cytrynka3
09.09.04, 04:06
Witam ciepło
Stukam z USA. Od kilku dni trzyma mnie nostalgiczny dół. Zastanawiam się,
gdzie chcę być, tu, czy w Polsce. Gdzie jest moje miejsce?
Czuję się samotna, a ostatnio - jakbym świat oglądała zza szyby. Uprzedzam to
nie depresja, to moje przemyślenia na temat zmian jakie zaszły w moim życiu
jakiś czas temu.
Jednocześnie chcę mieszkać tu (USA) i w Polsce, bo każde tych miejsc ma swoje
uroki, zalety. Ale nie można mieszkać w obu krajach równocześnie wiodąc przy
okazji uporządkowane życie.
USA: spokój, nikt nie zrzędzi nad uchem, że coś robisz nie tak, że źle
ubierasz swoje dziecko, masz za dużo fałdek na brzuchu, jesteś na kiepskiej
diecie. Ale ten spokój to też samotność - przynajmniej w moim przypadku. Mąż
całymi dniami w biurze, ja z Julcią i moim 36-tygodniowym brzuchem w domu.
Brak rodziny i znajomych, za oknem deszcz i chmury (właśnie zaczyna się chyba
pora deszczowa, która potrwa do marca). Angielski w miarę komunikatywny, acz
za cholerę (wybaczcie) nie mogę zrozumieć wiadomości telewizyjnych, czyli w
sumie trudności językowe są. Moje marzenia o polskim chlebie, serku Almette,
drożdżówkach i wielu innych smakołykach.
Jestem obca, nie mam znajomych, nawet piaskownicy nie ma tu dla dziecka, bo
ponoć w tym kraju publiczna piaskownica to rzadkość. W tygodniu samotne
spacery, zdawkowe pozdrowienia i tęęęęsknota.
Polska: rodzina...Chyba się zrobiłam antyrodzinna, choć bardzo tęsknię.
Denerwuje mnie, gdy dostaję nieproszone rady, gdy słyszę: "pewnie jesteś
gruba" (nieeeee, wyglądam jak baletnica - na początku 9 miesiąca ciąży). Gdy
słyszę, że powinnam to i tamto. Przykro mi, że nikt z mojej najbliższej
rodziny nie odwiedził mnie (nie mam wizy, i tak napewno nie dostanę....
względnie nie mam czasu...Nie szkodzi, że błagam o przyjazd na dwa tygodnie,
czas się znajdzie jak można pojechać na Mazury).
Była teściowa. To mi akurat niezbyt dobrze wpłynęło na samopoczucie.
Chcieliśmy opłacić wizę, bilety i inne wydatki. Już nie proszę, pewien żal
pozostał. A może ja jestem egoistką, która chce, by ktoś tracił dla mnie swój
wolny czas??
W Polsce jest też osoba, której wolę unikać. Nie lubimy się i tyle. Może warto
tu zostać??
Słyszę przez telefon dwie wersje od dwóch bliskich mi osób:
1) Tęsknię. Gdybym mogła to bym przyjechała, pomogła Ci (nie liczę na pomoc).
To ta osoba od "i tak nie dostanę wizy". A nawet o nią nie wystąpiła. Owszem
minimalne szanse, ale chociaż tak spróbować, a nuż...
2) Nie mam czasu nawet zatęsknić /ale mi miło.../. Nie przyjadę, co z pracą,
dziećmi? (to osoba, która może dostać urlop, ale przecież nie jestem tyle
ważna, by do mnie przyjechać).
Podczas ostatniej wizyty w Polsce (grudzień) te dwie bardzo bliskie osoby
zraniły mnie. Nigdy nie czułam się dostatecznie akceptowana i kochana przez
wyżej wspomniane. Dowiedziałam się, że jestem zaniedbana (a to był okres,
kiedy cieszyłam się, że sobie świetnie radzę i dobrze wyglądam). No bo
powinnam: mieć codziennie nakręcone włosy, elegancki makijaż, zadbane
paznokcie, ładną fryzurę, lepsze ciuchy, być opalona, świetnie znać angielski.
Nieważne, że mi odpowiada moja fryzura, paznokcie maluję od wielkiego dzwonu,
a ciuchy noszę, jakie lubię. Nieważne że ja się dobrze z tym czuję (już w
dzieciństwie kiedy mówiłam że się sobie podobam, czułam się tłamszona, bo
powinnam się podobać innym, a sobie to przy okazji). No cóż, teraz widzę, jak
moje poczucie własnej wartości rozpływało się powoli. Mój stanik i kształt
biustu też nie był OK (karmiłam piersią).
Kurka, chyba coraz mniej tęsknie za rodziną, coraz bardziej za naszym
mieszkankiem. Przyjaciele okazali się tylko znajomymi. Chcę pójść na spacer do
Łazienek, na warszawską Starówkę, buuu.
O kurcze. Ryczę
Cytrynka