                I Szwejk podpisał oskarżenie Bretschneidera wraz z dodatkiem:

                „Wszystkie wyżej wymienione oskarżenia przeciwko mnie opierają się na prawdzie.

                Józef Szwejk”

                Podpisawszy zwrócił się do surowego pana:

                — Czy każe mi pan jeszcze coś podpisać? Czy może mam przyjść dopiero jutro rano?

                — Z rana zostanie pan wywieziony do sądu karnego — usłyszał w odpowiedzi.

                — O której godzinie, proszę pana? Żebym przecie, broń mnie Boże, nie zaspał!

                — Precz! — zagrzmiało na Szwejka dzisiaj po raz drugi to słowo zza stołu, przy
                którym stał.

                Powracając do swego nowego zakratowanego mieszkania Szwejk rzekł do dozorcy,
                który go przyprowadził:

                — Wszystko tu jest akuratnie jak w zegarku.

                Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, współwięźniowie zasypali go mnóstwem
                pytań, na które Szwejk odpowiedział jasno:

                — Dopiero co się przyznałem, że zabiłem arcyksięcia Ferdynanda.

                Sześcioro łudzi skuliło się w przestrachu pod zawszonymi kocami, tylko Bośniak
                rzekł:

                — Dobro doszli.[6]

                Układając się na pryczy mówił Szwejk:

                — Głupia sprawa, że nie mamy tutaj budzika.

                Ale rano zbudzili go bez budzika i punktualnie o szóstej wywiózł
                Szwejka „zielony Anton” do krajowego sądu karnego.

                — Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje — rzekł Szwejk do swoich towarzyszy
                podróży, gdy „zielony Anton” wyjeżdżał z bramy dyrekcji policji.



                Rozdział trzeci
                Szwejk przed lekarzami sądowymi



                Czyste, przytulne pokoiki krajowego sądu karnego wywarły na Szwejku jak
                najlepsze wrażenie. Wybielone ściany, czarno malowane kraty i otyły pan
                Demartini, starszy dozorca aresztu śledczego, z fioletowymi lampasami i
                wypustkami na urzędowej czapce, wszystko mu się podobało. Barwa fioletowa
                przepisana jest nie tylko tutaj, lecz i przy obrzędach kościelnych w Środę
                Popielcową i w Wielki Piątek.

                Powtarza się przesławna historia rzymskiego panowania nad Jerozolimą. Więźniów
                wyprowadzano i przedstawiano ich piłatom z roku tysiąc dziewięćset
                czternastego, rezydującym na parterze. A sędziowie śledczy, nowocześni piłaci,
                zamiast rzetelnie umyć ręce, posyłali sobie po paprykarz i piwo pilzneńskie do
                Teissiga, dostarczając coraz nowych oskarżeń prokuraturze.

                Tutaj w większości wypadków znikała wszelka logika, a zwyciężał §, dusił §,
                bałwanił §, parskał §, śmiał się §, groził §, zabijał §, i nie przepuszczał
                nikomu. Byli to żonglerzy praw, kapłani liter kodeksowych, pożeracze
                oskarżonych, tygrysy austriackiej dżungli, wymierzający skok na oskarżonego
                podług numerów paragrafów.

                Wyjątek stanowiło kilku panów — (tak samo jak i w dyrekcji policji), którzy
                kodeksem nie przejmowali się nadmiernie, bowiem wszędzie znajdzie się ziarno
                pszenicy wśród kąkolu.

                Do jednego z takich panów przyprowadzono Szwejka na śledztwo. Starszy pan o
                wyglądzie dobrodusznym, ten sam, który niegdyś, badając znanego mordercę
                Valesza, nie zapomniał nigdy rzec do niego: „Raczy pan usiąść, panie Valesz,
                akurat mamy tu wolne krzesełko.”
                • Gość: KipLing Re: Rozdział 1 part8 IP: *.icpnet.pl 10.08.04, 13:58
                  Gdy Szwejka przyprowadzono do niego, pan ten poprosił go z wrodzoną sobie
                  uprzejmością, aby usiadł, i rzekł:

                  — A więc to pan jest ten Szwejk?

                  — Przypuszczam — odpowiedział Szwejk — że muszę nim być, bo mój ojciec był
                  Szwejk, a matka pani Szwejkowa. Nie mogę zrobić im takiego wstydu, żebym się
                  miał wypierać swego nazwiska.

                  Życzliwy uśmiech przeleciał po twarzy radcy sądowego prowadzącego dochodzenie.

                  — Nawarzył pan sobie ładnego piwa. Dużo sprawek ma pan na sumieniu.

                  — Ja mam zawsze dużo na sumieniu — rzekł Szwejk uśmiechając się jeszcze
                  uprzejmiej niż pan radca sądu. — Może nawet mam na sumieniu więcej, niż raczy
                  mieć pan, wielmożny panie.

                  — Widać to i w protokóle, który pan podpisał — nie mniej uprzejmym tonem rzekł
                  radca sądu. — Czy nie wywierali na pana jakiego nacisku w dyrekcji policji?

                  — Broń Boże, wielmożny panie. Ja sam się ich pytałem, czy mam podpisać, a gdy
                  powiedzieli, żebym podpisał, to usłuchałem. Przecież nie będę się z nimi wodził
                  za łby dla własnego podpisu. Na dobre by mi taka rzecz nie wyszła. Porządek
                  musi być.

                  — A czy pan się czuje zupełnie zdrowy, panie Szwejk?

                  — Zupełnie zdrowy to ja nie jestem, wielmożny panie radco. Mam reumatyzm,
                  smaruję się opodeldokiem.

                  Starszy pan znowu uśmiechnął się uprzejmie.

                  — Co by pan powiedział na to, gdybyśmy pana polecili zbadać przez lekarzy
                  sądowych?

                  — Ja sądzę, że nie jest tak źle, żeby ci panowie mieli na próżno tracić dla
                  mnie czas. Mnie już badał jeden doktor w dyrekcji, czy nie mam trypra.

                  — Wie pan co, panie Szwejku, my jednak zrobimy próbę z tymi lekarzami sądowymi.
                  Złożymy ładną komisyjkę, przekażemy pana do aresztu śledczego, a tymczasem pan
                  sobie dobrze odpocznie. Na razie jedno pytanie: podług protokołu miał pan się
                  wyrażać i rozgłaszać, że teraz niedługo wybuchnie wojna.

                  — Proszę pana radcy, wojna wybuchnie w krótkim czasie.

                  — A czy nie miewa pan czasem jakich napadów?

                  — Napadów, proszę pana, nie mam, tylko raz byłbym o mały figiel wpadł pod
                  samochód na Placu Karola. Ale to już ładnych parę lat temu.

                  Na tym przesłuchanie zostało zakończone. Szwejk podał panu radcy sądu rękę, a
                  po powrocie do swego pokoiku rzekł sąsiadom:

                  — No, więc przez to zamordowanie pana arcyksięcia Ferdynanda będą mnie badali
                  lekarze sądowi.

                  — Ja też już byłem badany przez lekarzy sądowych — rzekł pewien młody
                  człowiek. — Było to wtedy, kiedym się z powodu dywanów dostał przed sąd
                  przysięgłych. Uznali mnie za słabego na umyśle. Teraz przywłaszczyłem sobie
                  parową młockarnię i nic mi nie mogą już zrobić. Wczoraj powiedział mi mój
                  adwokat, że jeśli raz zostałem uznany za słabego na umyśle, to powinienem mieć
                  z tego korzyść na całe życie.

