tadeusz542
12.12.06, 19:42
Równo o północy z 12 na 13 Grudnia 1981 roku przerwali nadawanie filmu na I
programie TV i dwoje spikerów powiedziało coś takiego:
Kończymy dzisiejszy program Do widzenia Państwu !
A my z żoną na to - Skandal co za traktowanie ludzi , szkoda ,że nie mam
telefonu bo bym im powiedział , i ... poszliśmy spać.
Rano się budzę jak zwykle przed dziewiątą - włączam telewizor bo lubiłem
Teleranek chociam był na niego za stary a w telewizorze buuuuuuuuuuuuuuuuuu
i nic więcej , myślę zaczną od dziewiątej.
Włączam radio a tam marsze i smętne zawodzenia, myślę umarł ktoś ważny , może
sam Jaruzel bo po kim by tak smędzili.
A tu za chwilę pip, pip, pip i Jaruzel zaczyna swoje wystąpienie:
Myślę sobie - taktycznie piękne posunięcie - dzisiaj jest niedziela to nikogo
w zakładach nie ma - jak ludzie pójdą do roboty w poniedziałek będzie po
kartoflach.
Słucham a tu spiker co drugie słowo : za niemanie tego , zrobienie tamtego ,
pierdnięcie na tego , uchylanie się od tamtego grozi od lat dwóch do kary
śmierci włącznie.
Koniec Świata sobie myślę kiedy facet oznajmia, godzinę milicyjną i
konieczność posiadania pozwoleń na poruszanie się po godzinie milicyjnej /np
do roboty/ bo ja miałem trzecią zmianę.
Żona mnie pożegnała jakbym szedł na egzekucję sama sprawdziła mi torbę pod
kątem zawartości kleju i ulotek po czym wychodze w noc ciemną bez wymaganej
bumagi w każdej chwili spodziewam sie strzału w plecy ale idę na przystanek -
nic nie jedzie i nie pojedzie.
Zasuwam z Kozielskiej do Gonaru na Obroki czyli z Centrum miasta pod granicę
z Chorzowem piechotą.
Jestem na Gliwickiej naprzeciw dawnego boiska gdzie dzisiaj jest IMAX i
konstatuję ,że nie mam nie tylko bumagi ale też zapomniałem jakiegokolwiek
dokumentu.
No cóż myślę sobie - znam teren i jakby co to pozostaje pitanto:
Ale idę i idę i idę - minęła mnie jakaś Nyska Milicyjna i ani żywego ducha
dochodze do Gonaru bez napotkania kogokolwiek - patroli żadnych .
Wracam rano z roboty - też ani jednego żołnierza czy gliniarza, po drodze
maluję dla treningu kredą dwie PW i nic się nie dzieje.
Dwa czołgi zobaczyłem parę dni potem stojące na placu Miarki - Stały i tyle
Ogólnie w całym Grudniu nie zaczepił mnie ktokolwiek , i wśród nocy ciemnej
nie spotkałem ani jednego przedstawiciela Junty, idąc do roboty robiłem po
drodze klepanko to znaczy miałem rozłożony na dłoni karteluszek z tym co
akurat tam nabazgrałem pokidany klejem podchodziłem z tym do odpowiedniego
miejsca robiłem "klep" i szedłem jaby nigdy nic dalej.
Ale długo toto nigdy z początku nie wisiało jak szedłem drugi raz nigdy tego
już nie było ale nie ryzykowałem dwa razy pod rząd w tym samym miejscu
W Styczniu po Nowym Roku przestali się wygłupiać z zezwoleniami bo jak
poszedłem wreszcie po ten świstek to już tego nie wydawali.
Luty . Marzec i Kwiecień minął mi na sporadycznych pojedynkach słownych z
aktywem partyjnym który wykonywał swoje zadanie agitacji a piątego maja o
1140 zabrali mnie z roboty do komendy na "parę minut rozmowy" i po dwóch
dniach dostarczyli mi do ancla Decyzję o Internowaniu nr 432/V-2 na druku nr
CC00081* datowaną na 6.05.1982r.z adnotacją ,że w/wym. po wprowadzeniu stanu
wojennego nie zaniechał działalności związkowej i tak zrobili ze mnie
działacza Solidarności bo to co robiłem do tej pory to robiłem na własne
konto, Chyba będę musiał wystąpić o odszkodowanie za takie pohańbienie.
No to tyle wspomnień z tego mrocznego ale też humorystycznego okresu
historii Polski.