murcek
01.12.03, 09:13
Mimo że cieszą gigantyczne przemiany w powojennej Europie, które przyniosły
kres krwiożerczej zaborczości Rzeszy Niemieckiej, mimo upadku Muru
Berlińskiego i rozpadu Związku Radzieckiego, odrodzenia niepodległej i
demokratycznej Polski - ciągle jakieś niedopały minionych czasów wychodzą na
powierzchnię rzeczywistości i zaskakują. Jak wiemy, Polska po 1989 roku
uregulowała remanenty pogranicza niemiecko-polskiego; mamy mniejszość
niemiecką, niemieckie szkoły i podwójne obywatelstwo. Otwarto granicę.
Regulacje pomiędzy państwem polskim i niemieckim uchodzą w Europie za
wzorcowe. Tymczasem Ślązacy w Niemczech, ci, którzy przyjęli obywatelstwo
niemieckie - a jest ich tam bodaj milion - występują dziś w swoich parafiach
z żądaniami polskich mszy.
A ponieważ nie są mniejszością narodową, ich dezyderaty nie mogą być
spełniane. Przede wszystkim nie zgadzają się na polskie msze rady parafialne,
a bez tego proboszcz - gdyby nawet chciał się zgodzić - nic nie może zrobić.
Mimo że kościoły stoją puste, rzecz nie może ruszyć z miejsca i staje się
sprawą wagi państwowej.
Z drugiej strony w Niemczech istnieje pojęcie "Muttersprachy", czyli języka
dzieciństwa, który w śląskim pogranicznym kościele był uznawany w
konfesjonale, modlitwie i we mszach, a który nie może być realizowany w
Niemczech. D z i ś Ślązacy w Niemczech walczą o prawo do
swojej "Muttersprachy"! Niemcy z wielką bezradnością i zaskoczeniem przyjmują
u siebie ten nowy przejaw regionalizmu śląskiego i zaczyna się mówić o
odrodzeniu polskości u obywateli niemieckich pochodzących z Górnego Śląska.
Dziennik Zachodni 29 listopada 2003