                  — Ja tym lekarzom sądowym nic nie wierzę — zauważył człowiek o inteligentnym
                  wyglądzie. — Kiedy razu pewnego sfałszowałem weksle, zacząłem na wszelki
                  wypadek chodzić na wykłady psychiatryczne doktora Heverocha, a gdy mnie
                  złapali, symulowałem paranoika akurat tak, jak wypadało podług tych wykładów
                  doktora Heverocha. Jednego z lekarzy ugryzłem w nogę podczas komisji, wypiłem
                  atrament z kałamarza i wyknociłem się, z przeproszeniem, w kącie izby przed
                  całą komisją. Ale za to, żem jednego z tych panów ugryzł w łydkę, uznali mnie
                  za zupełnie zdrowego i byłem zgubiony.

                  — Ja się badania tych panów nic a nic nie boję — oświadczył Szwejk. — Jakem
                  służył w wojsku, to mnie badał jeden weterynarz i nic mi się nie stało.

                  — Lekarze sądowi to dranie — ozwał się mały, skulony człowiek. — Niedawno temu
                  jakimś trafem wykopano na mojej łące szkielet, a lekarze sądowi powiedzieli, że
                  ten szkielet był zamordowany jakimś tępym narzędziem w głowę, i to przed
                  czterdziestu laty. Ja mam lat trzydzieści osiem i zostałem aresztowany, chociaż
                  mam metrykę chrztu, wyciąg z ksiąg stanu cywilnego i paszport.

                  — Sądzę — rzekł Szwejk — że na wszystko powinniśmy spoglądać z tej drugiej,
                  pogodniejszej strony. Każdy omylić się może, a musi się omylić tym bardziej, im
                  bardziej o czymś rozmyśla. Lekarze sądowi to ludzie, a ludzie mają swoje wady.
                  Raz trafiło mi się w Nuslach, że na moście na rzece Boticz podszedł do mnie w
                  nocy pewien pan, kiedym powracał z gospody „U Banzetów”, i trzasnął mnie
                  bykowcem przez głowę, a gdym leżał na ziemi, przyjrzał mi się przy świetle
                  latarki i powiada: „To pomyłka. To nie ten.” I tak go ta pomyłka rozzłościła,
                  że mnie przeciągnął bykowcem jeszcze raz przez plecy. Taka to już jest natura
                  ludzka, że człowiek myli się aż do śmierci. Był też taki jeden, który znalazł w
                  nocy wściekłego psa na pół zmarzłego, zabrał go z sobą i wsunął żonie pod
                  pierzynę; jak się ten pies rozgrzał i okrzepł, to pogryzł całą rodzinę, a
                  najmłodsze dziecko w kołysce rozszarpał i zeżarł. Albo dam wam przykład, jak w
                  naszych stronach pomylił się pewien tokarz. Otworzył sobie kluczem kościółek
                  Św. Michała w Pradze na Podolu, bo myślał, że to jego dom, w zakrystii zdjął
                  buty, bo myślał, że to ich kuchnia, położył się na ołtarzu, bo myślał, że to
                  jego łóżko, i przykrył się takimi zasłonami ze świętymi napisami, a żeby mu
                  było wygodniej, pod głowę położył sobie Ewangelię i inne księgi święte. Rano
                  kościelny znalazł go w kościele, a ten, gdy się już całkiem opamiętał, powiada
                  całkiem dobrodusznie, że to pomyłka.”Ładna pomyłka — rzekł kościelny — kiedy
                  przez tę pomyłkę będziemy musieli kościół na nowo wyświęcać”. Potem tego
                  tokarza badali lekarze sądowi i dowiedli mu, że był zupełnie poczytalny i
                  trzeźwy, ponieważ gdyby był schlany, toby nie trafił kluczem do zamku drzwi
                  kościelnych. Potem ten tokarz umarł na Pankracu w więzieniu. Dam wam też
                  przykład, jak na Kladnie pomylił się pewien pies policyjny, wilk tego znanego
                  rotmistrza Rottera. Rotmistrz Rotter hodował takie psy i robił doświadczenia z
                  włóczęgami, tak że wszystkie wędrusy zaczęły Kladno omijać. Więc wydał rozkaz,
                  żeby żandarmi za wszelką cenę przyprowadzili jakiegoś podejrzanego.
                  Przyprowadzili mu tedy dość przyzwoicie ubranego człowieka, którego znaleźli w
                  lańskich lasach siedzącego na jakimś pniaku. Zaraz też kazał, aby mu odcięli
                  kawałek poły od surduta, dał ten kawałek surduta obwąchać swoim żandarmskim
                  psom, a potem zaprowadzili tego człowieka do jakiejś cegielni za miastem, a
                  jego śladem puścili te wytresowane psy, które go też znalazły i przyprowadziły
                  z powrotem. Potem ten człowiek musiał włazić po drabinie na strych, skakać
                  przez mur, wskoczyć do stawu, a psy za nim. W końcu pokazało się, że ten
                  człowiek to był jeden czeski poseł radykalny, który wyjechał sobie na wycieczkę
                  do lańskich lasów, bo go parlament już zmierził. Toteż mówię, że ludzie mają
                  swoje wady i mylą się, czy to będzie uczony, czy też głupi, nieokrzesany
                  idiota. Mylą się i ministrowie.
                • Gość: GoDuNow Re: Rozdział 1 part8 IP: *.icpnet.pl 10.08.04, 13:59
                  Komisja sądowo-lekarska, która miała decydować o tym, czy duchowy horyzont
                  Szwejka odpowiada, czy nie odpowiada wszystkim tym zbrodniom, o które został
                  oskarżony, składała się z trzech niezwykle poważnych panów o poglądach, którymi
                  każdy z nich różnił się zasadniczo od poglądów obu pozostałych kolegów.

                  Panowie ci reprezentowali trzy różne szkoły psychiatryczne i różne poglądy
                  naukowe.

                  Jeśli pomimo to w przypadku Szwejka doszło do całkowitej zgody między trzema
                  przeciwnymi sobie obozami, to da się to objaśnić jedynie oszałamiającym
                  wrażeniem, jakie na całej komisji wywarł Szwejk, gdy wszedłszy do sali, w
                  której miał być badany jego stan umysłowy, i ujrzawszy na ścianie obraz
                  austriackiego monarchy, zawołał:

                  — Panowie, niech żyje cesarz Franciszek Józef I!

                  Sprawa była zupełnie jasna. Spontaniczna manifestacja Szwejka usuwała cały
                  szereg kwestii, pozostawiając tylko niektóre najważniejsze pytania: odpowiedź
                  na nie miała potwierdzić pierwotny sąd o Szwejku w oparciu o system doktora
                  psychiatrii Kallersona, doktora Heverocha i Anglika Welkinga.

                  — Czy radium jest cięższe od ołowiu?

                  — Ja go, proszę panów, nie ważyłem — odpowiedział Szwejk ze swoim miłym
                  uśmiechem.

                  — Czy wierzysz pan w koniec świata?

                  — Naprzód musiałbym ten koniec zobaczyć — niedbale odpowiedział Szwejk. — Ale z
                  pewnością jeszcze nie jutro nastąpi.

                  — Czy potrafiłby pan obliczyć przekrój kuli ziemskiej?

                  — Nie umiałbym, proszę panów — odpowiedział Szwejk — ale i ja bym panom też
                  mógł zadać zagadkę. Jest dom o trzech piętrach, każde piętro ma osiem okien. Na
                  dachu są dwa dymniki i dwa kominy. Na każdym piętrze mieszkają dwaj lokatorzy.
                  A teraz powiedzcie, panowie, którego roku umarła babka stróża?

