byt
28.11.02, 15:48
Niemiecki balkon
Tygodnik "Wprost", Nr 1044 (01 grudnia 2002)
Niektórzy Niemcy nie chcą pojąć, że na zawsze straciliśmy szansę odgrywania
roli światowego mocarstwa
Arnulf Baring
Słynący z kontrowersyjnych wypowiedzi niemiecki historyk i politolog, autor
wielu książek, m.in. "Czy Niemcom się uda?". Pracował w Harvard University w
Cambridge, w Berlinie, w Princeton i w Oxfordzie. Przez wiele lat był
działaczem SPD, ale socjaldemokraci wykluczyli go ze swych szeregów. Obecnie
utożsamia się z chadecką CDU.
Co nagle napadło Niemców? To przecież Amerykanie, zaledwie dwa lata po II
wojnie światowej, pomogli nam stanąć na nogi (dzięki planowi Marshalla) i
osłaniali nasze plecy przed rosyjskim imperializmem. To oni stworzyli most
powietrzny (w latach 1948-1949) i uratowali wolność dla zachodniego Berlina.
To oni przez pół wieku trzymali od nas Rosjan z daleka. Siły zbrojne USA
przez dziesięciolecia niezłomnie chroniły Niemcy Zachodnie i
otoczoną "czerwonym morzem" zachodnioberlińską wyspę. Waszyngtońskie
administracje, począwszy od Harry'ego Trumana, energicznie zabiegały o
osadzenie Republiki Federalnej Niemiec w zachodnioeuropejsko-atlantyckich
systemach i paktach, od NATO do Unii Europejskiej. W odróżnieniu od Wielkiej
Brytanii czy Francji, USA nie obawiały się nas. Równie energicznie
doprowadziły w latach 1989-1990 do naszego zjednoczenia. Ten wspaniały sukces
nie zawdzięczamy nikomu innemu tylko ówczesnemu amerykańskiemu prezydentowi
George'owi Bushowi i ministrowi spraw zagranicznych Jamesowi Bakerowi. Czy o
tym już w Niemczech zapomniano? Powodowany strachem o przegranie wyborów do
Bundestagu kanclerz Gerhard Schröder naraził niemiecko-amerykańską przyjaźń,
gdy zapowiedział, że Niemcy nie będą uczestniczyć w ewentualnej wojnie
przeciw Irakowi. Wygląda na to, że miarodajne kręgi polityczne lewicy nie
pamiętają o jedynej, naprawdę ważnej nauce dla naszej przyszłości,
wynikającej z czasów sprzed roku 1945 - Niemcy wewnątrz Europy nigdy nie mogą
w polityce zagranicznej popaść w izolację. Musimy się oprzeć na USA, by na
trwałe ustabilizować naszą pozycję.
Pułapka "niemieckiej drogi"
Nie znaczy to, że wszystko co amerykańskie należy naśladować. Nikt nie musi
pić coca-coli i jeść hamburgerów u McDonalda. Podstawą międzynarodowych
sojuszów są interesy. Okazywanie przyjaźni jest przy tym elementem
emocjonalnym, by niezbędne w demokracji sojusze można zaakceptować na
politycznej płaszczyźnie. Nie do przyjęcia, wręcz niedopuszczalne jest
publiczne imputowanie Waszyngtonowi awanturniczości. I to bez przymusu ani
zrozumiałej przyczyny, z czystej kalkulacji wyborczej. Takie postępowanie nie
pozostaje bez konsekwencji: izolacji naszego kraju i zrażenia się naszego
najważniejszego sojusznika. Czy nikt nie mógł powstrzymać kanclerza przed
wkroczeniem na tę rzekomo ponętną "niemiecką drogę"? Wszyscy poważni
niemieccy i zagraniczni analitycy ostrzegali przecież od dziesięcioleci,
byśmy już nigdy nie wkraczali na te niemieckie drogi, które już przed
stuleciem doprowadziły nasz kraj do nieszczęścia. W oświadczeniu z jesieni
ubiegłego roku o "nieograniczonej solidarności" z USA szef naszego rządu
posunął się zbyt daleko. Obecnie wykazuje brak poczucia proporcji w odwrotnym
kierunku. W budzącym grozę zdystansowaniu się od USA, a na dodatek od ONZ -
co mu wyraźnie odradzano - lekką ręką burzy to, co uważam za najważniejszy
dorobek Niemiec okresu powojennego: że można na nas liczyć, że uchodziliśmy
zawsze za roztropnych i niezawodnych partnerów.