                  Lekarze sądowi spojrzeli po sobie wymownie, niemniej jednak jeden z nich zadał
                  Szwejkowi jeszcze takie pytanie:

                  — Czy zna pan największą głębię Oceanu Spokojnego?

                  — Nie znam, proszę panów — brzmiała odpowiedź — ale sądzę, że z pewnością jest
                  większa niż w Wełtawie pod Skałą Vyszehradzką.

                  Przewodniczący komisji zapytał krótko:

                  — Wystarczy?

                  Ale mimo to jeden z członków zadał Szwejkowi jeszcze takie pytanie:

                  — Ile będzie, gdy dwadzieścia tysięcy osiemset dziewięćdziesiąt siedem
                  pomnożymy przez trzynaście tysięcy osiemset sześćdziesiąt trzy?

                  — Siedemset dwadzieścia dziewięć — odpowiedział Szwejk bez wahania.

                  — Sądzę, że to zupełnie wystarczy — rzekł przewodniczący komisji, a zwracając
                  się do strażnika rzekł: — Proszę odprowadzić tego oskarżonego na dawne miejsce.

                  — Dziękuję wam, panowie — grzecznie skłonił się Szwejk. — Mnie to też zupełnie
                  wystarczy.

                  Po jego wyjściu kolegium trzech zgodziło się łatwo, że Szwejk jest notoryczny
                  matołek i idiota według wszystkich praw przyrody, wynalezionych przez uczonych
                  psychiatrów.
                  • Gość: Marks Re: Rozdział 1 part9(dobre) IP: *.icpnet.pl 10.08.04, 14:01
                    W relacji przesłanej sędziemu śledczemu było między innymi:

                    „Niżej podpisani lekarze sądowi ustalają całkowitą tępotę umysłową i wrodzony
                    kretynizm przedstawionego wyżej wymienionej komisji Józefa Szwejka, która to
                    tępota wyraża się takimi słowy, jak np.: "Niech żyje cesarz Franciszek Józef
                    I!" — co samo przez się wystarcza do oświetlenia stanu umysłowego Józefa
                    Szwejka jako notorycznego matołka. Niżej podpisana komisja proponuje zatem: 1.
                    Umorzyć dochodzenie przeciwko Józefowi Szwejkowi. 2. Odesłać Józefa Szwejka do
                    kliniki psychiatrycznej dla ustalenia, jak dalece jego stan umysłowy może stać
                    się niebezpieczny dla otoczenia.”

                    Podczas gdy redagowano powyższe orzeczenie, Szwejk opowiadał swoim
                    współtowarzyszom:

                    — O Ferdynandzie nie było wcale mowy, ale rozmawiali ze mną o jeszcze większych
                    cymbalstwach. Wreszcie powiedzieliśmy sobie, że to, o czym była mowa, zupełnie
                    nam wystarczy, i rozeszliśmy się.

                    — Ja tam nikomu nie wierzę — zauważył mały, skulony człowieczek, na którego
                    łące przypadkowo wykopano szkielet. — Złodziej na złodzieju.

                    — I złodziejstwo też musi być — rzekł Szwejk kładąc się na pryczy. — Gdyby
                    wszyscy ludzie życzyli sobie nawzajem dobrze, toby sobie niedługo łby pourywali.



                    Rozdział czwarty
                    Szwejk wypędzony z domu wariatów



                    Gdy w czasach późniejszych Szwejk opowiadał o życiu w domu wariatów, nie
                    znajdował słów na pochwałę tej instytucji.

                    — Doprawdy, że nie mogę zrozumieć, dlaczego wariaty gniewają się, że każą im
                    tam siedzieć. Człowiek sobie może łazić nago po podłodze, wyć jak szakal,
                    wściekać się i kąsać. Gdyby człek zrobił coś podobnego gdzieś na promenadzie,
                    toby ludzie otwierali gęby, ale tam takie rzeczy należą do najzwyczajniejszych.
                    Taka tam panuje wolność, o jakiej nawet socjalistom się nie śniło. Można się
                    tam podawać za Pana Boga albo za Przenajświętszą Panienkę, za papieża, za
                    angielskiego króla, za najjaśniejszego pana czy za świętego Wacława, aczkolwiek
                    ten ostatni bywał ciągle wiązany i musiał nagi leżeć w izolatce. Był tam też
                    jeden, który wykrzykiwał, że jest arcybiskupem, ale nic nie robił, tylko żarł,
                    spał i jeszcze z przeproszeniem robił coś takiego, co można łatwo zrymować, ale
                    tam się takich rzeczy nikt nie wstydzi. Jeden podawał się nawet za świętego
                    Cyryla i Metodego, żeby mu dawali podwójne porcje. Inny znowu był w ciąży i
                    każdego zapraszał na chrzciny. Siedziało tam pod kluczem bardzo dużo
                    szachistów, polityków, rybaków i skautów, zbieraczy marek i fotografów-
                    amatorów. Pewien człowiek siedział z powodu jakichś starych garnków, które
                    nazywał popielnicami. Jednego trzymali tam stale w kaftanie bezpieczeństwa,
                    żeby nie mógł wyliczyć, kiedy nastąpi koniec świata. Spotkałem tam też kilku
                    profesorów. Jeden z nich stale chodził za mną i dowodził mi, że kolebka Cyganów
                    jest w Karkonoszach, a ten drugi objaśniał mnie, że wewnątrz kuli ziemskiej
                    znajduje się jeszcze jedna, daleko większa od zewnętrznej. Każdy mógł tam
                    wygadywać, co mu ślina na język przyniosła, jakby był w parlamencie. Czasem
                    opowiadali sobie tam bajki i bili się, gdy z jaką królewną źle się skończyło.
                    Najbardziej opętany był jeden pan, który podawał się za szesnasty
                    tom „Leksykonu Naukowego” Otty i każdego prosił, żeby go otworzył i odszukał
                    hasło „Kartonożowa maszyna do szycia”, bo inaczej zginie. Uspokoił się dopiero
                    wówczas, gdy mu nałożono kaftan bezpieczeństwa. Chwalił to sobie, mówiąc, że
                    się dostał do prasy introligatorskiej, i prosił, żeby mu zrobili modny sznyt. W
                    ogóle żyło się tam jak w raju. Można tam wrzeszczeć, ryczeć, śpiewać, płakać,
                    pobekiwać, jęczeć, skakać, modlić się, fikać kozły, chodzić na czworakach,
                    podskakiwać na jednej nodze, kręcić się w kółko, tańczyć, hopsać, siedzieć
                    przez cały dzień w kucki i wdrapywać się na ściany. Nikt do nikogo nie
                    podejdzie i nie powie: „Tego robić nie wolno, to nie wypada, tego się trzeba
                    wstydzić, jeśli chcesz uchodzić za człowieka dobrze wychowanego.” Ale trzeba
                    dodać, że nie brak tam całkiem cichych wariatów. Był tam na przykład jeden
                    wykształcony wynalazca, który ciągłe dłubał w nosie i tylko raz na dzień
                    mówił: „W tej chwili wynalazłem elektryczność „. Nie ma co gadać, bardzo ładnie
                    tam było i te kilka dni, które spędziłem w domu wariatów, należą do
                    najpiękniejszych chwil mego życia.

                    Istotnie, już samo przywitanie, jakie oczekiwało Szwejka w domu wariatów, gdy
                    został tam przywieziony z sądu krajowego na obserwację, przeszło wszelkie jego
                    najśmielsze oczekiwania. Najpierw rozebrali go do naga, ubrali w miękki
                    szlafrok i zaprowadzili do kąpieli. Pielęgniarze ujęli go delikatnie pod ramię,
                    a jeden z nich opowiadał mu wesołą anegdotę o Żydach. W łazience zanurzono go w
                    wannie z ciepłą wodą, a potem zaprowadzono pod chłodny natrysk. Powtórzywszy to
                    trzy razy, pytali go, jak mu się to podoba. Szwejk odpowiedział, że to daleko
                    lepsze od łaźni przy Moście Karola i że bardzo lubi się kąpać.

                    — Jeśli jeszcze ostrzyżecie włosy i przytniecie paznokcie, to już niczego mi
                    nie zabraknie do zupełnego szczęścia — dodał uśmiechając się przyjemnie.

                    I temu życzeniu uczynili zadość, a potem porządnie go umyli gąbką, owinęli w
                    prześcieradło i zanieśli do pierwszego oddziału na łóżko, gdzie okryli go
                    starannie kołdrą i poprosili, żeby zasnął.

                    Jeszcze dzisiaj Szwejk opowiada o tym wszystkim z zachwytem:

                    — Wyobraźcie sobie, że mnie nieśli, naprawdę nieśli. Było mi w owej chwili tak
                    błogo.

                    W łóżku z tej błogości zaraz zasnął. Potem go obudzili i postawili przed nim
                    kubek mleka i bułkę. Bułka była już pokrajana na drobne kawałki i podczas gdy
                    jeden z pielęgniarzy trzymał Szwejka za obie ręce, drugi maczał kawałki bułki w
                    mleku i karmił go nimi, jak się karmi gęś kluskami. Gdy już był nakarmiony,
                    wzięli go pod pachy i zaprowadzili do ustępu, gdzie poprosili go, aby wykonał
                    małą i dużą potrzebę cielesną.

                    I o tej pięknej chwili wspomina Szwejk ze wzruszeniem, a nie potrzebuję chyba
                    powtarzać jego słów o tym, co mu potem zrobili. Nadmienię tu jedynie, iż Szwejk
                    mawia:

                    — Wyobraźcie sobie, że jeden z nich trzymał mnie przy tym w objęciach.

                    Gdy go przyprowadzili na salę, położyli znowu do łóżka i znowu prosili, aby
                    zasnął. A gdy zasnął, zbudzili go i zaprowadzili do gabinetu na badanie, gdzie
                    Szwejk, stojąc zupełnie nagi przed dwoma lekarzami, przypomniał sobie sławne
                    czasy poboru do wojska. Mimo woli z ust wyrwało mu się słowo:

                    — Tauglich*[7].

                    — Co mówicie? — zapytał jeden z lekarzy. — Zróbcie pięć kroków naprzód i pięć w
                    tył.

                    Szwejk zrobił od razu kroków dziesięć.

                    — Mówiłem przecie, że macie zrobić pięć kroków — mówił lekarz.

                    — Ja tam, proszę pana, paru kroków nie żałuję — odpowiedział Szwejk.

                    Potem wezwali go lekarze, aby usiadł na krześle, a jeden z nich stukał go w
                    kolana. Rzekł wtedy do drugiego lekarza, że odruchy są całkiem prawidłowe, ale
                    tamten pokręcił głową i sam zaczął stukać go w kolana, podczas gdy pierwszy
                    przymykał i odchylał powieki Szwejka i przyglądał się jego źrenicom. Potem
                    oddalili się ku stołowi i wymienili kilka wyrazów łacińskich.

                    — Słuchajcie no, umiecie wy śpiewać? — zapytał Szwejka jeden z lekarzy. — Może
                    nam zaśpiewacie jaką piosenkę.

                    — Naturalnie, proszę panów — odpowiedział Szwejk. — Co prawda, nie mam ani
                    głosu, ani słuchu muzykalnego, ale jeśli panowie chcą użyć przyjemności, to
                    spróbuję spełnić wasze życzenie.
                    • Gość: EnGels Rozdział 4 Szwejk wypędzony z domu wariatów IP: *.icpnet.pl 11.08.04, 14:10
                      Gdy w czasach późniejszych Szwejk opowiadał o życiu w domu wariatów, nie
                      znajdował słów na pochwałę tej instytucji.

                      — Doprawdy, że nie mogę zrozumieć, dlaczego wariaty gniewają się, że każą im
                      tam siedzieć. Człowiek sobie może łazić nago po podłodze, wyć jak szakal,
                      wściekać się i kąsać. Gdyby człek zrobił coś podobnego gdzieś na promenadzie,
                      toby ludzie otwierali gęby, ale tam takie rzeczy należą do najzwyczajniejszych.
                      Taka tam panuje wolność, o jakiej nawet socjalistom się nie śniło. Można się
                      tam podawać za Pana Boga albo za Przenajświętszą Panienkę, za papieża, za
                      angielskiego króla, za najjaśniejszego pana czy za świętego Wacława, aczkolwiek
                      ten ostatni bywał ciągle wiązany i musiał nagi leżeć w izolatce. Był tam też
                      jeden, który wykrzykiwał, że jest arcybiskupem, ale nic nie robił, tylko żarł,
                      spał i jeszcze z przeproszeniem robił coś takiego, co można łatwo zrymować, ale
                      tam się takich rzeczy nikt nie wstydzi. Jeden podawał się nawet za świętego
                      Cyryla i Metodego, żeby mu dawali podwójne porcje. Inny znowu był w ciąży i
                      każdego zapraszał na chrzciny. Siedziało tam pod kluczem bardzo dużo
                      szachistów, polityków, rybaków i skautów, zbieraczy marek i fotografów-
                      amatorów. Pewien człowiek siedział z powodu jakichś starych garnków, które
                      nazywał popielnicami. Jednego trzymali tam stale w kaftanie bezpieczeństwa,
                      żeby nie mógł wyliczyć, kiedy nastąpi koniec świata. Spotkałem tam też kilku
                      profesorów. Jeden z nich stale chodził za mną i dowodził mi, że kolebka Cyganów
                      jest w Karkonoszach, a ten drugi objaśniał mnie, że wewnątrz kuli ziemskiej
                      znajduje się jeszcze jedna, daleko większa od zewnętrznej. Każdy mógł tam
                      wygadywać, co mu ślina na język przyniosła, jakby był w parlamencie. Czasem
                      opowiadali sobie tam bajki i bili się, gdy z jaką królewną źle się skończyło.
                      Najbardziej opętany był jeden pan, który podawał się za szesnasty
                      tom „Leksykonu Naukowego” Otty i każdego prosił, żeby go otworzył i odszukał
                      hasło „Kartonożowa maszyna do szycia”, bo inaczej zginie. Uspokoił się dopiero
                      wówczas, gdy mu nałożono kaftan bezpieczeństwa. Chwalił to sobie, mówiąc, że
                      się dostał do prasy introligatorskiej, i prosił, żeby mu zrobili modny sznyt. W
                      ogóle żyło się tam jak w raju. Można tam wrzeszczeć, ryczeć, śpiewać, płakać,
                      pobekiwać, jęczeć, skakać, modlić się, fikać kozły, chodzić na czworakach,
                      podskakiwać na jednej nodze, kręcić się w kółko, tańczyć, hopsać, siedzieć
                      przez cały dzień w kucki i wdrapywać się na ściany. Nikt do nikogo nie
                      podejdzie i nie powie: „Tego robić nie wolno, to nie wypada, tego się trzeba
                      wstydzić, jeśli chcesz uchodzić za człowieka dobrze wychowanego.” Ale trzeba
                      dodać, że nie brak tam całkiem cichych wariatów. Był tam na przykład jeden
                      wykształcony wynalazca, który ciągłe dłubał w nosie i tylko raz na dzień
                      mówił: „W tej chwili wynalazłem elektryczność „. Nie ma co gadać, bardzo ładnie
                      tam było i te kilka dni, które spędziłem w domu wariatów, należą do
                      najpiękniejszych chwil mego życia.