Podskórny antyamerykanizm
Czym tłumaczyć, że szerokie warstwy ludności z zadowoleniem podążają za
Schröderem na bezdroża? Nasz podskórny antyamerykanizm jest stary i ma wiele
korzeni. Gra w nim rolę strach, naiwna tęsknota za pokojem, czyli nadzieja,
że nas wróg nie dostrzeże, gdy jak dzieci zasłonimy przed nim oczy. Jak
twierdził Raymond Aron, od 1945 r. Europejczycy przeżywali (dotyczy to
zwłaszcza nas, Niemców) historię świata z odległości jak z balkonu.
Ograniczali się w istocie do dobrych rad dla tych na dole. Przy okazji
chętnie podkreślając poczucie moralnej wyższości, fałszywą dumę z rzekomego
uwrażliwienia, jakoby wyostrzonej u Niemców świadomości krzywdy. Niestety,
można w tym znaleźć bezpodstawną niemiecką wyniosłość (powołującą się na
kulturotwórczy wkład z przeszłości). Mocarstwa światowe nigdy nie są
popularne. Ściągają na siebie zasłużoną i niezasłużoną krytykę. Równocześnie
ważną rolę odgrywa zazdrość, właśnie w Niemczech, które katastrofalnie
przegranej wojny być może nigdy rzeczywiście nie przetrawiły. Niektórzy
Niemcy nie chcą przyjąć do wiadomości, że na zawsze straciliśmy szansę
odgrywania roli mocarstwa, a część opinii publicznej szuka możliwości
odzyskania choćby cząstki z tej przegranej szansy, występując w roli
przedniej straży w walce o prawa człowieka na całej kuli ziemskiej. W tym
sensie świat miałby być uzdrawiany na niemiecką modłę. W wyobrażeniach tych
dudnią resentymenty zestarzałej lewicy, aktywnej podczas wojny w Wietnamie i
po 1968 r. U schyłku lewica powraca do stereotypów z młodości. W walce
wyborczej o ratowanie czerwono-zielonej koalicji kanclerz i jego minister
spraw zagranicznych bez zastanowienia się powrócili do negacji USA.
Na kolanach Albright
Z powodu przeszłości i wcześniejszej, krytycznej postawy wobec Ameryki
Gerhard Schröder i Joschka Fischer musieli po 1998 r. podkreślać swoje
przyjazne nastawienie, by ich zaakceptowano w Waszyngtonie. Ten nagły zwrot w
poglądach nie przyszedł od razu, potrzebowali miesięcy aklimatyzacji. Później
określano, że Fischer siedział na kolanach Madeleine Albright. Najpierw
jednak świeżo upieczony szef dyplomacji swoim wystąpieniem, kiedy zażądał
wyrzeczenia się przez Amerykanów pierwszeństwa do uderzenia atomowego,
wywołał w Waszyngtonie osłupienie. Już wtedy mówiono: jeśli Berlin nie
dostrzega skutków tak niepoważnych wymysłów, szybko może popaść w izolację,
jak na początku XX wieku. Paralela ta opiera się też na tym, że ówczesne
przywództwo, podobnie jak dzisiejsze, w małym stopniu zdawało sobie sprawę,
dlaczego ich mowy odbierane były w innych stolicach z niepokojem. Pod koniec
pierwszej kadencji kanclerz Gerhard Schröder i minister spraw zagranicznych
Niemiec Joschka Fischer wylądowali tam, gdzie zaczynali przed czterema laty.
Niczego się nie nauczyli i niczego nie pojęli. Skutki i szkody ich
postępowania będziemy musieli ponosić wspólnie. Pozostaje mieć nadzieję, że
polscy sąsiedzi, nasi najważniejsi wschodni partnerzy, wyperswadują w
przyszłości Niemcom podobne, nieprzemyślane eskapady. Kiedy Polska jako
członek NATO, lecz także UE, mocno zakotwiczy się po naszej stronie, zapewne
będzie tę najważniejszą naukę z najmłodszej przeszłości przypominała
zapominalskim Niemcom, że obecność USA w Europie jest nie do zastąpienia. Po
bolesnych dziesięcioleciach sowieckiego ucisku w Warszawie dobrze wiedzą,
jakie znaczenie mają Stany Zjednoczone dla zabezpieczenia wolności na naszym
kontynencie.