                      Istotnie, już samo przywitanie, jakie oczekiwało Szwejka w domu wariatów, gdy
                      został tam przywieziony z sądu krajowego na obserwację, przeszło wszelkie jego
                      najśmielsze oczekiwania. Najpierw rozebrali go do naga, ubrali w miękki
                      szlafrok i zaprowadzili do kąpieli. Pielęgniarze ujęli go delikatnie pod ramię,
                      a jeden z nich opowiadał mu wesołą anegdotę o Żydach. W łazience zanurzono go w
                      wannie z ciepłą wodą, a potem zaprowadzono pod chłodny natrysk. Powtórzywszy to
                      trzy razy, pytali go, jak mu się to podoba. Szwejk odpowiedział, że to daleko
                      lepsze od łaźni przy Moście Karola i że bardzo lubi się kąpać.

                      — Jeśli jeszcze ostrzyżecie włosy i przytniecie paznokcie, to już niczego mi
                      nie zabraknie do zupełnego szczęścia — dodał uśmiechając się przyjemnie.

                      I temu życzeniu uczynili zadość, a potem porządnie go umyli gąbką, owinęli w
                      prześcieradło i zanieśli do pierwszego oddziału na łóżko, gdzie okryli go
                      starannie kołdrą i poprosili, żeby zasnął.

                      Jeszcze dzisiaj Szwejk opowiada o tym wszystkim z zachwytem:

                      — Wyobraźcie sobie, że mnie nieśli, naprawdę nieśli. Było mi w owej chwili tak
                      błogo.

                      W łóżku z tej błogości zaraz zasnął. Potem go obudzili i postawili przed nim
                      kubek mleka i bułkę. Bułka była już pokrajana na drobne kawałki i podczas gdy
                      jeden z pielęgniarzy trzymał Szwejka za obie ręce, drugi maczał kawałki bułki w
                      mleku i karmił go nimi, jak się karmi gęś kluskami. Gdy już był nakarmiony,
                      wzięli go pod pachy i zaprowadzili do ustępu, gdzie poprosili go, aby wykonał
                      małą i dużą potrzebę cielesną.

                      I o tej pięknej chwili wspomina Szwejk ze wzruszeniem, a nie potrzebuję chyba
                      powtarzać jego słów o tym, co mu potem zrobili. Nadmienię tu jedynie, iż Szwejk
                      mawia:

                      — Wyobraźcie sobie, że jeden z nich trzymał mnie przy tym w objęciach.

                      Gdy go przyprowadzili na salę, położyli znowu do łóżka i znowu prosili, aby
                      zasnął. A gdy zasnął, zbudzili go i zaprowadzili do gabinetu na badanie, gdzie
                      Szwejk, stojąc zupełnie nagi przed dwoma lekarzami, przypomniał sobie sławne
                      czasy poboru do wojska. Mimo woli z ust wyrwało mu się słowo:

                      — Tauglich*[7].

                      — Co mówicie? — zapytał jeden z lekarzy. — Zróbcie pięć kroków naprzód i pięć w
                      tył.

                      Szwejk zrobił od razu kroków dziesięć.

                      — Mówiłem przecie, że macie zrobić pięć kroków — mówił lekarz.

                      — Ja tam, proszę pana, paru kroków nie żałuję — odpowiedział Szwejk.

                      Potem wezwali go lekarze, aby usiadł na krześle, a jeden z nich stukał go w
                      kolana. Rzekł wtedy do drugiego lekarza, że odruchy są całkiem prawidłowe, ale
                      tamten pokręcił głową i sam zaczął stukać go w kolana, podczas gdy pierwszy
                      przymykał i odchylał powieki Szwejka i przyglądał się jego źrenicom. Potem
                      oddalili się ku stołowi i wymienili kilka wyrazów łacińskich.

                      — Słuchajcie no, umiecie wy śpiewać? — zapytał Szwejka jeden z lekarzy. — Może
                      nam zaśpiewacie jaką piosenkę.

                      — Naturalnie, proszę panów — odpowiedział Szwejk. — Co prawda, nie mam ani
                      głosu, ani słuchu muzykalnego, ale jeśli panowie chcą użyć przyjemności, to
                      spróbuję spełnić wasze życzenie.

                      I Szwejk zaśpiewał:

                      Hej, ten młody mnich na ławie
                      Czoło nad prawicą skłonił
                      I na blade swe policzki
                      Dwie gorące łzy uronił...

                      — Dalej nie umiem — mówił Szwejk. — Jeśli panowie chcą, to zaśpiewam co innego:

                      O, jak mi ciężko dziś na sercu,
                      Jak ciężko piersi się oddycha,
                      Gdy cicho siedzę, z myślą się biedzę,
                      A pierś za dalą tęsknie wzdycha...

                      — I tego też dalej nie umiem — westchnął Szwejk. — Umiem jeszcze pierwszą
                      strofę Kde domow muj*[8] i Jenerał Windischgrätz i wojenne pany od samego
                      wschodu słońca wojowały, i jeszcze parę takich ludowych piosenek jak np. Boże
                      chroń cesarza, Jakeśmy szli do Jaromierza i Bądź tysiąckroć pozdrowiona...

                      Obaj panowie doktorzy spojrzeli po sobie i jeden z nich zadał Szwejkowi pytanie:

                      — Czy wasz stan umysłowy był już kiedy badany?

                      — W wojsku — odpowiedział Szwejk dumnie i uroczyście — byłem przez panów
                      wojskowych lekarzy urzędowo uznany jako notoryczny idiota.

                      — Mnie się zdaje, że jesteście symulant! — krzyknął drugi lekarz na Szwejka.

                      — Ja, proszę panów — bronił się Szwejk — nie jestem żaden symulant, ja jestem
                      naprawdę idiota, możecie się panowie spytać w kancelarii 91 pułku w Czeskich
                      Budziejowicach albo w Komendzie Uzupełnień w Karlinie.

                      Starszy lekarz zrobił ręką beznadziejny gest, a wskazując na Szwejka rzekł do
                      pielęgniarzy:

                      — Temu człowiekowi oddacie ubranie i przeniesiecie go na trzeci oddział do
                      pierwszego korytarza, potem jeden z was wróci i zaniesie wszystkie jego papiery
                      do kancelarii. I powiecie tam, niech się śpieszą i prędko sprawę załatwiają,
                      żebyśmy go tu zbyt długo nie
                      • Gość: GoLem Rozdział 4 part2 IP: *.icpnet.pl 11.08.04, 14:15
                        — W wojsku — odpowiedział Szwejk dumnie i uroczyście — byłem przez panów
                        wojskowych lekarzy urzędowo uznany jako notoryczny idiota.

                        — Mnie się zdaje, że jesteście symulant! — krzyknął drugi lekarz na Szwejka.

                        — Ja, proszę panów — bronił się Szwejk — nie jestem żaden symulant, ja jestem
                        naprawdę idiota, możecie się panowie spytać w kancelarii 91 pułku w Czeskich
                        Budziejowicach albo w Komendzie Uzupełnień w Karlinie.

                        Starszy lekarz zrobił ręką beznadziejny gest, a wskazując na Szwejka rzekł do
                        pielęgniarzy:

                        — Temu człowiekowi oddacie ubranie i przeniesiecie go na trzeci oddział do
                        pierwszego korytarza, potem jeden z was wróci i zaniesie wszystkie jego papiery
                        do kancelarii. I powiecie tam, niech się śpieszą i prędko sprawę załatwiają,
                        żebyśmy go tu zbyt długo nie mieli na karku.

                        Lekarze rzucili jeszcze jedno miażdżące spojrzenie na Szwejka, który z
                        szacunkiem cofał się ku drzwiom i grzecznie się kłaniał. Na pytanie jednego z
                        pielęgniarzy, dlaczego robi takie głupstwa, odpowiedział:

                        — Ponieważ jestem nie ubrany, czyli nagi, więc nie chcę na tych panów nic
                        takiego wypinać, żeby nie powiedzieli, że jestem niegrzeczny albo cham.

                        Od chwili gdy dozorcy otrzymali rozkaz zwrócenia Szwejkowi ubrania, nie
                        okazywali mu żadnej troskliwości. Nakazali, aby się ubrał, a jeden z nich
                        odprowadził go na trzeci oddział, gdzie przez tych kilka dni, zanim w
                        kancelarii załatwiono urzędowo sprawę jego wylania ze szpitala, Szwejk miał
                        sposobność poczynienia ciekawych spostrzeżeń. Rozczarowani lekarze wystawili mu
                        świadectwo, że jest „symulantem upośledzonym na umyśle”, a ponieważ ze szpitala
                        wydalili go przed obiadem, doszło do drobnego zatargu.

                        Szwejk oświadczył, że jeśli go z domu wariatów wyrzucają, to powinni dać mu
                        obiad.

                        Awanturze położył kres policjant wezwany przez odźwiernego. Szwejk został
                        zaprowadzony do komisariatu przy ulicy Salma.
                        • Gość: IGor Szwejk w komisariacie policji przy ulicy Salma IP: *.icpnet.pl 11.08.04, 14:19
                          Po pięknych, słonecznych dniach spędzonych w domu wariatów zwaliły się na
                          Szwejka godziny ciężkich prześladowań. Inspektor policji Braun zaaranżował
                          scenę spotkania ze Szwejkiem z okrucieństwem rzymskich żołdaków z czasów
                          przemiłego cesarza Nerona Tak jak wtedy mawiano: „Rzućcie tego łajdaka
                          chrześcijanina lwom!” — tak inspektor Braun rzekł twardo:

                          — Za kratę z nim!

                          Ani słówka więcej, ani mniej. Tylko w oczach inspektora policji Brauna pojawił
                          się błysk perwersyjnej rozkoszy. Szwejk skłonił się i rzekł z godnością:

                          — Jestem gotów, panowie. Mniemam, że krata znaczy to samo co separacja, a to
                          jeszcze nie najgorsze.

                          — Nie pytlujcie nam tu za wiele — odpowiedział policjant, na co Szwejk
                          zareplikował:

                          — Jestem całkiem skromny i wdzięczny za wszystko, co panowie dla mnie uczynić
                          raczą.

                          W celi siedział na pryczy mąż niejaki w głębokiej zadumie. Siedział apatycznie.
                          Gdy klucz zazgrzytał w zamku, miał taką minę, jakby ani przez chwilę nie
                          przypuszczał, że otwierają drzwi, aby go wypuścić na wolność.

                          — Moje uszanowanie wielmożnemu panu — rzekł Szwejk siadając obok niego na
                          pryczy. — Która też może być godzina?

                          — Ja na godzinę gwiżdżę — odpowiedział mąż zamyślony.

                          — Jest tu nie najgorzej — nawiązywał Szwejk rozmowę — na przykład ta prycza
                          jest z drzewa heblowanego.

                          Poważny człowiek nie odpowiedział, ale wstał i zaczął chodzić po celi krokiem
                          szybkim, przemierzając przestrzeń między pryczą a drzwiami jakby się śpieszył i
                          pragnął coś uratować.

                          Tymczasem Szwejk z dużym zainteresowaniem przyglądał się napisom nagryzmolonym
                          na ścianach. Był tam na przykład jeden napis, którego autor przysięgał niebu
                          toczyć z policją walkę na śmierć i życie. Tekst był taki:

                          „Dam ja wam, dranie.”

                          Inny więzień napisał:

                          „Całujcie mnie w nos, koguty.”*[9]

                          Inny stwierdził prosty fakt:

                          „Siedziałem tu 5 czerwca 1913 i obchodzono się ze mną przyzwoicie. Józef
                          Mareczek, kupiec z Vrszovic.”

                          Ale był tu też jeden napis wstrząsający do głębi:

                          „Łaski, wielki Boże!” — a pod tym dopisek:

                          „Pocałujcie mnie w d.”

                          Litera „d” była przekreślona, a na boku dużymi literami dopisano: „połę”. Jakaś
                          dusza poetycka napisała obok tego wiersz:

                          Nad strumykiem zasmucony siedzę,
                          Góra słonko złote przesłoniła,
                          A ja tęsknym okiem w dal spoglądam,
                          Tam gdzie mieszka moja miła.

                          Człowiek, który biegał między drzwiami a pryczą tak szybko, jakby chciał zdobyć
                          rekord w biegu maratońskim, zatrzymał się zdyszany, usiadł na dawnym swoim
                          miejscu, wsparł głowę na dłoniach i ryknął nagle:

                          — Wypuśćcie mnie na wolność!

                          — Nie, oni mnie nie wypuszczą — odpowiadał sam sobie — nie wypuszczą i nie
                          wypuszczą. Jestem tutaj już od godziny szóstej rano.

                          Stał się nagłe rozmowny, wyprostował się i zapytał Szwejka:

                          — Czy nie ma pan przypadkiem rzemiennego pasa, żebym mógł z tym skończyć!

                          — Z miłą chęcią mogę panu służyć — odpowiedział Szwejk odpinając pas. — Jeszcze
                          nigdy nie widziałem, jak się ludzie w areszcie wieszają na rzemiennym pasie.
                          Tylko z tym kłopot — mówił Szwejk rozglądając się dokoła — że tu nigdzie nie ma
                          porządnego haka. Klamka okienna pana nie utrzyma. Chyba że powiesiłby się pan
                          klęcząc na pryczy, jak zrobił ten mnich w klasztorze emauskim, co się powiesił
                          na krucyfiksie przez jedną młodą Żydówkę. Ja samobójców bardzo lubię. Dalej, a
                          żwawo!
                          • Gość: BeHeMot 2 Szwejk w komisariacie policji przy ulicy Salm IP: *.icpnet.pl 11.08.04, 14:23
                            Ponury człowiek, któremu Szwejk wetknął pas w rękę, spojrzał na rzemień, cisnął
                            go w kąt i wybuchnął płaczem, rozmazując brudnymi rękami łzy po całej twarzy.
                            Skrzeczącym głosem wyrzucał przy tym zdanie za zdaniem:

                            — Ja mam dziateczki, ja się tu dostałem za pijaństwo i za niemoralne życie,
                            Jezus Maria, moja biedna żona, co też powiedzą teraz w urzędzie? Ja mam
                            dziateczki, ja tu jestem za pijaństwo i życie niemoralne. — I tak dalej w kółko
                            i bez końca.

                            Wreszcie uspokoił się trochę, podszedł ku drzwiom i zaczął w nie kopać i walić
                            pięściami. Za drzwiami dały się słyszeć kroki i ozwał się głos:

                            — Czego tam?

                            — Wypuśćcie mnie na wolność! — rzekł aresztant takim głosem, jakby wolność była
                            do istnienia koniecznie potrzebna.

                            — Gdzie wam tak pilno? — pytano z drugiej strony drzwi.

                            — Do urzędu — odpowiedział nieszczęśliwy ojciec, małżonek, urzędnik, pijak i
                            rozpustnik.

                            Ozwał się śmiech, upiorny śmiech wśród ciszy korytarza, i kroki się oddaliły.

                            — Jeśli się nie mylę, to ten pan nienawidzi pana, skoro się z pana tak śmieje —
                            mówił Szwejk, podczas gdy złamany na duchu mąż usiadł znowu obok niego. — Taki
                            dozorca jest zdolny do wszystkiego, gdy się rozzłości. Niech pan siedzi
                            spokojnie, skoro nie chce się pan powiesić, i niech pan czeka, co będzie dalej.
                            Jeśli pan jest urzędnikiem, żonatym i jeszcze do tego ma pan dzieci, to zgadzam
                            się, że to jest straszne. Jeśli się nie mylę, to pan jest przekonany, że pana
                            wydalą z urzędu.

                            — Tego panu powiedzieć nie mogę — westchnął zapytany — ponieważ sam już nie
                            pamiętam, co wyrabiałem. Wiem tylko tyle, że mnie skądś wyrzucili i miałem tam
                            wrócić, aby zapalić sobie cygaro. Ale przedtem to wszystko tak się ładnie
                            zaczęło. Naczelnik naszego wydziału obchodził imieniny i zaprosił nas do pewnej
                            winiarni, potem poszliśmy do drugiej, do trzeciej, do czwartej, do piątej, do
                            szóstej, do siódmej, do ósmej, do dziewiątej...

                            — Może pan sobie życzy, żeby mu pomóc liczyć — zapytał Szwejk. — Ja się na tych
                            rzeczach znam, bo pewnej nocy byłem w dwudziestu ośmiu lokalach. Ale muszę się
                            pochwalić, że nigdzie nie zamawiałem więcej niż trzy piwa.

                            — Jednym słowem — mówił dalej nieszczęśliwy podwładny pana naczelnika, który
                            tak wspaniale obchodził imieniny — gdyśmy absolwowali z tuzin tych speluneczek,
                            zauważyliśmy, że pan naczelnik nam się gdzieś zapodział, pomimo że uwiązaliśmy
                            go na szpagacie i wodziliśmy z sobą jak pieska. Więc gdy nam zginął, poszliśmy
                            go szukać, a przy tym szukaniu poginęliśmy sobie nawzajem, aż wreszcie sam
                            jeden znalazłem się w nocnym lokalu na Vinohradach, a był to lokal przyzwoity,
                            gdzie piłem jakiś likier prosto z butelki. Co później jeszcze robiłem, tego już
                            nie pamiętam, wiem tylko tyle, że już w komisariacie, gdy zostałem tutaj
                            przyprowadzony, obaj policjanci, co mnie przyprowadzili, składali raport, że
                            się upiłem, że się zachowywałem niemoralnie, że pobiłem pewną damę, że
                            scyzorykiem porżnąłem czyjś kapelusz, który zdjąłem z wieszaka, rozpędziłem
                            damską kapelę, oskarżyłem publicznie oberkelnera, że ukradł mi dwadzieścia
                            koron, przetrąciłem marmurową płytę stołu, przy którym siedziałem, i rozmyślnie
                            naplułem w czarną kawę pewnemu panu, który siedział przy sąsiednim stole.
                            Więcej nic nie zrobiłem, a przynajmniej nie mogą sobie przypomnieć, abym zrobił
                            jeszcze coś takiego. I proszę mi wierzyć, że jestem taki porządny, inteligentny
                            człowiek, który nie myśli o niczym innym, tylko o swojej rodzinie. Co pan na to
                            wszystko powie? Przecież ja nie jestem żaden awanturnik.

                            — Dużo też pan miał roboty z przetrąceniem tej płyty marmurowej? — zapytał
                            Szwejk okazując duże zainteresowanie. — Czy może przetrącił ją pan od jednego
                            zamachu?

                            — Od jednego — odpowiedział inteligentny pan.

                            — W takim razie jest pan zgubiony — rzekł Szwejk w zamyśleniu. — Dowiodą panu,
                            że pan się do tego przygotowywał pilnym ćwiczeniem. A ta kawa obcego pana, w
                            którą pan napluł, czy była z rumem, czy bez rumu? — I nie czekając odpowiedzi
                            wyjaśnił: — Jeśli była z rumem, to sprawa będzie gorsza, ponieważ taka kawa
                            jest droższa. W sądzie oblicza się wszystko skrupulatnie, żeby można było
                            doliczyć się przynajmniej grubej zbrodni.

                            — W sądzie — jęknął bezradnie sumienny ojciec rodziny i opuściwszy głowę popadł
                            w niemiły stan, w którym człowieka żrą wyrzuty sumienia.[10]

                            — A czy w domu wiedzą już, że pan się dostał za kratę? — pytał Szwejk. — Czy
                            też będą czekali, aż o tym będzie w gazetach?

                            — Pan sądzi, że to się dostanie do gazet? — naiwnie spytała ofiara imienin
                            swego przełożonego.

                            — To więcej niż — pewne — brzmiała surowa odpowiedź, bowiem Szwejk nigdy nie
                            miał zwyczaju ukrywać coś przed ludźmi. — Wszystkie te rzeczy będą się
                            czytelnikom gazet ogromnie podobały. Ja też bardzo lubię odczytywać rubrykę o
                            pijanicach i o awanturach. Niedawno temu „Pod Kielichem” pewien gość nie zrobił
                            nic takiego, tyle tylko, że sam sobie stłukł kufel na głowie. Podrzucił go do
                            góry i stanął pod nim. Odwieźli go z gospody, a rano już o tym czytaliśmy. Albo
                            na przykład w „Bendlovce” dałem razu pewnego jednemu karawaniarzowi w pysk, a
                            on mi oddał. Abyśmy się mogli pogodzić, musieli nas obu aresztować i zaraz było
                            o tym w wieczornych gazetach. Albo gdy w kawiarni „Pod Trupem” stłukł pan radca
                            dwa talerzyki, to myśli pan, że mieli wzgląd na niego? Zaraz na drugi dzień był
                            w gazetach. Może pan zrobić tylko tyle, że z aresztu pośle pan do gazet
                            sprostowanie, iż wiadomości, które zostały zamieszczone, nie dotyczą pana, i że
                            z tym panem, o którym mowa, nie jest pan ani spokrewniony, ani zaprzyjaźniony.
                            Zaś do domu napisze pan, żeby panu to sprostowanie z gazety wycięli; przeczyta
                            je pan sobie, jak odsiedzi karę.

                            — Czy panu nie chłodno? — zapytał Szwejk ze współczuciem, gdy zauważył, że
                            inteligentny pan się trzęsie. — W tym roku koniec lata jest trochę chłodnawy.

                            — Ja jestem skompromitowany — zapłakał towarzysz Szwejka. — Kariera moja
                            skończona.

                            — A tak — najchętniej zgadzał się Szwejk. — Gdy po odsiedzeniu kary nie przyjmą
                            pana na dawne stanowisko, to nie wiem, czy tak łatwo znajdzie pan inne miejsce,
                            bo każdy pracodawca, choćby i hycel, żąda świadectwa moralności. Święta prawda,
                            że taka chwilka rozkoszy, jakiej pan wtedy zażył, nie opłaca się. A czy
                            małżonka pańska i dzieci mają środki utrzymania przez ten czas, kiedy pan tu
                            będzie siedział? Czy też będzie musiała chodzić i żebrać i uczyć dzieci różnych
                            występków.
                            • Gość: BelZeBub 3 Szwejk w komisariacie policji przy ulicy Salm IP: *.icpnet.pl 11.08.04, 14:25
                              Ozwało się łkanie.

                              — Moje biedne dziatki! Moja biedna żona!

                              Skruszony grzesznik wstał i rozgadał się o swoich dziatkach: ma ich pięcioro,
                              najstarszy ma lat dwanaście i należy do tych tam skautów. Pije tylko wodę, a
                              ojciec powinien sobie brać przykład z niego, taki ojciec, który po raz pierwszy
                              w życiu dopuścił się takich rzeczy.

                              — Do skautów należy? — zapytał Szwejk. — Bardzo lubię słuchać opowiadania o
                              tych skautach. Pewnego razu w Mydlovarach koło Zlivia, obwód Hluboka, powiat
                              Czeskie Budziejowice, akurat wtedy, jakeśmy tam — 91 pułk — mieli ćwiczenia,
                              chłopi okoliczni zrobili obławę na skautów w lesie gminnym, bo im się tam
                              bardzo rozplenili. Złapali trzech. Ten najmniejszy z nich, gdy go wiązali,
                              kwilił, piszczał i tak narzekał, że my, zahartowane wojaki, nie mogliśmy na to
                              patrzeć i woleliśmy odejść. Przy tym wiązaniu ci trzej skauci pokąsali ośmiu
                              chłopów. Potem na mękach u wójta, pod trzciną, zeznali, że w całej okolicy nie
                              ma ani jednej łąki, której nie byliby wygnietli, gdy się wygrzewali na słońcu,
                              dalej, że koło Razic przed samymi żniwami jeden łan żyta na pniu spalił się
                              tylko skutkiem nieszczęśliwego wypadku, kiedy sobie w życie na rożnie piekli
                              sarenkę, upolowaną za pomocą noża w lesie gminnym. W ich kryjówce leśnej
                              znaleziono przeszło pół korca ogryzionych kości drobiu i dziczyzny, ogromne
                              mnóstwo pestek czereśni, zatrzęsienie ogryzków z niedojrzałych jabłek i inne
                              dobre rzeczy.

                              Ale niefortunny ojciec skauta nie dał się pocieszyć.

                              — Co ja zrobiłem? — biadał. — Reputację mam zmarnowaną.

                              — Słusznie pan powiedział — rzekł Szwejk z wrodzoną szczerością. — Po tym, co
                              się stało, musi pan mieć reputację zmarnowaną na całe życie, ponieważ znajomi
                              pańscy dodadzą jeszcze to i owo do tego, co będą czytali w gazetach o panu. To
                              się zawsze tak robi, ale niech pan się tym nie przejmuje. Takich ludzi, co mają
                              zaszarganą albo zmarnowaną reputację, jest na świecie przynajmniej dziesięć
                              razy tyle, co ludzi z dobrą reputacją. To taka drobnostka, o której nie warto
                              gadać.

                              Na korytarzu dały się słyszeć ciężkie kroki, klucz zazgrzytał w zamku, drzwi
                              się otworzyły, a od progu policjant wywołał Szwejka po imieniu i nazwisku.

                              — Przepraszam pana — rzekł rycerski Szwejk — ja tu jestem dopiero od godziny
                              dwunastej, a ten pan już od szóstej rano, więc mnie niepilno.

                              Zamiast odpowiedzi krzepka ręka policjanta wyciągnęła Szwejka na korytarz i bez
                              jednego słowa poprowadziła go po schodach na piętro.

                              W drugim pokoju przy stole siedział komisarz policji, otyły pan o dobrodusznym
                              wyglądzie. Pan ten ozwał się uprzejmie:

                              — Aha, to pan jest ten Szwejk? A w jaki sposób pan się tutaj dostał?

                              — W sposób najzwyczajniejszy — odpowiedział Szwejk. — Przyprowadził mnie tu
                              jeden pan policjant, ponieważ nie chciałem się zgodzić na to, żeby mnie z domu
                              wariatów wyrzucili na czczo. Bo to jest tak, jakby mnie uważali za taką dziewkę
                              z ulicy, co to ją można kopnąć.

                              — Wie pan co, panie Szwejk — rzekł uprzejmie pan komisarz. — Na co nam tu, na
                              Salmovcu, ten cały ambaras? Czy nie lepiej będzie, gdy poślemy pana do dyrekcji
                              policji?

                              — Pan jest, że się tak wyrażę, panem sytuacji — mówił Szwejk spokojnie. — Teraz
                              pod wieczór taki spacerek będzie bardzo przyjemny.

                              — Bardzo mi miło, żeśmy się tak łatwo dogadali — rzekł wesoło komisarz
                              policji. — Najlepiej żyć w zgodzie. Prawda, panie Szwejk?

                              — Ja też bardzo lubię zgodzić się z każdym — odpowiedział Szwejk. — Ja pańskiej
                              dobroci nigdy nie zapomnę. Niech mi pan wierzy, panie komisarzu.

                              Skłoniwszy się grzecznie, wyszedł z policjantem i już po upływie kwadransa
                              widać było Szwejka pod opieką tegoż policjanta na rogu ulicy Jęczmiennej i
                              Placu Karola. Policjant miał pod pachą dużą księgę z niemieckim
                              napisem: „Arrestantenbuch”[11].

                              Na rogu ulicy Spalonej Szwejk, idący ze swoim towarzyszem, zetknął się z tłumem
                              ludzi tłoczących się dokoła wielkiego obwieszczenia.

                              — To manifest najjaśniejszego pana o wypowiedzeniu wojny — rzekł policjant do
                              Szwejka.

                              — Ja to przewidziałem — rzekł Szwejk — ale u wariatów nic jeszcze o tym nie
                              wiedzą, chociaż powinni by to mieć z pierwszej ręki.

                              — Jak pan to rozumie? — zapytał policjant Szwejka.

                              — Ponieważ u wariatów siedzi pod kluczem dużo panów oficerów — tłumaczył
                              Szwejk, a gdy zrównali się z tłumem stojącym przed manifestem, zawołał: —
                              Cesarz Franciszek Józef niech żyje! Te wojnę wygramy!

                              Ktoś z nadmiaru entuzjazmu wcisnął Szwejkowi kapelusz na uszy, po czym dobry
                              wojak Szwejk, otoczony zbiegowiskiem ludzi, wkroczył po raz drugi w bramę
                              dyrekcji policji.

                              — Tę wojnę wygramy z całą pewnością, powtarzam to jeszcze raz, panowie! —
                              zawołał Szwejk rozstając się z tłumem, który mu towarzyszył.

                              A gdzieś z mrocznej otchłani wieków przybliżała się ku Europie prawda, że dzień
                              jutrzejszy zniweczy plany teraźniejszości.
Pełna wersja